Czy dominikanie potrzebują własnego psychiatry?

Z ojcem Arturem Hącią rozmawia ojciec Stanisław Nowak
Z jakimi problemami na styku teologii i psychiatrii sobie nie radzimy?

Pierwszym problemem, który mi się nasuwa to problem opętania i transu. To miejsce, gdzie narosło wiele mitów i legend. Psychiatrzy i teologowie muszą nauczyć się słuchać i rozmawiać ze sobą. Jestem przekonany, że współpraca na tym polu jest możliwa i w wielu przypadkach już się dokonuje.

Po drugie umiejętność rozróżniania tego, co jest problemem duchowym od tego, co jest problemem psychicznym. Jak powinna wyglądać współpraca duchownych i psychiatrów. Chodzi też o takie kształtowanie życia wiarą, aby nie było tam elementów, które mogą być opresyjne dla życia psychicznego.

Pracujesz w szpitalu jako lekarz psychiatra, a jako ksiądz odprawiasz mszę. Jesteś bardziej księdzem czy psychiatrą?

– Oczywiście, bycie lekarzem jest również moim powołaniem, ale jednak na zupełnie innym poziomie. Nie przenika wszystkiego we mnie, tak jak kapłaństwo i życie zakonne. Niemniej dobrze się wpisuje w moje powołanie i pomoc innym.

Myślę, że jestem księdzem i zakonnikiem, który jest lekarzem. Księdzem jestem zawsze i wszędzie, a lekarzem tylko w niektórych, ściśle określonych sytuacjach. Co oczywiście nie zwalnia mnie z obowiązku pomagania ludziom w każdej sytuacji zagrożenia życia.

Jeszcze do niedawna bycie kapłanem i lekarzem uznawano za dwa powołania, których nie wolno było łączyć, stąd też istniał zakaz wykonywania zawodu lekarza przez osoby duchowne. Został na szczęście zniesiony wraz z wprowadzeniem przez Jana Pawła II nowego Kodeksu Prawa Kanonicznego w 1983 roku.

Czy wśród duchowieństwa, a może nas dominikanów, jest tyle chorób psychicznych, że po święceniach wyspecjalizowałeś się w psychiatrii?

Nie słyszałem, by osoby duchowne chorowały częściej niż reszta społeczeństwa. Wiara i religia nie są czymś, co przynosi szkodę zdrowiu psychicznemu, ale jest wręcz odwrotnie: są czynnikami ochronnymi dla naszej psychiki.

Osoby wierzące i religijne według większości badań i analiz rzadziej zapadają na choroby psychiczne, krócej chorują i szybciej się rehabilitują.

Osoby wierzące i religijne według większości badań i analiz rzadziej zapadają na choroby psychiczne, krócej chorują i szybciej się rehabilitują. Bardzo dobrze widać ten wpływ w przypadku objawów depresyjnych u osób starszych. Ten pozytywny wpływ religijności dotyczy również samobójstw, uzależnień czy poziomu stresu.

artur_ikona

o. Artur Hącia

Ostatnio przeprowadzono badania na 9 tysiącach Europejczyków, w których porównano wpływ różnych czynników na występowanie objawów depresyjnych u osób starszych. Wynika z nich, że sport ma oczywiście działanie pozytywne, ale krótkoterminowo, natomiast religijność wpływa pozytywnie na zdrowie psychiczne w sposób długofalowy. Takiego efektu nie mają już zaangażowania polityczne czy aktywność w tzw. strukturach osiedlowych.

Są oczywiście badania, które wskazują na negatywny wpływ religijności na zdrowie psychiczne. Jednakże tutaj trzeba by mówić raczej o nadużyciach religijnych niż religijności. Szczególną rolę bowiem pełnią tu takie czynniki jak fałszywe obrazy boga czy apokaliptyczno-fundamentalistyczne podejście do wiary. Powoduje to wzrost poczucia winy i pojawienie się objawów neurotycznych, czasami w tle pojawia się też przemoc psychiczna lub fizyczna często umotywowana religijnie.

Papież Pius XII odniósł się do tego problemu już w 1953 roku i przypomniał, że Kościół zdecydowanie odrzuca wszelkie działania pseudo-religijne lub pseudo-mistyczne, które mogą prowadzić do najmniejszych nadużyć w sferze psychiki. Zachęcił też duszpasterzy do takich działań, które harmonijnie będą kształtować i rozwijać psychikę i życie duchowe człowieka.

Dlaczego w ogóle zostałeś lekarzem?

– Jak miałem siedem lat cały miesiąc przebywałem na oddziale neurologii jako pacjent. Wtedy pojawiło się pragnienie: chcę być lekarzem. Trafiłem na oddział dla dorosłych i byłem tam jedynym dzieckiem. Z czasem okazało się to szczęśliwym zrządzeniem Opatrzności. Niesamowite było uczucie, gdy wszyscy starali się mnie pocieszać i zabawiać rozmową oraz zabawami. Dzięki temu, pomimo poważnej choroby, bardzo dobrze wspominam ten czas.

Również lekarze, którzy tam pracowali byli bardzo przyjaźnie do mnie nastawieni: pozwalali mi na przykład uczestniczyć w codziennych wizytach na oddziale, co inni pacjenci przyjmowali z uśmiechem i dowcipnymi komentarzami. Wtedy też mogłem badać tych pacjentów (oczywiście za ich ochoczą zgodą), co z czasem stało się moją pasją. Szczególnie spodobało mi się badanie dna oka, było to dla mnie takie dotknięcie tajemnicy, czegoś nieznanego, gdzie tylko w wyjątkowych sytuacjach można mieć dostęp.

Obudziło to we mnie fascynację medycyną i zainteresowanie człowiekiem, jego ciałem i funkcjonowaniem, co przełożyło się na decyzję o zostaniu lekarzem. Trudność pojawiła się w liceum, gdy nabrałem przekonania, że mam również powołanie do bycia księdzem i zakonnikiem. Długo się zastanawiałem, co z tym zrobić. Ale to już osobna historia.

Dlaczego chcesz być akurat psychiatrą?

– Rozpoczynając studia byłem zafascynowany medycyna tropikalną, myślałem o wyjeździe na misje do Afryki. Marzenie to podsyciła dodatkowo doktor Wanda Błeńska, która czterdzieści lat swojego życia spędziła w Afryce lecząc chorych na trąd. Gdy rozpoczynałem studia, otrzymała akurat doktorat honoris causa mojej uczelni, a jej opowieść o misjach była pełna pasji i zaangażowania, ale przede wszystkim miłości do tych ludzi. Mam nadzieję, że któregoś dnia rozpocznie się jej proces beatyfikacyjny.

Tak więc już na pierwszym roku zacząłem chodzić na spotkania studenckiego koła medycyny tropikalnej, a później działałem w Fundacji Redemptoris Missio, która zajmuje się pomocą misjom i ukończyłem tam nawet kurs dla osób mających wyjechać na misje.

W studiów fascynowały mnie jeszcze dwie inne specjalności. Pierwsza to chirurgia i jej skuteczność w szybkim przywracaniu ludziom zdrowia i powrotu do codzienności. Dlatego wszystkie moje studenckie praktyki wakacyjne odbywałem właśnie na chirurgii.

Druga – to psychiatria. Szczególnie ważny był tu czas, kiedy mieliśmy zajęcia z psychiatrii skoszarowane w szpitalu psychiatrycznym Dziekanka w Gnieźnie i cały tydzień mieszkaliśmy na terenie szpitala. Panująca atmosfera, podejście do chorych i własne przemyślenia spowodowały, że wróciłem tam po jakimś czasie, aby odbyć staż podyplomowy z psychiatrii.

To doświadczenie pokazało mi, jak ważny jest ten dział medycyny i jak bardzo choroby psychiczne dotykają i przenikają całą osobę człowieka. Dlatego też, już po święceniach i po okresie przygotowań, gdy okazało się, że z planów misyjnych muszę zrezygnować (choć udało się uzbierać pieniądze na karetkę dla sióstr w Kamerunie), powróciła myśl o psychiatrii.

To chyba nie jest zbyt oblegana specjalizacja?

– Nie masz racji, jest zainteresowanie tym kierunkiem. Niemniej, rzeczywiście społeczeństwo stygmatyzuje zarówno chorych psychicznie pacjentów jak i lekarzy psychiatrów. To poważny problem, tak dla jednych i drugich.

Skąd się bierze ta stygmatyzacja i stereotyp?

– Chyba największe kontrowersje wywołuje tu przekonanie, że psychiatria nie jest naukowa, że to strata czasu. Dla wielu trudnością są metody stosowane w psychiatrii np. elektroterapia, która ma swoją czarną legendę podtrzymywaną przez kultowy film Lot nad kukułczym gniazdem Miloša Formana. Sam film jest oparty na książce Kena Keseya, która była jednym z ważniejszych manifestów antypsychiatrii.

Tutaj tylko wyjaśnię, że antypsychiatria to ruch lat 60. i 70., który wyrządził psychiatrii ogromne szkody i np. we Włoszech doprowadził do zamknięcia wszystkich szpitali psychiatrycznych i znacznej ich części w USA. W Stanach wielu pacjentów psychiatrycznych trafiło z czasem do więzień albo jako bezdomni znaleźli się na ulicy. To dopiero przykra i  czarna karta współczesnej historii medycyny.

Ilu jest księży psychiatrów?

– W Polsce jest dużo księży psychologów i psychoterapeutów. Nie spotkałem natomiast żadnego duchownego, który jest psychiatrą. Warto jednak wspomnieć o ojcu Karolu Meissnerze, benedyktynie, który także jest lekarzem i zajmuje się psychiatrią, psychologią i seksuologią. Napisał wiele publikacji na ten temat. Lekarzem psychiatrą jest też siostra dr Katarzyna Kmieć, bezhabitowa siostra zakonna, pasterzanka.

Również w naszym zakonie bywali psychiatrzy. O jednym z nich słyszałem w trakcie Bioetycznej Szkoły Letniej w Rzymie w 2011 roku. Uczestniczyli w niej lekarze psychiatrzy z Meksyku, którzy gdy dowiedzieli się, że jestem dominikaninem, opowiadali z pasją o innym dominikaninie Johnie Flannery’m, który był również psychiatrą i praktykował w Meksyku. Po powrocie do USA był kapelanem w więzieniu oraz wykładowcą przedmiotu „Psychiatria i religia” na wydziale teologicznym w Phoenix w Arizonie oraz dyrektorem Oddziału Psychiatrii Interwencyjnej.

Ostatnio obroniłeś doktorat z teologii moralnej na KULu, w którym badałeś misję psychiatry w Kościele. To ważna misja?

– W mojej pracy badałem tak naprawdę misję psychiatry w świetle Magisterium Kościoła. A więc to, jak widziana jest sama psychiatria i psychiatrzy w świetle kościelnych dokumentów, jaka jest ich misja i powołanie.

Momentem kluczowym był tutaj konflikt pomiędzy psychiatrami katolikami a częścią ludzi Kościoła w USA w latach 50. Dla psychiatrów ich wiara miała wielkie znaczenie, organizowali się nawet w specjalnych gildiach, których celem było integrowanie wiary i medycyny w codziennej praktyce lekarskiej oraz na promowaniu poglądów moralnych w medycynie i społeczeństwie.

Dlatego też dużym ciosem dla nich były słowa sformułowane przez bpa Fultona Sheena o tym, że praktykowanie psychiatrii to bezbożnictwo. Ten tercjarz dominikański w swoich słynnych wystąpieniach telewizyjnych krytykował psychiatrię na równi z komunizmem i podkreślał, że katolik nie potrzebuje psychiatry, jeżeli dobrze się spowiada.

Ta sytuacja spowodowała, ze wielu psychiatrów poczuło się wykluczonych z Kościoła, postanowili więc zwrócić się o pomoc do papieża Piusa XII. Zadania tego podjął się psychiatra katolik Leo H. Bartemeier, przewodniczący Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Został później odznaczony przez papieża Rycerskim Orderem Świętego Grzegorza Wielkiego.

W roku 1972 Bartemeier napisał ważny tekst, który był jego szczerym i otwartym wyznaniem wiary oraz świadectwem tego, jak wiara wpłynęła na jego życie. Dodatkowo warto nadmienić, że już w 1938 roku został on pierwszym katolickim terapeutą psychoanalitycznym. A to właśnie psychoanaliza wprowadziła całe zamieszanie dotyczące psychiatrii. Psychiatria była utożsamiana z psychoanalizą, a wobec niej było sporo zastrzeżeń.

Ostatecznie Pius XII rozwiał wszystkie obawy i potwierdził rolę i znaczenie psychiatrii. Dodatkowo poparł wniosek objęcia przez Bertemeiera funkcji przewodniczącego Międzynarodowego Towarzystwa Psychoanalitycznego, pomimo niektórych zastrzeżeń co do samej psychoanalizy. Od 1952 roku zatem mamy ciąg licznych wypowiedzi papieży dotyczących psychiatrii i zdrowia psychicznego. Warto nadmienić, że z czasem również bp Fulton Sheen zmienił swoje podejście do psychiatrii i był nawet zapraszany na spotkania gildii psychiatrów, na których wygłaszał wykłady.

Podstawową sprawą dla misji psychiatry jest przyjęcie odpowiedniej koncepcji antropologicznej. Chodzi o personalistyczną i biblijno-teologiczą wizję człowieka. I w oparciu o to papieże poruszają bardzo ważne zagadnienia, takie jak: zasady etyczne, zasady diagnostyki i leczenia (farmakologii, psychoterapii, hipnozy, narkoanalizy, elektrowstrząsów), poczucie winy i grzechu, stygmatyzacji i marginalizacji pacjentów, uzależnień czy pełnienia przez psychiatrę funkcji biegłego w procesach o stwierdzenie nieważności małżeństwa.

A czy Kościół nie powinien się też wstydzić swojej historii? Chorzy psychicznie przez wieki byli traktowani jak ludzie drugiej kategorii albo po prostu opętani.

– Wobec takiego pytania trzeba tu od razu doprecyzować: Kościół nigdy wprost nie wystąpił przeciwko chorym psychicznie.

Z pewnością było wielu ludzi Kościoła, którzy przyczynili się do jakichś prześladowań osób chorych psychicznie uznając je za opętane. Tu przywołuje się często Młot na czarownice, który jednak nie był nigdy oficjalnym dokumentem Kościoła i bardzo szybko, już po kilku latach, został uznany za książkę zakazaną i sprzeczną z nauczaniem Kościoła. Główna troska Kościoła szła w kierunku pomocy i opieki.

Już w starożytności mnisi organizowali oddziały dla ludzi z taki zaburzeniami, przykładem jest Teodozjusz z Kapadocji, który założył taki ośrodek niedaleko Betlejem. Również okres średniowiecza to rozwój opieki nad osobami tzw. szalonymi. Dobry przykład to szpital przy klasztorze Chrystusa Pantokratora założony w roku 1136 w Konstantynopolu, czy szpital w Walencji założony przez ojca Juana Gilberta Jofré, gdzie opieka była na bardzo wysokim poziomie, a pacjenci nie byli z zasady wiązani i krępowani.

W 1600 roku w samej tylko Francji bonifratrzy posiadali około 10 ośrodków dla chorych psychicznie. Również w trakcie procesów inkwizycyjnych starano się nie szkodzić chorym – osoba chora psychicznie była zwalniana z uczestnictwa w procesie przed trybunałem inkwizycyjnym. Wiedzę na ten temat wykorzystał jeden z naszych braci dominikanów – Tomasz Campanella, który w 1600 roku uniknął kary śmierci za herezję, ponieważ udawał chorego i w udawanym akcie szaleństwa podpalił między innymi swoją celę.

Osoba chora psychicznie była zwalniana z uczestnictwa w procesie przed trybunałem inkwizycyjnym

Oczywiście, w wyjątkowych sytuacjach nie zwalniano osób szalonych, ale umieszczano w więzieniu, np. gdy chory podważał system społeczno-polityczny państwa i przykładowo chciał zdetronizować króla czy papieża. Osobnym zagadnieniem jest pytanie, jak rozumiano chorobę psychiczną i szaleństwo. Warto jednak pamiętać, że medycyna nie była wtedy w stanie dać wyczerpującej odpowiedzi, a lekarze byli synami epoki.

Poza tym, jak już wspomniałem wcześniej, to właśnie Kościół zaczął jako pierwszy w sposób systematyczny mówić o zagrożeniach i trudnościach etycznych w psychiatrii, podczas gdy psychiatrzy pierwszy swój oficjalny dokument opublikowali dopiero w 1977 roku (jako tzw. Deklarację Hawajską) i nadal pracują nad ostatecznym kodeksem etycznym psychiatry.

To katolicy, jak np. bł. abp Klemens Graf von Galen przeciwstawiali się zabijaniu chorych psychicznie w nazistowskich Niemczech. Jego kazania i ich znaczenie dla Niemców przypomniał w jednym ze swoich przemówień kard. Ratzinger, gdy mówił o swoim chorym psychicznie kuzynie, który został zamordowany w ramach „akcji T4”. Była to akcja eksterminacji osób chorych psychicznie w nazistowskich Niemczech, w jej trakcie zabito około 200 tysięcy osób chorych psychicznie, które uznano za „życie niewarte życia”.

Czym chciałbyś się zajmować? Oprócz wypisywania nam Citalopramu i Coaxilu?

Jest wiele przestrzeni, w których mógłbym się odnaleźć. Mógłbym tu wymienić bioetykę, teologię moralną, psychiatrię, szczególnie pociągającą wydaje mi się sfera etyki psychiatrycznej, która dynamicznie się rozwija, a do której odnosiłem się wielokrotnie w moim doktoracie. Przede wszystkim jestem jednak kapłanem i to jest dla mnie najważniejsze.

Szczególnym miejscem jest dla mnie posługa w konfesjonale, gdzie za każdym razem doświadczam, jak Bóg działa i uzdrawia człowieka. Tu zawsze masz pewność, że nie jesteś sam, że ty tylko tu pośredniczysz. Jezus jest lekarzem, On sam uzdrawia, a ty możesz być tego świadkiem.

fot. flickr.com / Daddy-David