W pracy czas przeznaczam na działanie. W odpoczywaniu – dla siebie.

Z ojcem Tomaszem Gajem OP rozmawia Magdalena Pajkowska

Witaj.
Pamiętasz, jak opowiadałam Ci o  spotkaniu ze starszą panią na kempingu we Francji? Całe życie podróżowała. Gdy się rozstawaliśmy, powiedziała zdanie, które mocno utkwiło mi w głowie: „Tylko ruszając w podróż, uczysz się żyć”. Dobrego odkrywania Malty! Magda.

 

Hej,
dotarłem. Słowa Twojej Francuzki z kempingu są mi dziś wieczorną pociechą. Czego mam się tutaj nauczyć? Po dniu spędzonym na Malcie mam bardzo mieszane uczucia. Sama Malta ładna, choć nie do wytrzymania jest wielki upał, który tu panuje. Klasztor, w którym mieszkam, nie jest najładniejszy: wszędzie sztuczne kwiaty, ceraty i  zasłony. Nawet w  kaplicy. Rozejrzałem się też po okolicy. Wydawało mi się, że jestem na warszawskiej Pradze, dawno temu: brud, wszystko zamknięte, dużo pustostanów.
Jak ja tu wytrzymam przez miesiąc?! Może, gdy minie szok, to wyłoni mi się inne spojrzenie.
Na razie tyle żali. Serdeczności, Tomasz.

 

Hej,
masz Internet… A za rogiem dwa obrazy Caravaggia.
Nie wiesz nawet, jak dobrze wiem, jak to jest. Dawno temu, na studiach, pojechałam do Perugii. Miałam mieszkać u pewnej starszej pani, czytać jej i dotrzymywać towarzystwa. Jechałam dwadzieścia godzin i dotarłam do Umbrii po 22.00. Okazało się, że dom jest za miastem, a gospodyni ma galopującą sklerozę i zapomniała o moim przyjeździe. A  potem wypuściła psy, bo myślała, że jestem bandą bandytów. Uratował mnie wtedy ogrodnik, Kolumbijczyk. Oddał mi swój pokój, a mi było wszystko jedno, czy mnie zamorduje, czy nie. I nie miałam Internetu. M.

 

Hej,
dzięki za słowa pociechy. Dziś troszkę się rozjaśniło. Połaziłem trochę po mieście. Ucieszyło mnie patrzenie na otwarte morze i lekka chłodząca bryza.
Jutro szkoła. Zobaczymy, jak to będzie. Serdeczności, T.

 

Cześć,
myślałam sobie dziś, że samotność to właśnie to, czego możesz się nauczyć. Dlatego lubię podróż, anonimowość i patrzenie spod zmrużonych powiek. Dobra samotność to taka, w której odkrywasz to, że umiesz sobie poradzić. Czasem łatwo schować się za etykietkę. Jesteś dominikaninem, psychologiem, podróżujesz zwykle z braćmi, ze znajomymi, jesteś kimś. A teraz jesteś po prostu sobą. To jest wolność, to nauka otwartości. Zaczynasz od zera. Jutro w szkole też – nikt nie przyjmie Cię za to, kim jesteś, ale za to, jaki jesteś. To wyzwanie – daj się tym zaskoczyć.
I napisz, jak Ci poszło w szkole. M.

 

Hej,
pierwszy dzień w szkole – OK. Ku mojemu zaskoczeniu moją grupę prowadzi… Norweg, który od dwudziestu lat mieszka na Malcie. Rzeczywiście jest coś w  tym, co mówisz. Wczorajsza Ewangelia była o tym: Effatha – otwartość. Mam więc lekcję jak się patrzy. Dziś byłem nad pięknym morzem. Jutro 8 września. Dzień narodzenia Najświętszej Maryi Panny na Malcie jest świętem narodowym. Po południu jedziemy z tutejszym przeorem do głównego klasztoru dominikańskiego w Rabat, gdzie będą obłóczyny jednego nowicjusza. Do usłyszenia, T.

 

Cześć,
Twoje maile to taki dziennik podróży. Popatrz, nawet na Malcie blisko Ci do nowicjuszy… M.

 

Hej,
zaledwie kilka słów, bo pora późna. Miałem piękny dzień. Dziś przed południem wziąłem autobus dla wycieczkowiczów i objechałem całą Maltę. No, może prawie całą… Po południu pojechaliśmy na obłóczyny. Piękny, a  na pewno duży klasztor. Niestety świeci pustkami. Po obłóczynach przeor zaproponował, żebyśmy pojechali na wieczorny spacer do Mdiny. To ich pierwsza stolica. Średniowieczne, maleńkie, urokliwe miasteczko. Do usłyszenia, T.

 

Hej,
Ty piszesz już angielskimi strukturami!!! Wziąłeś autobus… It’s great! To jak to jest z tą Maltą, podoba Ci się? Odkrywasz nowy skrawek ziemi. Włosi mówią terra ferma – zatrzymana ziemia, oswojona, ale też stały ląd, na którym coraz pewniej stawiasz stopy…
Buona notte, maltese! M.

 

Witaj,
Malta podoba mi się coraz bardziej. Mam parę ulubionych miejsc. Dziś – nie uwierzysz, ale lał deszcz. W porównaniu z tropikalnymi upałami było to dla mnie wielkim szokiem. Po zajęciach poszedłem do katedry. Widziałem obrazy Caravaggia. T.

 

Cześć!
A jak z Twoim angielskim? Jak kiedyś powiedziałam Gustawowi Herlingowi-Grudzińskiemu, że kiepsko mówię po włosku, on roześmiał się i stwierdził, że po trzydziestu dziewięciu latach we Włoszech czuje, jakby dotykał włoskiego przez grubą rękawicę. Tylko własnego języka dotyka się unerwioną, wrażliwą skórą dłoni. M.

 

Hej,
przedwczoraj odkrywałem północną część wyspy. Stamtąd już widać Gozo i Comino. Przepięknie tam. Z dzikich skał widać widnokrąg. Tak mi się podobało, że zostałem do zachodu słońca.
Wczoraj byliśmy na ślubach wieczystych jednego brata. Ciekawe, że profesję składają w swojej rodzinnej parafii. Było to połączenie ludowego odpustu z elementami dominikańskimi.
Dziś wybrałem się na klify Dingli. Pomimo dosyć mocnych promieni, czuje się już jesienną nutę w powietrzu. Dotarłem do pięknego miejsca. Siedziałem na skałach, patrzyłem w bezkres, czasem spoglądając na niewielką bezludną wysepkę Filflę. Spędziłem tak czas do zachodu słońca. Potem poszedłem na pożegnalny spacer po Mdinie by night. Powłóczyłem się po uliczkach oświetlonych ciepłym światłem, posłuchałem gitarzysty grającego pięknie w  jednej z restauracji. I wróciłem do Valletty. Serdeczności, T.

 

Hej,
dobrze Ci, że jeszcze jesteś tam, gdzie jest ciepło i gdzie słońce pięknie zachodzi. Tu fruwa w powietrzu babie lato, a gdy jadę rowerem, to myślę (ciepło) o rękawiczkach. M.

 

Cześć,
dziś ostatni dzień. Popołudnie spędziłem nad brzegiem morza. Tam jest najładniej. Pomimo chmur słońce pięknie zachodziło, odbijając się złotą poświatą na kamieniach. I pożegnała mnie tęcza. Ostatni uśmiech Malty.
Francuzka miała rację. Ale wcześniej Dominik to już przewidział. Dlatego mnie pociągnął swoim śladem. Nieustannie mnie zaprasza, czasem nawet popycha, aby ciągle wędrować. Malta była takim doświadczeniem. T.
Wszystko jest po coś. Ciekawe dokąd ta droga prowadzi? Wracaj bezpiecznie, M.

Pamiętasz maile z Malty?

Z ciekawością do nich wróciłem. Nie spodziewałem się wtedy, że będzie to dla mnie tak niezwykły czas. Mieszkałem przez miesiąc w Valletcie. Krok po kroku odkrywałem zupełnie nieznany dla mnie świat. Pojechałem uczyć się języka, a tymczasem ta podróż nauczyła mnie znacznie więcej.

Może dlatego wędrowanie jest jednym z popularniejszych tematów literatury. Odyseusz żeglował. Herakles przeszedł szmat drogi, żeby wykonać swoich dwanaście prac. W „Boskiej komedii” Dante przeprowadza przez kolejne kręgi zaświatów.

Także Biblia pełna jest opisów różnych wędrówek: Noe, Abraham, Mojżesz i  cały naród wybrany… Jezus i  apostołowie są w nieustannym ruchu. Wędrówka jest synonimem powołania.

I zwykle kojarzy się z przemianą. Wybierając się w podróż, przemierzamy kilometry. Odkrywając świat – odkrywamy siebie. I choć napisano o tym setki książek, każdy podróżnik od nowa poszukuje sensu własnej drogi.

Pobyt na Malcie to były dla mnie kroki stawiane na nieznanym lądzie – realnej wyspie, o której tylko słyszałem. Te kroki prowadziły mnie do różnych zakamarków kraju, który chciałem zobaczyć. Przy okazji docierałem do kolejnych miejsc, które czekały na odkrycie we mnie samym. Słowa twojej Francuzki dobrze opisują to doświadczenie: „Ruszając w podróż, uczysz się żyć”. Dodałbym – i uczysz się siebie, bo prawdziwa podróż odbywa się w nas. Byłem sam i odkrywałem zupełnie nieznany świat. Na początku lęk mieszał się z ciekawością. Cały czas uczyłem się czegoś nowego: innego języka, innej kultury, innych ludzi, innych dominikańskich zwyczajów…

Opisałeś swoją drogę „tam i z powrotem” – każdy mail był jak kolejny punkt na mapie.

Każdy dzień przynosił coś nowego i zmieniał nieco perspektywę. Wyruszyłem pełen ciekawości, ale też pytań i niepewności. Nigdy nie wiesz, jak wypadnie zderzenie subiektywnych oczekiwań z rzeczywistym światem. Na pewno będzie zaskakujące.

Stopniowo oswajasz inność, uczysz się codzienności.

Nieśmiało zaczynasz cieszyć się tym, co cię otacza. Uczysz się, że twój świat nie jest jedynym. Jesteś w innej kulturze i dziwisz się, jak można tak żyć. A można – pomimo tego, że na początku nie mieści ci się to w głowie. Poznajesz nowych ludzi, ich zwyczaje, jesz to, co oni. Wchodzisz w ich świat.

Możesz doświadczyć gościnności…

Która też może być inna, niż się spodziewasz. Jedno z  moich pierwszych doświadczeń maltańskich to była gościnność, która mnie nieco zaskoczyła… To było tak. Wysiadłem z  samolotu. Upał niemiłosierny! Udało mi się dotrzeć do naszego klasztoru. Rozpakowałem rzeczy. Wtedy dopiero poczułem, jak bardzo chce mi się pić. Poszedłem do kuchni, żeby znaleźć coś orzeźwiającego. Lodówka świeciła pustkami. Na szczęście przechodził starszy brat, który okazał się ekonomem albo inaczej prokuratorem.

Kto to taki?

To osoba troszcząca się o  gospodarczą stronę funkcjonowania klasztoru. Zapytałem go, skąd mógłbym wziąć coś do picia. Wskazał na kranik z filtrowaną wodą przy zlewie. Napiłem się. „A czy jest jakaś woda w  butelce, żebym mógł sobie wziąć do celi?”. Zafrasował się i  zniknął. Chodzenie wyraźnie sprawiało 195 mu trudność. Po chwili jednak przyniósł pustą butelkę po jakimś napoju. Zerknąłem na nią. Nosiła na sobie ślady wielokrotnego używania. Jej gwint był mocno wyrobiony od częstego zakręcania i odkręcania. „Możesz sobie nalać i wziąć do siebie” – powiedział staruszek. Moje początkowe zdziwienie ustąpiło miejsca wzruszeniu i wdzięczności. Osiemdziesięcioletni dziadziuś włożył tyle wysiłku, żeby mi się lepiej mieszkało, żebym poczuł się bardziej u siebie.

Mimo to pozostajesz przybyszem. Jesteś sam, nawet jeśli otaczają cię ludzie. Możesz więc odkryć samotność.

Nikt na ciebie nie czeka. Nic cię nie goni. Nic nie musisz. Było to dla mnie wyzwanie, bo musiałem zmierzyć się z samym sobą. Dało mi poczucie wolności, bo nie miałem presji oczekiwań, obowiązków, terminów. Ale było też trochę smutne, bo nie miałem się z kim podzielić tym, co przeżyłem.

Od kilku lat z rodziną spędzamy część wakacji na kempingach. Wybieramy miejsca w Europie, które chcemy zobaczyć i jedziemy przed siebie. Mamy wolność zatrzymania się tam, gdzie nam się podoba. Każdej nocy śpimy w innym miejscu. I spotykamy innych ludzi, którzy dzielą się swoimi historiami. W tym roku spotkaliśmy profesora z Bawarii, który opowiadał, że dzięki kempingom czuje się młody, bo nieustannie musi przystosowywać się do nowych są- siadów, ich zwyczajów, języków. Życie pod namiotem ma w sobie coś z wędrówek dawnych nomadów. Uczy dystansu do tego, co się ma. Minimalizmu. Pokazuje, jak niewiele potrzeba do życia, bez ilu rzeczy można się spokojnie obyć – choć i na kempingu zdarzają się namioty wyposażone tak, jak dobry hotelowy pokój. Kemping jednak wyzwala z rutyny, uczy elastyczności. Zawsze zaskakuje, bo nie można wyobrazić sobie, kto dołączy do kolacji.

Jeśli jesteś zbyt mocno przywiązany do tego, co posiadasz, to niepostrzeżenie to coś zaczyna coraz mocniej posiadać ciebie. Czasami myślę o tym, żeby wybrać się w trasę z plecakiem i minimalną ilością rzeczy. Zabrać tylko tyle, ile potrzebne do przeżycia, i ruszyć. To może być wyzwanie nie tylko wakacyjne, ale również duchowe. Przecież ostatecznie czeka nas podróż, w którą nic nie będziemy mogli zabrać. Warto wcześniej poćwiczyć.

Dla mnie takim ćwiczeniem był autostop. Przejechałam Europę z Warszawy w Pireneje i z powrotem. Miałam mały plecak i wielką ciekawość ludzi i miejsc. Ćwiczyłam cierpliwość, czekając, czasem bardzo długo, na okazję. Otwartość, bo nawet mimo skrupulatnie wyznaczonej trasy autostop rządzi się swoimi prawami – lądujesz czasem gdzie indziej, niż planowałeś. Uczyłam się z jednej strony zaufania, z drugiej – ostrożności. Kiedyś pewna rodzina zaprosiła nas w Belgii do siebie. Zjedliśmy razem kolację, siedzieliśmy do późnej nocy. A potem, rano zostawili nam swój dom, klucze, kwiaty do podlewania i powiedzieli, że wrócą za trzy dni, więc mamy czas, żeby pozwiedzać. Tak po prostu, bez wielkich słów. Którejś nocy spaliśmy na stacji benzynowej, a innym razem w starym francuskim domu z ciosanego kamienia, gdzie właściciel cierpliwie tłumaczył nam, jak zrobić dobry ser. Niektórzy podwozili nas kilka kilometrów, ale był pewien staruszek, który do swojej trasy dołożył dwieście kilometrów, żeby pokazać nam piękną katedrę.

Na taki wyjazd trudno się spakować. Jak opanowałaś sztukę pakowania?

Są takie słowa, które wybierając się w podróż, warto mieć w bagażu: zatrzymaj się, zapatrz, zasłuchaj i zachwyć tym, co jest.

Zabrałbym jeszcze: zastanowienie, zaskoczenie i… zjedzenie. Po to są wakacje.

Czeka się na nie zwykle długo. Nadchodzą i…

…leżę na zielonej połoninie. Na twarzy czuję ciepło słońca, a pod sobą miękką trawę. Słyszę szum wiatru, bzyczące owady, świergoczące ptaki. Wszystko pachnie – ziemia, siano, kwiaty… Świat płynie swoim rytmem, a ja się na to zgadzam.

Widziałam kiedyś graffiti „Bóg istnieje, ale to nie ty. Odpocznij!”.

To jest istota odpoczynku. Nie musimy podtrzymywać świata w  istnieniu. Nie martw się, nie wszystko zależy od ciebie. Czasem wydaje się nam, że jesteśmy niezastąpieni. Wyjeżdżamy z pracy, z domu, z klasztoru i okazuje się, że nic się nie wali. To nowe doświadczenie może być wyzwalające. Radzą sobie beze mnie, więc nie muszę się tym wszystkim tak bardzo przejmować. To daje duże wytchnienie. Dla niektórych jednak może to być bolesna refleksja, że nie są tacy niezbędni.

Może dlatego boją się wyjeżdżać – żeby się po powrocie nie okazało, że miejsce, które opuścili, świetnie sobie bez nich poradziło?

– Jeśli się okazuje, że są zastępowalni, to dla nich znak, że niewiele znaczą. Swoją wartość widzą za bardzo w tym, co robią. Dziś jest modne zabieganie. Nie mam ani chwili, bo mam tyle ważnych spraw, dużo robię. To komunikat do świata – dużo znaczę, jestem ważny.

Czy to początki pracoholizmu?

Pracoholizm to odwrócenie porządku – nie człowiek dla pracy, ale praca dla człowieka. Tu nie chodzi o liczbę przepracowanych godzin, ale o stosunek do tego, co robisz. Pracoholik traci kontrolę i praca staje się ważniejsza od wszystkiego w jego życiu. Jak każdy nałóg, jest próbą zaspokojenia jakichś braków – znaczenia, ważności, wpływu, bliskości, sensu.

Jak zdrowo podchodzić do pracy?

Dostrzegać, czemu służy. A są to dwie rzeczy – praca jest środkiem, ale też dobrze, gdy jest celem. Stolarz robi stół. Z jednej strony, chce go sprzedać i  zarobić pieniądze. Z  drugiej strony, realizuje swoją pasję i tworzy coś niepowtarzalnego. Trudno oddzielić jedno od drugiego. Najlepiej, gdy to idzie w parze. Wspaniale, jeśli lubimy to, co robimy.

Popadanie w skrajności jest niebezpieczne. Nie wzbudzają mojego zaufania ludzie, których pierwszym pytaniem nie jest co i jak mają zrobić, ale za ile. W drugą skrajność wpadła moja znajoma. Była plastyczką, robiła piękne gliniane miski. Ta praca była dla niej tak ważna i wzniosła, że nie chciała się rozstać z żadnym ze swoich dzieł. Każde uważała za bezcenne. Nie miała z czego żyć, bo każdy, kto chciał coś od niej kupić, odchodził z kwitkiem. W końcu wkroczył komornik. Na jego widok potłukła te wszystkie naczynia. Wolała je zniszczyć, niż pozwolić komukolwiek dotknąć swoich dzieł.

Gdy praca jest celem samym w sobie, przestaje cieszyć. To może rzeczywiście doprowadzić człowieka na skraj wyczerpania.

Jeśli jednak traktujemy pracę tylko jako sposób zarabiania pieniędzy – staje się ona nudna, mozolna, nieciekawa. Męczy, gdy nie widzimy jej sensu, gdy ktoś ją nam narzuca. Wtedy zaczynając pracę, marzymy o tym, żeby już się skończyła.

Nie wszyscy mają to szczęście, że mogą robić to, co lubią.

To rzeczywiście luksus. Słyszałem jednak kiedyś takie zdanie, że wolność to nie robienie tego, co lubisz, ale lubienie tego, co robisz. To prawdziwe wyzwanie.

Wczoraj późnym wieczorem robiłam zakupy. Zamknęli już sklep, byłam ostatnia w kolejce. Pomyślałam, jak bardzo zmęczona musi być kasjerka w tym hipermarkecie. Zapytałam o to, a ona uśmiechnęła się i mówi, że ma taką zabawę, która bardzo pomaga jej pracować. Gdy obsługuje kolejne osoby, myśli sobie, skąd przyszły i dokąd się spieszą. Patrzy nie na anonimowy tłum, ale na każdego z osobna. Na koniec mówi mi: „Bo wie pani, ja jestem takim trochę psychologiem. Czasem do kogoś zagadam, czasem się uśmiechnę. Niewiele trzeba”.

Mimo wielkiego zmęczenia, po ciężkim dniu nie było w niej narzekania ani zgorzknienia. To sztuka nadać sens temu, co trzeba robić. Tym, co najbardziej męczy, nie jest praca sama w sobie. Święty Benedykt mówił, żeby znaleźć swój rytm i  uważać na przesadę. Wyczerpuje brak harmonii i umiaru.

Także zamartwianie się: Jak wykonam pracę? Jak zostanę odebrany? Czy osiągnę sukces?

To różne rodzaje presji, którym ulegamy. Uwalnia od nich zdrowy dystans i wolność od potwierdzania się.

Naszym wrogiem jest też pośpiech.

Przez niego nie jesteśmy w  miejscu, w  którym jesteśmy. Człowiek, który się spieszy, chciałby być w tym czasie, który dopiero będzie. Obecny czas przeżywa jako wrogi. Tak jak uczył mistrz z opowieści, którą często powtarzam. Gdy zapytano go o sekret szczęścia, powiedział: „Jak siedzisz, to siedź. Jak idziesz, to idź. Jak doszedłeś, to bądź”. Słuchacze się zdziwili, bo im się wydawało, że właśnie tak robią. Ale mistrz pokręcił głową i rzekł: „Nie! Wy jak siedzicie, to już wstajecie. Jak wstajecie, to już idziecie. A jak idziecie, to już doszliście”.

W ten sposób można przeoczyć całe życie…

Tak, bo czekanie, że dopiero za chwilę zdarzy się coś ważnego, prowadzi do nieustannej gonitwy i nerwowości. Żyjąc ciągle tym, co będzie, odbierasz sobie radość z tego, co jest. Potrzeba zaciekawienia, żeby zatrzymać się tu i teraz. Tylko wtedy mogę odkryć: „Ach, to teraz jest to coś!”. Ucieszyć się tym. Obecna chwila to jedyne, co posiadasz. Nie da się czasu przyspieszyć. Bądź więc w tym miejscu, w którym jesteś. Ktoś, kto się spieszy albo niepokoi – przeżywa czas teraźniejszy, swoje „tu i teraz” jako coś nieprzyjaznego. Także nuda jest niezgodą na czas, w którym się jest. Bóg zaś nie działa w przeszłości, nie działa w przyszłości. Bóg działa teraz. I do tego nas zaprasza.

Chcemy odpocząć. Od czego zacząć?

Zatrzymaj się. Dobry odpoczynek zaczyna się od przystanięcia – bez względu na to, czy wyjeżdżamy na wakacje, czy mamy tylko wolną godzinę w  rytmie naszego dnia. Drugą rzeczą jest oderwanie się – to znaczy praca zostaje w pracy, a dla mnie zaczyna się inny czas.

Trudno wyzwolić się od presji.

Bo to często podwójny nacisk. Łatwiej zostawić w pracy presję zewnętrzną. Łatwiej zapomnieć o wymagającym szefie. Trudniej jednak nie zabierać na wakacje presji wewnętrznej. Trudniej od niej uciec. Jeśli jedzie z nami jako pasażer na gapę, nie ma mowy o odpoczynku.

Presja utrudniająca odpoczynek dotyczy jednak nie tylko pracy. Pamiętam, jak kilkanaście lat temu pierwszy raz jechałem samochodem do Monachium. Mieliśmy szczegółowo opracowane trasy w atlasach samochodowych. Dokładnie wiedzieliśmy, którym zjazdem zjechać z autostrady. Dziś robi to za nas GPS w telefonie komórkowym. Czy wyobrażasz sobie wyjazd na wakacje bez telefonu komórkowego?

Nie. Telefon daje mi poczucie bezpieczeństwa. W razie czego mogę zadzwonić po pomoc.

Jednak to, co ma służyć pomocą, niepostrzeżenie zaczyna nas terroryzować. Słyszałem ostatnio o trzech terrorach, które zaczynają rządzić naszym życiem: on line, upgrade, join in.

Brzmi strasznie…

Zyskaliśmy umiejętność bycia on line, która staje się coraz częściej przymusem podłączenia do sieci, posiadania zasięgu. Tracimy jednak umiejętność bycia off line – pobycia samemu, bez podłączenia do Internetu. A bez tego niemożliwy jest nie tylko odpoczynek, ale i modlitwa, życie rodzinne…

W zeszłym roku w wakacje zadecydowaliśmy całą rodziną, że na dwa tygodnie wyłączamy Internet i wszystkie komunikatory, nie odbieramy maili, telefonu używamy jak najrzadziej. I nagle się okazało, że mamy dużo więcej czasu, spokoju i luzu. Nie musieliśmy być na bieżąco. Świat poradził sobie bez naszej uwagi…

Technologia zmienia się bardzo szybko. Najnowsza wersja smartfona, która wczoraj była krzykiem mody, dziś jest już przestarzała. Wytwarza się więc presja, aby ciągle być na topie i sięgać po ulepszone wersje urządzeń i programów.

Trzeci terroryzm to bycie obecnym na jakimś portalu społecznościowym. Jeśli nie jesteś na Facebooku, to niemal nie istniejesz. Musisz być zalogowany, sprawdzać, wymieniać informacje, zdjęcia, kontaktować się z  innymi. Niepostrzeżenie możesz zacząć bardziej żyć w świecie wirtualnym niż realnym.

Dawniej do umawiania się ludzie używali zwykłego kalendarza i długopisu. Teraz notują terminy w telefonie. Czas dzieli się na przegródki, od – do. Pojawia się kolejna presja. Według mnie wytworzył się nowy sposób gospodarowania czasem, a właściwie to czas gospodaruje nami. Zmieniła się kolejność. A przecież to czas jest dla nas, a nie my dla czasu.

Ale przecież w papierowym kalendarzu też są rubryczki. Wydaje mi się, że nie jest to kwestia wersji kalendarza, ale podejścia do czasu i spotkania. Czasem się wydaje, że jeśli mówię komuś, że mam dla niego godzinę, to ograniczam autentyczność tego spotkania. A  tymczasem jakość rozmowy nie zawsze zależy od jej długości. Masz jednak rację, że to my mamy rządzić czasem, a nie on nami.

W wakacje dobrze jest nie zaglądać zbyt często do kalendarza. Pozwolić czasowi płynąć i odkryć dolce far niente – słodkie nierobienie niczego.

A czy „słodkie nierobienie niczego” jest odpoczynkiem czy lenistwem?

Oczywiście, że odpoczynkiem, i to słodkim. Posłuchaj samego słowa – dolce… Dla Włochów to jest czas zanurzenia się w ciepłych promieniach słońca, spokoju po miło, niekoniecznie zbyt pracowicie, spędzonym dniu. A czym różni się odpoczynek od lenistwa?

Odpoczynek jest twórczy. Lenistwo – wręcz przeciwnie. Nie chce mi się chcieć. Ogarnia mnie marazm i nuda. Lenistwo męczy. Czasem ludzie spowiadają się z lenistwa. To jest taki worek, do którego stosunkowo łatwo wrzucić różne inne problemy. Jeśli ktoś nie chodzi na zajęcia i robią się mu zaległości na studiach, to zaczyna ich unikać. Niekoniecznie jednak musi to być lenistwo. Czasem to nieumiejętność rozwiązania zupełnie innego problemu. Często o lenistwo oskarżają się ci, którzy nie umieją odpoczywać, bo tylko w tym, co robią, widzą swoją wartość.

Jak się nie znudzić odpoczynkiem?

Gdy już zostawisz kalendarz w spokoju, pozwól także odpocząć budzikowi. Wyśpij się, ale nie prześpij wakacji.

Daj wytchnienie swoim zmysłom – zamiast gapić się w ekran, popatrz na trawę, niebo, wodę…

Bądź uważny i daj się prowadzić ciekawości.

Zadbaj o ciało. Daj mu odpocząć… od siedzenia. Idź na spacer, na rower, pobiegaj, popływaj. Wy-rusz (z) nim w plener.

Rób to, co lubisz, ale też postaw sobie małe wyzwanie.

Znajdź chwilę na samotność i pobycie ze sobą.

Dziel czas i zachwyt z innymi. Nie zapomnij o różnorodności, która przełamuje codzienną monotonię.

W angielskim słowie holiday słychać, że wakacje oznaczały święte dni. To bardziej pokazywało splot czasu świeckiego z czasem świętym. Dziś ta zależność prawie zupełnie się rozerwała.

Sam wypoczynek nie zawsze musi być głęboki. Może być zwyczajną regeneracją sił. Potrzebny jest zatem element świętowania. W pracy czas przeznaczam na działanie. W odpoczywaniu – dla siebie. Świętowanie to czas oddany. On już nie należy do mnie. To taka trójdzielność naszego czasu, w której każdy element ma swoje miejsce. Istotą świętowania jest celebracja – skupiam się na czymś, co nie jest mną. Odpoczynek i świętowanie często są ze sobą związane, jednak świętowanie zakorzenia nas głębiej. To dotyczy i wakacji, i rytmu całego roku. Dzisiaj często mamy jedynie dni wolne od pracy. Jeśli zgubi się jednak sacrum – źródło, z którego wypływa świętowanie, to pozostaje banał i nuda. Może dlatego niektórzy czekają, aż święta się skończą i zacznie się normalny czas.

A niedziele? Lubisz je?

Jako dziecko nie lubiłem tego dnia. Zwłaszcza świadomości, że jutro idzie się do szkoły. Zawsze wieczorem wracaliśmy od babci – pamiętam specyficzny zapach samochodu i  myśl, że jutro znowu szkoła. Okropne. I nudne wizyty w kościele. Przez długi czas myślałem, że niedziela jest ostatnim dniem tygodnia. Zobaczenie, że jest to pierwszy dzień, zmieniło mi perspektywę. Kiedy już zostałem księdzem, z trudem przeżywałem niedzielę jako święto. Przecież to intensywny czas pracy duszpasterskiej. Musiałem się bardzo starać, żeby się na niej nie skończyło. I jeszcze od samego rana dręcząca myśl: „Kazanie! Co powiem?”. Niedziela upływała mi więc na pracy nad kazaniem. Od pewnego czasu przestałem pracować nad homilią. Rano po prostu czytam Ewangelię i chodzę ze Słowem. Pozwalam mu przemawiać i oddziaływać na mnie. Chcę, aby porządkowało mój dzień. Słucham. Czasem czytam jakiś komentarz. To przenika niedzielę i staje się dla mnie nicią przewodnią mojego świętowania. A dla ciebie niedziela jest świętem?

Do niedzieli cały czas dorastam. Gdy byłam mała, był to dla mnie najnudniejszy dzień tygodnia. Dorośli odpoczywali, a mnie ten rytm kojarzył się z monotonią i bezkresem czasu, na który zwykle miałam masę pomysłów.

A teraz jak przeżywasz niedzielę, żeby jej nie zgubić?

Znakiem niedzieli jest dla mnie piękna liturgia. Lubię od niej zacząć ten dzień – jak w poranek wielkanocny. Potem lubię być w domu trochę na zwolnionych obrotach. Spokojnie pogadać, spotkać się z rodziną, znajomymi. Czasem, po obiedzie, zaglądam do kościoła, wtedy gdy jest pusty – taka sjesta Pana Boga. W niedzielnym kościele, gdy ranne tłumy poszły do domu, a wieczorne jeszcze nie przyszły, jest coś z hamaka bujającego się pod zielonym drzewem, gdy liście są prześwietlone słońcem. Często jednak mimo niedzieli robię rzeczy, których nie udało mi się załatwić kiedy indziej. I wtedy niedziela rozpędza się i wyhamowuje… koło następnej soboty.

Czasem się zastanawiam, czy niedziela odnawia mnie bardziej niż sobota? Z tęsknotą patrzę na obraz odpoczywającego Boga. Lubię sobie wyobrażać zapracowanego Stworzyciela. Trudzi się przez cały tydzień, stwarza światło, ziemię, wyspy, zwierzęta, ro- śliny, człowieka. W końcu siada, żeby odpocząć i mówi: „Ale mi się to wszystko udało. Pięknie wyszło”. I zaprasza, żebym usiadł koło Niego i w Nim odpoczął.

Ale przecież niedziela ma podwójne znaczenie.

Każda niedziela przenosi nas w poranek wielkanocny. Spotykamy Zmartwychwstałego, który zaprasza nas do pełni życia.

Do czego człowiekowi jest potrzebny wypoczynek?

W zakonie mamy kilka archaicznych słów, których używamy na co dzień. Jednym z  nich jest rekreacja. Dziś chętniej mówimy wypoczynek, a jego istotą jest właśnie re-kreacja, powtórne stworzenie, odnowienie. Odpoczynek polega na tym, że wracamy do tego pierwotnego stanu, na nowo dajemy się stwarzać.

Jak mądrze wracać nie tylko do pierwotnego stanu, ale i do codzienności? Kończą się wakacje i…

…jak babie lato pojawia się delikatna tęsknota za tym, co zostawiłem. Nasyciłem się łąką, wędrówkami, nowościami i powoli chciałbym wracać… Przez ten czas oderwałem się już od codzienności. Choć na początku wakacji chciałem zupełnie zapomnieć o obowiązkach, teraz zaczynam myśleć o nich z ciekawością.

Czas do domu. Lubisz wracać?

Nie lubię zwłaszcza pierwszego dnia po przyjeździe – rozpakowywanie, pranie, jakaś tęsknota za tym, co się zostawiło, niepewność, co zastanę… Powroty, tak jak wyjazdy, bywają wyzwaniem. Dlatego potrzebuję bufora, który pomaga przejść z wakacji do codzienności. Trzeba dać sobie trochę czasu, zanim z całym impetem rzucimy się w wir pracy.

To słodko-gorzkie…

Tak, bo radość miesza się ze smutkiem, a  początek z  końcem. Rozpakowując walizkę, obejrzyj, co przywiozłeś. Jaką trasę przeszedłeś? Czego się nauczyłeś? Kogo spotkałeś? Komu jesteś wdzięczny? Jakie pamiątki z wakacji chciałbyś zachować, a jakimi się podzielić? Dobre przeżycie końca wakacji ułatwia dobry początek czegoś nowego. Koniec podróży nie oznacza przecież końca drogi…

Fragment książki „Sankofa. Nie zmarnuj życia” Tomasza Gaja OP i Magdaleny Pajkowskiej, która ukazała się nakładem Wydawnictwa „W drodze”. Tytuł i lead od redakcji Dominikanie.pl.