O Dominiku, który czuwa nad braćmi idącymi do nieba.

Ziemia się zakołysała. Choć była najciemniejsza godzina nocy, niebo rozjaśniła zorza, jakby na horyzoncie powoli odrywało się niebo – przez rosnący prześwit wdzierało się światło tak intensywne, że wydawało się mieć gęstość materii.

Idący cmentarną alejką mężczyzna w czarnej kapie i kapturze na głowie zatrzymał się przed neogotyckim grobowcem. Podniósł oczy i przebiegł wzrokiem po napisie nad wejściem: „Heic ff. Ord. Praedicatorum resurectionem mortuorum expectant”, jakby chciał się upewnić, że trafił pod właściwy adres.

Kiedy odrzucił kaptur na plecy, ukazała się idealnie wygolona tonsura otoczona wieńcem rudych włosów. Z jego twarzy biło delikatne, ale wyraźne światło. Zaczerpnął głęboko powietrza i zawołał mocnym głosem: „Bracia, wyjdźcie na zewnątrz!”. We wnętrzu grobowca zaczął narastać szum, jakby zbierał się tam tłum ludzi.

Na zamkniętych drzwiach pojawiło się wybrzuszenie. Rosło, wydłużało i poszerzało, coraz wyraźniej przybierając kształt postaci owiniętej w zakonną kapę. Szła swobodnie, jakby metalowe odrzwia nie istniały. Za nią pojawiła się kolejna, i jeszcze jedna, i następna – dominikanie opuszczali miejsce noclegu.

Pierwszy z nich podszedł do Dominika i, zrzuciwszy z głowy kaptur, spojrzał świętemu w oczy. Ten uśmiechnął się, rozłożył ramiona i przygarnął zmartwychwstałego. Następny miał na sobie czarny szkaplerz brata konwersa. Próbował uklęknąć, ale zanim zdążył to zrobić, także znalazł się w ramionach założyciela. Jeden po drugim pozostali wezwani podchodzili do Dominika. Pozdrowieni pocałunkiem pokoju ustawiali się po jego prawej stronie w procesyjnym dwuszeregu.

Byli jednak też bracia, na widok których święty nie rozłożył ramion. Zamiast tego w jego oczach pojawiał się smutek i ból. Padało wtedy zawsze to samo zdanie: „Nosiłeś dominikański habit, ale nie żyłeś jak dominikanin. Teraz zwróć, co nie twoje”. Zdjęte drżącymi rękami kapa, kaptur, szkaplerz i tunika opadały na ziemię, bladły, kurczyły się jak jesienne liście i znikały, a półnagi skazaniec stawał po lewej stronie świętego. Kiedy grobowiec opustoszał, bracia ruszyli procesyjnie w stronę coraz jaśniejszego horyzontu. Za Dominikiem zamykającym pochód poszli też bezładnym tłumem pozostali.

Na sąd. Ten ostateczny.

Tekst pochodzi ze strony: ewiater.wordpress.com. Dziękujemy autorce za udostępnienie.