Lekcja 11: Naprawdę chrześcijanie
Gdy na Cmentarzu Assistens w Kopenhadze miałem okazję stanąć przed grobowcem rodziny Sørena Kierkegaarda,
przypomniałem sobie krytykę powszechnego chrześcijaństwa, którą sformułował ten słynny duński filozof. Szczególnie ostry ton nadał tekstom wydawanym w czasopiśmie „Chwila” („Øjeblikket”). Sam je założył, sam pisał większość tekstów i sam finansował ich publikację. Pismo ukazywało się od maja do września 1855 roku, a więc w ostatnich miesiącach życia filozofa. Bezpośrednim powodem jego ostatniego pisarskiego przedsięwzięcia była wypowiedź dawnego wykładowcy i nauczyciela, biskupa Hansa Lassena Martensena, który po śmierci prymasa Kościoła luterańskiego w Danii Jakoba Petera Mynstera nazwał zmarłego jednym z nielicznych w dziejach „świadkiem prawdy”. Kierkegaard uznał to za skandal. Mynster był dla niego symbolem establishmentu: urzędnika kościelnego, społecznego prestiżu, związanego z nim dobrobytu i niezmąconego bezpieczeństwa. Zmarły uosabiał to wszystko, co filozof uważał za kłamliwą wersję rzeczywistego chrześcijaństwa Nowego Testamentu. Znany mu państwowy Kościół luterański oskarżał o propagowanie wyłącznie takiej wersji chrześcijaństwa, która może liczyć na społeczną akceptację. Takiego chrześcijaństwa jednak nie ma, ponieważ jest to religia dająca dostęp do Boga, który jest zupełnie inny niż człowiek. Zatem zbliżyć się do Niego może jedynie ktoś, kto sam stanie się inny niż ogół społeczeństwa, a kogoś takiego tłum nie akceptuje. Już wcześniej filozof analizował ten problem, przyglądając się Abrahamowi idącemu na górę Moria, gdzie ów zamierza zabić własne dziecko. Rzecz to przecież niesłychana i nie do pomyślenia, że wezwanie Boga może przyjąć tak nieludzki kształt. Jednak to właśnie Abraham jest nazywany ojcem wiary i on odsłania charakter tej najbardziej zdumiewającej postawy życiowej. Nie może uzasadnić swojego czynu tym, którzy Boga nie słyszeli, nie może zostać „usprawiedliwiony” przez powszechnie obowiązujące normy moralne. Jest skazany na samotność, która postronnym wyda się samotnością szaleńca. Nie może liczyć ani na zrozumienie, ani na wyrozumiałość tłumu. Religia, która kogoś takiego stawia u swojego źródła, powinna być nie do przyjęcia dla mieszczan piętnowanych na łamach „Chwili”. A jednak wszyscy uważają się za chrześcijan! Zatem niepostrzeżenie trzeba było zmodyfikować chrześcijaństwo, żeby stało się znośne dla mas.
Czytaj dalej w miesięczniku „W drodze” https://wdrodze.pl/lekcja11