Od wielu lat mówi się o palącej potrzebie głoszenia katechezy adresowanej do osób dorosłych, których edukacja w większości przypadków zakończyła się na poziomie nauki religii w szkole. Dlatego w tym roku na łamach miesięcznika „W drodze” proponujemy Państwu cykl artykułów pod zbiorczym hasłem Lekcje religii dla dorosłych, które w przystępny sposób będą tłumaczyły prawdy naszej wiary. Papież Benedykt XVI powtarzał bowiem niejednokrotnie: Musicie wiedzieć, w co wierzycie. Mamy nadzieję, że ta roczna, wspólna katecheza, którą prowadzić będzie ojciec Tomasz Grabowski OP, przyniesie owoce i pozwoli nam pełniej i bardziej świadomie przeżywać swoje bycie chrześcijaninem.
Lekcja 1: Wierzę. Co to znaczy?
Gdy diakon podczas mszy kończył śpiew Ewangelii, ksiądz stojący przy miejscu przewodniczenia odpowiadał: Credo in unum Deum. Dzieliło ich kilkanaście metrów długiego prezbiterium. W wypełniających je stallach znajdowali się bracia, księża i zakonnicy. Powoli odwracali się od ambony (lektorium), zwracali twarze ku sobie i kontynuowali wyznanie wiary. Credo śpiewali podobnie jak inne modlitwy, w dialogu – chór na chór. Taki mieli zwyczaj. Nie znali innego. Sięgał on tak dawnych czasów, że nie sposób było powiedzieć, skąd się wziął. Pokolenia kolejnych mnichów i kanoników będą postępować dokładnie tak samo, aż do drugiej połowy XX wieku. Śpiewać będą bez względu na wszystko, co wydarzało się za murami ich klasztornego kościoła. Gdy barbarzyńcy spoza Alp zajmowali kolejne obszary Italii, gdy Karol Wielki rozszerzał granice swojego cesarstwa, gdy szalały zarazy lub wojny (te świeckie i te religijne), gdy dwóch papieży konkurowało o tron Piotrowy i gdy Kościół rozpadał się na dziesiątki kawałków na skutek działania samozwańczych reformatorów, gdy ginęli ich wrogowie i krewni w okopach wokół Verdun, gdy kończyła się wojna rozpętana przez nazistów… Na słowa Mistrza z Nazaretu, który przez kolejne wieki zapewniał o swoim zwycięstwie nad światem, wzywał do miłości nieprzyjaciół i ogłaszał królestwo dobra i pokoju, odpowiadali wyznaniem wiary. Choć nierzadko sami umierali na skutek choroby, głodu lub przemocy, wciąż powtarzali tę archaiczną formułę – „regułę wiary”, jak o niej mówiono. Dla jednych mogli się wydawać ostoją, dla innych ludźmi zaklinającymi rzeczywistość. Ci drudzy uważali, że chrześcijanie zamiast chować się w starożytne opowieści o lepszym jutrze w królestwie niebieskim powinni uznać, że zostali porzuceni przez swojego opiekuńczego Boga. Sami przecież nie byli w stanie sprostać naukom Cieśli, który żąda od swoich wyznawców, by uwierzyli w coś tak nieprawdopodobnego, jak zmartwychwstanie i życie wieczne.
Czytaj dalej w miesięczniku „W drodze” wdrodze.pl/article/wierze