Dziś święto błogosławionego Czesława, jednego z pierwszych polskich dominikanów.

Jakąż niepojętą energię musieli mieć św. Jacek i błogosławiony Czesław, jeśli – pracując przede wszystkim jako wędrowni kaznodzieje – pozakładali klasztory w całej Polsce i zapełnili je gorliwymi zakonnikami. Pamiętajmy, że była to praca w dosłownym sensie pionierska – Kościół nie znał dotychczas klasztorów miejskich (przy tym miały to być klasztory o programowo kruchych podstawach ekonomicznych), w ówczesnym zaś społeczeństwie powołanie zakonne z pewnością nie należało jeszcze do wyborów tradycyjnie branych pod uwagę.

Wrocław: odpust bł. Czesława

Obu naszych świętych Boża energia musiała dosłownie rozpierać, bo nawet Polska im była jakby za mała. Wracając z Rzymu do Krakowa, założyli klasztor we Fryzaku, który dał początek dominikanom niemieckim.

W Krakowie Czesław z Jackiem się rozdzielili, Jacek „osiedlił się” w Krakowie (cudzysłów jest tu niezbędny, bo przecież niewiele Jacek w tym Krakowie mieszkał), a swoją działalność skierował głównie na północną i wschodnią Polskę; dotarł aż do Gdańska, był także w Prusach i na Rusi. Czesław zaś poszedł założyć klasztor we Wrocławiu, potem w tym samym celu udał się do Pragi i stał się w ten sposób założycielem dominikanów czeskich.

Pomimo tak wybitnej działalności, niewiele wiemy – praktycznie nic – o osobowości błogosławionego Czesława. Historia przekazała nam o nim tylko suche fakty; nie zanotowała żadnej anegdoty, żadnego charakterystycznego powiedzenia.

Wiemy tylko, że Czesław był kanonikiem sandomierskim, który w wyniku spotkania ze św. Dominikiem porzucił wszystko i wstąpił do zakonu (w 1218 roku), że ten niestrudzony misjonarz i założyciel dominikanów śląskich oraz czeskich był w latach 1233–1236 przełożonym dominikanów na całą Polskę oraz że umarł prawdopodobnie w 1242 roku we Wrocławiu, w rok po słynnym oblężeniu miasta przez Tatarów.

Jeszcze tylko tyle mówi o nim historia – a pamiętajmy, że jest to pani powściągliwa i na ogół skąpa w pochwały – że był on człowiekiem świętym. Lektor Stanisław z XV wieku nazywa go po prostu „świętym Czesławem” i powiada, że dokonał „niezliczonych cudów”. Lektor Stanisław jest niewątpliwie świadkiem opinii, jaką o Czesławie mieli ówcześni dominikanie polscy, których pamięć o założycielach musiała być wtedy jeszcze żywa i autentyczna; dzięki choćby samej tylko tradycji ustnej.

Kult błogosławionego Czesława odnowił się na początku XVII wieku, a to w związku z powrotem klasztoru wrocławskiego do polskiej prowincji zakonnej w roku 1605. Klasztor ten znajdował się zresztą wówczas w sytuacji niezmiernie trudnej. Protestanci, którzy zmajoryzowali wówczas Wrocław, nie zniszczyli wprawdzie samego klasztoru – jak to się zdarzało często w innych miastach o większości protestanckiej – ale sytuacja była tak napięta, że zakonnicy mogli odprawiać nabożeństwa jedynie przy drzwiach zamkniętych. Zapewne te trudności skłoniły centralne władze zakonne do przekazania klasztoru pod zarząd polski. Przeorem został wówczas rzutki i przedsiębiorczy Abraham Bzowski, skądinąd znany historyk i pisarz. Bzowski stał się gorliwym krzewicielem kultu błogosławionego Czesława.

Szczególną uwagę warto zwrócić na legendę o roli, jaką miał odegrać błogosławiony Czesław w czasie oblężenia Wrocławia przez Tatarów w roku 1241. Głównym motywem legendy jest wiara w potęgę świętej modlitwy, która może nawet sprawić, że Bóg widzialnie opowie się po stronie sprawiedliwości.

Pożegnanie ze Świętym Dominikiem

Czesław ustawicznie przykładał się do studium niebieskiej nauki, a studiował zwłaszcza w księdze miłości. Dominik tak mu powiedział na pożegnanie: „Idź w imię Boże, głoś pokutę na odpuszczenie grzechów. Takie jest zadanie zakonu, który na siebie przyjąłeś, na tym on polega i to go zdobi. Kto zbłąkanego zawróci z fałszywej drogi, i jego duszę zbawi, i sobie zapewni wielką nagrodę”.

Nakaz Dominika, dany wielu braciom, Czesław wysłuchał z nie mniejszą uwagą niż inni. Wracając do ojczyzny, pomógł wydatnie bratu Jackowi w założeniu klasztoru we Fryzaku, który dał początek innym klasztorom w Niemczech.

Wędrowny kaznodzieja

Biegł często do wiosek, na place i rozstaje dróg, aby znaleźć tych, których Ewangelia nazywa chorymi i kulawymi, i nakarmić ich życiodajnym posiłkiem, a upadających umocnić. Przypiekało go południowe słońce, krwawy pot niemal go zalewał, gardło wysychało z pragnienia, lecz jego nie zmęczyła ani nie złamała ani niepogoda, ani trudy podróży i pracy. Jedynym jego pragnieniem było znaleźć zbłąkane owce, zagubione wprowadzić na prostą drogę, a ich dusze zbawiennie pokrzepić.

Oblężenie Wrocławia w relacji Długosza

Z postoju pod Raciborzem Tatarzy szybko przybywają pod Wrocław. A kiedy wszyscy mieszczanie ogarnięci podobnym strachem jak krakowianie do tego stopnia, że chwytali w największym popłochu i pośpiechu tylko cenniejsze rzeczy, uciekając pośpiesznie, jakby Tatarzy byli już na miejscu, opuścili miasto pełne nie tylko żywności, ale i wielu bogactw, rycerze i ludzie Henryka wyszedłszy z zamku, który obsadzili dla obrony, z wielkim pośpiechem zwożą do zamku majątek i żywność i dopiero wtedy puste miasto przezornie podpalają, żeby Tatarzy nie mogli zawładnąć jego domami i chlubić się jego spaleniem albo urządzić tam postoju. Tatarzy zaś, zastawszy miasto spalone i ogołocone, zarówno z ludzi, jak z jakiegokolwiek majątku, oblegają zamek wrocławski.

Lecz gdy przez kilka dni przeciągali oblężenie, nie usiłując zdobyć zamku, brat Czesław z Zakonu Kaznodziejskiego, z pochodzenia Polak, pierwszy przeor klasztoru św. Wojciecha we Wrocławiu, który sam z braćmi ze swojego zakonu i innymi wiernymi schronił się na zamku wrocławskim, modlitwą ze łzami wzniesioną do Boga odparł oblężenie.

Kiedy bowiem trwał w modlitwie, ognisty słup zstąpił z nieba nad jego głowę i oświetlił niewypowiedzianie oślepiającym blaskiem całą okolicę i teren Wrocławia. Pod wpływem tego niezwykłego zjawiska serca Tatarów ogarnął strach i osłupienie do tego stopnia, że zaniechawszy oblężenia, uciekli raczej, niż odeszli.

Nowy Mojżesz, który modlitwą obronił swój lud

Straszliwi Tatarzy, przebiegłszy Ruś oraz całą Polskę, zabijając i paląc wszystko wzdłuż i wszerz, dotarli również na Śląsk, gdyż żadni obrońcy nie potrafi li ich zatrzymać. Oblegli Wrocław, główną twierdzę tej ziemi. Pod naporem wroga, w obawie przed ogniem i mieczem, wrocławianie porzucili miasto i schronili się na zamku. Nie wiedzieli nieszczęśni, co mogłoby ich obronić. Rzeka? Tę mogli wrogowie przejść. Mury? Te umieli Tatarzy niszczyć ogniem. Żołnierze? Tych nie było.

Zwracają oczy na Czesława, który był wówczas w mieście, i w tym wielkim zagrożeniu życia oraz mienia błagają o pomoc. Ten, pod wpływem nalegań, odważył się na przedziwny czyn; niby drugi Mojżesz, który powalił Amalekitów wyciągniętym ramieniem. Oddał się cały modlitwom i złożył się w świętej ofierze za wszystkich.

A kiedy zstąpił na mury zamku, aby swoją piersią, którą osłaniała tarcza wiary, bronić uciśnionych przed wrogiem, oto płomień łagodnego i kojącego światła zstąpił na niego z nieba i otoczył w postaci kuli jego głowę. Kulę tę natychmiast zauważyli w swoim obozie wrogowie, a ponieważ wielu spośród nich zabiła, w obawie przed śmiercią odstąpili od oblężenia.

Fragment książki „Legendy dominikańskie” wydanej przez Wydawnictwo „W drodze” w ramach Jubileuszu 800-lecia Zakonu Kaznodziejskiego. Tytuł i skróty pochodzą od redakcji Dominikanie.pl.

Processed with VSCO with n1 preset