Jednak szczęście dają tylko głębokie relacje

Ludzie pragną spełnienia zawodowego, stabilności finansowej, wygodnego i przyjemnego życia, znajomości bez zobowiązań oraz wielu atrakcyjnych wrażeń. Ale nawet tak komfortowe życie nie zaspokoi człowieka – mówi dominikanin o. Maciej Zięba w rozmowie z Eweliną Nowakowską.

Ewelina Nowakowska: Da się odnaleźć swoje miejsce we współczesnym świecie?

Maciej Zięba OP: Dało się to zrobić dawniej, da się i dzisiaj. 

Nawet w tym nieuporządkowanym?

Świat zawsze jest nieuporządkowany. Ten miniony był mniej skomplikowany, ale też mniej przyjazny – choroby, klęski żywiołowe i wojny zajmowały w nim znacznie więcej miejsca. Dziś świat zachodni, w porównaniu z resztą świata, żyje w luksusie.

Ludzie pragną spełnienia zawodowego, stabilności finansowej, wygodnego i przyjemnego życia, znajomości bez zobowiązań oraz wielu atrakcyjnych wrażeń. Ale nawet tak komfortowe życie nie zaspokoi człowieka. Najważniejsze potrzeby ludzi to miłość i doświadczenie kochania oraz bycia kochanym. Tak było i w starożytności, i w średniowieczu, i trwa po dzień dzisiejszy. To istota i cel ludzkiej egzystencji.

Miłość jest katalizatorem szczęścia?

Więcej – miłość daje szczęście. A pra-źródłem miłości jest Bóg. Jest też warunkiem miłości. Bo jeśli Boga nie ma, to człowiek jest jedynie wysokoprzetworzoną w procesie ewolucji mieszanką związków chemicznych, która realizuje zakodowany w naszej biologii program reprodukcji gatunku. Nie da się wtedy mówić ani o wartościach, ani też o miłości. Człowiek jednak jest zdolny do miłości i potrzebuje miłości. Dopiero ona nadaje sens naszemu życiu.

W jaki sposób?

Człowiek jest stworzony na podobieństwo Boże, to znaczy stworzony do miłości. Nie mówimy więc jedynie o uczuciach, nawet najgłębszych, ale o całej naszej egzystencji. I dlatego najważniejsze jest przykazanie miłości Boga, bliźniego i siebie samego – to są ściśle ze sobą zrośnięte trzy formy miłości.

To znaczy, że odpowiedzią na poszukiwanie sensu jest drugi człowiek?

Pan Bóg i drugi człowiek. To Pan Bóg jest miłością. I jeśli odsuwamy się od Boga, to – często niepostrzeżenie – zaczynamy hołdować bożkom. Dlatego trzeba się nawracać, bo człowiek może nawet nie zauważyć, gdy praca stała się bożkiem czy też staje się nim hobby, które pożera czas przeznaczony dla rodziny i na które wydaje się mnóstwo pieniędzy. Także bezkrytyczne hołdowanie kultowi zdrowia może sprawić, że człowiek myśli jedynie o kaloriach, suplementach diety, ekologicznej żywności i wydaje fortunę na upiększanie ciała.

Ale co z tym drugim człowiekiem?

Nawet jeżeli człowiek ma wysoko płatną pracę, pilnuje kondycji fizycznej, posiada piękne mieszkanie, a pod jego domem parkuje luksusowy samochód, lecz w mieszkaniu, do którego wraca, panuje chłód, bo w nim nie ma miłości, to taki człowiek – choć zazdrości mu wielu – nie jest szczęśliwy. Dopiero zbudowanie głębokich relacji z innymi ludźmi – w małżeństwie, jako ojciec lub matka, z przyjaciółmi – nadaje najgłębszy sens ludzkiemu życiu.

Ale jak szukać sensu w człowieku, którego życie dziś jest na wyczucie, zorientowane na to, co nam się w danej chwili podoba, gdzie pogoń za przyjemnością staje się środkiem przeciwbólowym?

Każdy z nas – z definicji – lubi, a zatem też szuka przyjemnych doznań. Ale przyjemność może nas uzależnić od siebie i zniszczyć. Szczury, które naciskając klawisz, uruchamiały impuls podrażniający w mózgu ośrodek podniet seksualnych, doprowadzały do tego, że wycieńczone zdychały. Człowiek, z jego rozbudowaną świadomością, ma poczucie, że każda przyjemność przemija i jest utracalna. Im bardziej więc przyjemności stają się celem jego życia, tym bardziej dążenie do nich jest podszyte lękiem i znerwicowaniem, że się je nieuchronnie utraci. Trzeba więc stale polować na nowe doznania – stać się niewolnikiem przyjemności. W realnym świecie – jak uczy Biblia – po grzechu pierworodnym, aby odnaleźć szczęście, trzeba zgodzić się również na trud i cierpienie. Choćby dlatego, że głęboka relacja miłości – budowanie więzi z drugim człowiekiem – tworzy się poprzez kryzysy. Gdy człowiek nie jest w stanie tego pojąć, to buduje więzi jedynie na zasadzie fascynacji. Z czasem jednak każde zauroczenie przemija i wtedy pojawia się problem trudny do rozwiązania. 

To znaczy?

Wiele osób wtedy myśli: „Byliśmy razem, bo było nam ze sobą dobrze, teraz jednak czujemy się niefajnie, więc po co mamy być ze sobą”. Nie wiedzą, że ludzka miłość nie jest całkowicie czysta, stuprocentowa, że istnieją w niej też obustronne „zanieczyszczenia”, egoizmy, które ranią obydwoje partnerów. Trzeba je dostrzec, nazwać i przezwyciężać.

To jak szukać odpowiedzi w kimś, kto zarazem jest naszym ukojeniem i siłą niszczycielską?

To jest ryzyko wpisane w rozwój miłości. C.S. Lewis napisał: „Jeśli boisz się cierpieć, nigdy nie kochaj nikogo, nawet zwierzęcia”. Trzeba jednak odróżnić cierpienia wzrostu w przyjaźni od relacji toksycznych, w których dominują „zanieczyszczenia” – nasze nerwice, lęki. Człowiek pragnie związku, ale zarazem jest zaborczy, zazdrosny, jest w nim sporo agresji, bo dużo w nim lęku. To jest relacja, która nie pragnie zbudować „my”, ale chce dopasować drugą stronę do własnego „ja”. Relację toksyczną należy przeciąć. W niej kryzys jest stanem permanentnym, a nie etapem wzrastania w miłości.

Zatem co robić w czasie kryzysu? Jak budować? Jak nie patrzeć na drugiego człowieka przez pryzmat trosk i obaw?

W takim momencie ważna jest pomoc Pana Jezusa. Kiedy panują ciemności, gdy wydaje się, że wszystko jest bez sensu i nie mamy już szans na wspólną przyszłość, wtedy ten, który jest miłością, podtrzymuje w nas iskierkę nadziei, dodaje sił, by się jeszcze nie poddać, by jeszcze raz – wbrew wszystkiemu – spróbować. Od tej reguły nie ma wyjątków: bez kryzysów nie da się zbudować przyjaźni.

To momentami może okazać się zbyt bolesne.

Pomocą jest Boża obecność i modlitwa, która nas otwiera na łaskę. To oczywiście, nie oznacza, że ludzie niewierzący są do miłości niezdolni. Ten, który jest miłością, jest miłością dla wszystkich.

I takim szczególnym momentem oczyszczenia, zrozumienia swoich potrzeb i pogodzenia się z samym sobą może być Wielki Post?

Pośrednio ma pani rację. Wspomniałem o trzech wymiarach miłości: miłość Boga, bliźniego i siebie samego są integralnie złączone. Jeśli jedna z nich wzrasta, pozostałe także się rozwijają. Jeśli jedna się degeneruje, to i pozostałe karleją. Ale Wielki Post ma nas przede wszystkim zwrócić ku Bogu. To czas oczyszczenia z uwikłań i obciążeń, z rutyn i sadełek duchowych, w które stale obrastamy. „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię” – mówi Chrystus. Nie „nawróćcie się”, lecz „nawracajcie” – to jest proces. A istotą postu, jak słusznie zauważył żyjący w VI wieku papież Grzegorz Wielki, jest post od grzechów.

To znaczy?

Chodzi o to, by wszystkie rodzaje postu, które podejmujemy, wspierały w nas uwalnianie i oczyszczanie się z grzechu. Nie chodzi więc o jak najsurowsze zewnętrzne posty. W Polsce przez wieki w poście nie jedzono nie tylko mięsa, ale też żadnego nabiału, często jednak zapominano o duchowym wymiarze tego wyrzeczenia. Jak pisał barokowy poeta Wacław Potocki: „na Mazowszu, kędy jako słychać/ Wolą człowieka zabić/ wolą z głodu zdychać/ Niż post zgwałcić”. Dzisiaj często ludzie decydują się na post od słodyczy. Nie odbieram znaczenia takim decyzjom, ale kiedy wspomnę im o poście od Facebooka, to widzę przerażenie w ich oczach. Ten post – nieznany jeszcze 10 lat temu – jest dziś znacznie trudniejszy. Ważniejszy od słodyczy może też być post pamięci oraz wyobraźni. Czasem bowiem chcemy uciekać od teraźniejszości w wyobrażenia o przyszłości, obawiając się jej lub marząc o przyszłych sukcesach, albo też stale rozpamiętując przeszłe wydarzenia, jak to ongiś było nam dobrze lub jak bardzo wtedy zostaliśmy zranieni. 

W ten sposób się oszukujemy?

Możemy na tyle zająć się wspomnieniami, że rany odniesione w odległej przeszłości skutecznie sparaliżują nasze obecne życie. Możemy też uciekać w marzenia lub rozbudzać w sobie lęki przed nieznaną przyszłością, rysując czarne jej scenariusze – co to będzie, gdy zachorujemy czy też gdy stracimy pracę.

Wydaje się, że te obawy są uzasadnione.

Chrześcijanin ma być realistą. Rozbudzona wyobraźnia buduje wirtualne rzeczywistości.

Nie da się nie rozgrzebywać przeszłości. Nie da się nie planować przyszłości. Człowiek jest pełen wątpliwości. Poczucie lęku nas paraliżuje.

Dlatego post obejmujący pamięć i wyobraźnię jest tak istotny. Im więcej myślimy o naszych ranach odniesionych w przeszłości, tym większe im nadajemy znaczenie. Czas płynie, przeszłość staje się coraz bardziej odległa, a my coraz bardziej jesteśmy przez nią naznaczeni. I na rozpamiętywaniu minionych zdarzeń może upłynąć nam życie. Podobnie jest z lękiem przed przyszłością. Nie wiemy, co nas i naszych bliskich czeka jutro, a tym bardziej za rok. Ale wyobrażanie sobie potencjalnych porażek życiowych, śmiertelnych chorób czy rodzinnych tragedii może generować nerwice i paraliżować działania. Powracamy zatem do tematu miłości. Post ma nam pomóc otworzyć się na Bożą miłość. A miłość usuwa lęk, w doskonałej miłości nie ma już lęku

Trudno jest uwierzyć w coś, co wydaje się tak odległe. Człowiekowi się to nie udaje, bo jest racjonalistą. Wierzy w to, co widzi.

Człowiek mądry wie, że nie wszystko da się zobaczyć, a nawet – jak słusznie mówi wyświechtany cytat z „Małego Księcia” – że „najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”. Miłości, dobra, prawdy się nie widzi. Nie są materialne. A kiedy obedrzemy nasze życie ze wszystkiego, co niematerialne, szybko dostrzeżemy, że nasze życie to ogromna pustka. Pozostaje bieganie na kolejną wyprzedaż czy szukanie najnowszej superoferty. Świat coraz nowszych sprzętów i inteligentniejszych gadżetów nie zastąpi nam jednak miłości.

Pytanie, czy dziś człowiek potrzebuje miłości Boga?

Brak miłości nas unieszczęśliwia. Dzieci nie potrafią tego ukryć – nazywamy to chorobą sierocą. Dorośli mogą się maskować, ale ich rozgoryczenie czy cynizm są przejawami tej samej choroby. Człowiek potrzebuje kontaktu z Bogiem, bo – jak pisze św. Augustyn – „niespokojne jest jego serce, dopóki w Nim nie spocznie”. Ta prawda sprzed 16 stuleci jest aktualna także w naszej kulturze, która nam wmawia, że zaspokoi nas posiadanie kolejnych dóbr, że posiadanie stanowi o naszej wartości.

Żyjemy w kulturze indywidualizmu. Stawiamy na siebie.

I skupiamy się na tym, aby jak najwięcej posiadać i skonsumować. A potem udajemy przed sobą, jak bardzo jesteśmy zadowoleni z życia.

Jeśli nie umiem tych zgromadzonych dóbr zostawić, to znaczy, że one budują moją wartość?

To znaczy, że jestem od nich uzależniony i że pomijam inne, większe wartości. Nie chodzi o to, by niczego nie posiadać, ale by zachować wewnętrzną wolność. To kolejny cel Wielkiego Postu.

Ale jak ufać Bogu, który odbiera nam marzenia, tak mocno nas doświadcza?

To nieprawda, że Bóg odbiera nam marzenia. Bóg nas kocha i zależy mu na naszym szczęściu. Okres postu to jednak również rozważanie misterium crucis (tajemnicy krzyża) – w naszym świecie w miłość wpisany jest również wymiar cierpienia. Krzyż Chrystusa otwiera nas na Bożą miłość. 

Tylko jak otworzyć się na Bożą miłość w momencie nieszczęścia? Trudno odpowiedzieć na pytania: Dlaczego mama choruje? Dlaczego dziecko urodziło się chore? Dlaczego zostałem skrzywdzony? Bóg nie powinien na to pozwolić.

Pytanie „skąd zło?” zadają sobie ludzie od tysięcy lat. I nie ma na nie żadnej prostej odpowiedzi. Ludzie łudzili się, że zło zaniknie, gdy nastąpi postęp edukacji (oświecenie), gdy zniesiemy własność prywatną (komunizm), gdy zapanuje „rasa panów” (nazizm) czy też gdy sukcesy odniesie nauka, zwłaszcza medycyna, i nastąpi wzrost gospodarczy (nasza współczesność).

Postęp nauki, edukacji i rozwój ekonomii to pozytywne zjawiska, ale nie rozwiążą one problemu zła na świecie. My, chrześcijanie, wiemy, że zło jest realnie obecne. Że mamy robić wszystko, by ten świat czynić lepszym, bardziej sprawiedliwym i solidarnym, ale Królestwa Bożego nie zbudujemy na ziemi. Wiemy też, że do pełni życia i pełni miłości droga wiedzie przez krzyż. To jest prawda, której przyjęcie niekiedy bywa niezwykle trudne, ale my jesteśmy realistami.

Kojarzy Ojciec obraz „Walka karnawału z postem” Pietera Bruegla?

Oczywiście, to mój ulubiony malarz.

Karnawał i post niezmiennie toczą walkę o człowieka. Farsa przeplata się z cierpieniem, bogactwo ze zdrowiem, a zdrowie z kalectwem. Czy to niewymowny obraz?

Bruegel maluje pewną prawdę o człowieku, która zawiera się w prawdzie Ewangelii. Chrześcijanin nie może być w pełni człowiekiem karnawału, jak też w pełni być człowiekiem postu. To pierwsze grozi pustą beztroską i uzależnieniem się od przyjemności, to drugie – niedostrzeganiem piękna, eliminacją radości i świętowania z naszego życia. Okresy karnawału, zabawy i radości muszą się przenikać z okresami postu, uwalniania się od tyranii posiadania oraz pożądliwości.

Człowiek pozostaje wewnętrznie rozdarty między nieokiełznaną radością życia a tym, co duchowe, transcendentne.

Dziś często chcemy, by całe życie było karnawałem. Coraz więcej trwonimy na to czasu, energii oraz pieniędzy. Dajemy się oszukać, gonimy za ułudą. Wymiar postu jest także niezbędny w naszym życiu.

Pytanie, co zwycięża?

Nie wiem, ale nawet permanentny karnawał nie zapewni przyjemności, którą obiecuje. A bez wymiaru postu w naszym życiu nie odnajdziemy miłości. 

rozmawiała Ewelina Nowakowska


 

Wywiad ukazał się 29.03.2015 w piśmie Polska The Times