Łaska odwołuje się do tego, co zostało we mnie dobre; nie ma bowiem ludzi do końca złych; człowiek nie potrafi być do końca zły.

Tam, gdzie pytamy o łaskę, staje przed nami pytanie o naturę zła; skoro łaska jest lekarstwem, to czym jest zło? Im większe pogrążenie w złu, tym większa potrzeba łaski.

Jeżeli łaska jest miłosierną miłością Boga – tą agape, która zstępuje ku naszym niskościom, to na czym polega ta moja niskość? Skoro zstępuje ku dołowi, to ja jestem – mówiąc brzydko – „zdołowany”. Na czym to polega?

Można powiedzieć, że są dwa rodzaje zła, w którym uczestniczymy – to bieda i grzech. Bieda nie w sensie ekonomicznym, lecz kruchość i wątłość mego życia, mego bytu. Znamy wszyscy słowa Pascala, ale warto je przypomnieć: człowiek jest tylko trzciną najwątlejszą w przyrodzie. Nie trzeba, żeby cały świat się zbroił, aby mnie zmiażdżyć – mgła, kropla wody wystarczą, aby mnie zabić. Ale przecież Pascal dodaje – i tak człowiek jest większy od tego miażdżącego go świata, bo on o tym wie, a świat nie.

To też składa się na naszą kruchość i biedę – ta obojętność świata. Ileż napięć powstaje w bardzo wielu naszych życiowych doświadczeniach między tym, co dzieje się we mnie, w mojej świadomości, w moim dążeniu do czegoś a obojętnością świata, który nawet przecież na mnie nie patrzy ani nie poluje na mnie, on o mnie nie wie – po prostu…

Są dwa doświadczenia – mówią mędrcy – w których w szczególnie bolesny sposób objawia się nam obojętność świata. Pierwsze z nich to doświadczenie śmierci, gdy ktoś bliski, który był moim partnerem do rozmowy, którego oczy były tak wiele mówiące, który zwracał się do mnie, zostaje w pewnym momencie jakby zagarnięty przez ten obojętny, niemy świat, wydaje się jednym z przedmiotów, a nie żywą osobą, z którą rozmawiam, spotykam się.

Każdy z nas nosi w sobie lęk przed tym, że też stanie się kiedyś tym – jakby – przedmiotem pośród różnych przedmiotów. Jest w nas – nazwijmy to do końca – ta trwoga ostateczna, przed którą uciekamy, albowiem ona w sposób zupełnie naturalny rodzi w nas rozpacz.

Drugie bolesne doświadczenie obojętności świata – pozornie zupełnie odmienne – to doświadczenie miłości, by powiedzieć do końca – miłości erotycznej, tej, która pragnie spełnienia się człowieka w komunikacji z kimś, kto jest tak naprawdę (nie tylko pozornie) bliski. Dojrzali ludzie wiedzą, że najpełniejsza i najpiękniejsza miłość rodzi w końcu gorzki owoc samotności – „I nie miłować ciężko, i miłować / nędzna pociecha”.

Co robi łaska? Łaska wkracza w świat naszej biedy, przemienia rozpacz śmierci w nadzieję. Paweł pisze: „Gdzież jest, o śmierci, twoje zwycięstwo? Gdzież jest, o śmierci, twój oścień?”. Przemiana rozpaczy w nadzieję płynie z zawierzenia Jezusowi Chrystusowi, Jego słowu i Jego zmartwychwstaniu. Łaska wkracza, by uleczyć ból, który rodzi dołującą rozpacz. Łaska wkracza też w sferę miłości, miłość zaczyna być twórcza, gdy staje się sakramentem, nie tylko w znaczeniu sakramentu małżeństwa zawartego przed ołtarzem, ale gdy staje się wspólną drogą do Tego, który jest źródłem miłości; wtedy miłość nie ma już tego osadu goryczy.

Czy to, co mówię, jest jakimś oskarżeniem świata, że nas oszukuje przez śmierć i miłość? – Nieprawda! Nie oszukuje, tylko musimy otworzyć się na całość tego trudnego doświadczenia, także na rzeczywistość łaski, która zstępuje, nie tylko, by oczyścić, ale i uleczyć.

Łaska leczy naszą biedę, leczy nasz grzech, który – jak mówi Księga – był początkiem naszej biedy. Grzech, czyli mój egoizm, czyli wolę stanowienia o sobie samym. Każdy grzech jest grzechem pierworodnym w tym znaczeniu, że w każdym grzechu ulegamy tej pokusie – „będziecie jako bogowie”. Albowiem w każdym grzechu jest: „a chcę stanowić o tym, co jest dobrem, a co złem”.

Co robi łaska? W jaki sposób leczy? Łaska odwołuje się do tego, co zostało we mnie dobre; nie ma bowiem ludzi do końca złych; człowiek nie potrafi być do końca zły. Ktoś dość wulgarnie, ale dowcipnie tłumaczył, że trzeba się bardzo napracować, żeby zostać świnią. Niektórym się to nawet udaje. Ale nigdy nie ma – i mówię to też z doświadczenia wielu dziesiątek lat spowiedzi – nie ma człowieka, który byłby do końca zły, w każdym jest jakiś przyczółek, który może przyjąć ładunek Bożej miłości, Bożej łaski.

Łaska odnajduje to, co we mnie jest dobrem, podnosi mnie na wyższy poziom z brudu świata, który się we mnie zgromadził; łaska wynosi mnie ponad mnie samego. Zły, gdy kusił – „będziecie jako bogowie” – wiedział, co mówi, bo miał świadomość, że Bóg tak właśnie chce postąpić z człowiekiem. Bóg rzeczywiści chce, żebyśmy byli jako bogowie, to znaczy byśmy żyli jak Bóg, ale nie opierając się na naiwnej przesłance, że własną mocą, własną siłą staniemy się jak Bóg; ale – właśnie – z Jego daru, z Jego łaski.

Tak, nie mogę być sobą przez siebie tylko, nie mogę odnaleźć prawdy o sobie, wpatrując się tylko we własne serce, wpatrując się w odbicie własnego oblicza w lustrze. To, co najważniejsze, to, co przywraca mi moją tożsamość i moc bycia, jest darem, który przychodzi do mnie z zewnątrz, ale nie z jakiejś obcej zewnętrzności, lecz z zewnętrzności, z której ja sam wyszedłem, albowiem od Boga wyszedłem i do Niego mam wrócić.

Ten dar przychodzi do mnie z zewnątrz, od Ojca, dany nie po to, by mnie poniżyć, lecz by mnie wywyższyć, a zgoda na to – to jest pokora, czyli umiejętność przyjęcia daru. „Panie, Ty wszystko wiesz” – odpowiada Piotr trzykrotnie pytany przez Jezusa: „Czy mnie kochasz?”. Kiedy twoje małe, ciasne, zachłanne „ego” złoży się ufnie jak dziecko w ręce Ojca, wtedy coś w tobie naprawdę potężnieje, dlatego że już nie musisz się o nic bać, dlatego że już nie musisz pracować; potężnieje, dlatego że po prostu wszystko, na co spojrzysz, będzie obdarzone spojrzeniem prostego, promiennego dziecka, które się nie boi, bo wie, że Ojciec jest blisko, jest przy nim.

Bóg nas nie oskarża, to szatan jest naszym oskarżycielem. W judaizmie, w mistyce żydowskiej, w Kabale mędrcy budowali coś na kształt drzewa boskich sefirotów, czyli jakby świateł boskich, które stają pomiędzy człowiekiem a Bogiem i stanowią drabinę wskazującą, jak mamy wznosić się w tym wzlocie duszy ku Panu. Na tej drabinie sąsiadują ze sobą gewura (sąd) i hesed (łaska i miłość), wzajemnie się warunkując, dopełniając, wzbogacając.

Jako chrześcijanie nie mamy potrzeby budowania żadnych drabin, Jezus Chrystus bowiem jest Tym, który stanął pomiędzy Bogiem a nami. Syn stał się człowiekiem, naszym bratem. Wobec Boga i Jego sprawiedliwości Jezus Chrystus jest naszym Rzecznikiem i Obrońcą. „Jeśli by nawet kto zgrzeszył, mamy Rzecznika wobec Ojca – Jezusa Chrystusa sprawiedliwego (1 J2,1).

Jezus jest z nami, po naszej stronie – siedzi po prawicy Ojca – „wstawia się za nami”, ukazując Bogu swe Przenajświętsze rany, swój przebity bok. Cena tego „stawania po naszej stronie”, cena miłosierdzia jest naprawdę ogromna… Nie przypominam o tym, by umniejszać naszą nadzieję, to nie ma zaostrzać oblicza Boga czy też czynić je bardziej surowym. Przypominam o cenie, którą zapłacił Chrystus, by być naszym rzecznikiem ze względu na odpowiedzialność za ten wielki Dar. Miłość Chrystusa jest większa od naszego grzechu, słabości, „marności stworzenia” i dlatego my, którzy uczciwie wyznajemy to, co jest naszą słabością, grzechem, marnością, dostępujemy odpuszczenia.

Doznajemy odpuszczenia, gdy wchodzimy w światło prawdy, gdy nie próbujemy ani przed samymi sobą, naszym sumieniem, ani wobec innych ludzi, ani wobec Boga ukrywać w sobie jakiejś nieprzejrzystości, jakiejś ciemności. „Panie, ty wiesz wszystko”.

Nie tylko wyśmiewana w literaturze epoka mieszczańska miała swoje zakłamania; nasza epoka nie różni się tu od innych. Nasze zakłamanie mieszka bardzo głęboko w sercach i sumieniu każdego z nas. Często polega ono na łatwym usprawiedliwianiu się. Kompleksy, które na zewnątrz skłonni jesteśmy wyśmiewać, w głębi duszy często wykorzystujemy, by usprawiedliwić swoją małość. Wypracowujemy sobie mnóstwo takich łatwych formułek, by nie stanąć w prawdzie, by nie złożyć wyznania, tylko raczej obciążyć innych. Jakże często bowiem nie postępuję zgodnie z tym, co wyznaję podczas każdej mszy świętej, gdy prosząc o przebaczenie, mówię – „moja wina” i walę się w piersi; często odruch jest odwrotny: to oni!

Dzieci obwiniają rodziców, rodzice dzieci. Ileż jest takich nieszczęsnych starszych osób, które spowiadając się, oskarżają całe swoje otoczenie, nie znajdując w sobie cienia grzechu. I ci radośni młodzieńcy, te panienki, korzystając z błogosławieństwa swej bezmyślności, też nie umieją wykorzystać szansy, żeby wejść w światło, stanąć w prawdzie. Wystarczają nam porady w czasopismach (przepraszam wszystkie panie, wiem, że nie są winne głupocie pism kobiecych). Mamy mnóstwo rozmaitych systemów, które jakby nas uniewinniają, zanim wejdziemy w światło, zanim pozwolimy, by dotknęła nas czasem może trudna i bolesna prawda.

Światło. Wejść w światło. „Jest światło, które oświeca każdego człowieka na ten świat przychodzącego”. Ludzie jednak kochają ciemność, bo w ciemności można wiele ukryć.

Bardzo boimy się samych siebie. Lęk wejścia w światło, stanięcia w świetle swojego sumienia, tego fundamentalnego światła, płynie z lęku przed sobą. Bardzo często tak trudno kochać bliźniego, bo nie kochamy siebie, bo się siebie boimy i tak wolimy przetrwać w szarości, ciemności, nijakości. Wejście w światło może być bardzo bolesne; boimy się, że prawda o nas będzie tak okrutna, tak ostra, że jej nie zniesiemy.

Może warto jeszcze raz przypomnieć, że światło, w które mamy wejść, nie jest anonimowym, kosmicznym światłem; ono płynie z krzyża. W prawdzie przeżytej ze świadomością krzyża odkrywamy nie tylko własną nędzę, ale też ogrom miłości Boga i dlatego ta prawda nas nie zabija, choćby była najtrudniejsza – nie zabija, ale buduje i odnawia naszą nadzieję.