Niespełna dwa tygodnie temu we Wrocławiu zakończyło się 42. Europejskie Spotkanie Młodzieży TAIZE. To jedno z największych organizowanych na starym kontynencie zgromadzeń młodych chrześcijan, miało również swój dominikański akcent. Z Jakubem Tarką oraz Michałem Zublem – organizatorami modlitw Taizé u wrocławskich dominikanów – rozmawia Ewelina Moroń.

Jakubie, Michale, to spotkanie było wyjątkowe. W jednej z parafii uczestnicy agapy przynieśli z sobą 58 blach ciast – ku entuzjazmowi przybyłych pielgrzymów. Jak wyglądało Wasze Taizé w ekstremalnych liczbach?

Jakub Tarka: Mam dwie takie liczby: „1” – bo na pierwszą próbę przyszedł jeden tenor, a dla dyrygenta to sytuacja nader ekstremalna – i „2” – bo tuż przed świętami zepsuły się w kościele dwa gniazda od mikrofonów i trzymały się jedynie na wesoło wiszących kabelkach. Jak na złość, organizatorzy od Michała w trakcie nabożeństw usadzili w tym miejscu dużą grupę dominikańskiej młodzieży, więc istniało zagrożenie, że w tym tłumie, nawet nieumyślnie, ktoś wyrwie kable i zostaniemy już zupełnie bez nagłośnienia. Na szczęście obyło się bez ofiar.
Michał Zubel: Dla mnie taką liczbą było „17” – czyli liczba dni mojego synka, który był już na świecie. Nie dość, że nie było mnie przy nim i żonie, Asi, to jeszcze musiałem wcześniej połączyć nową rzeczywistość ze starą. Ale – w sumie to żona zasugerowała o. Adamowi Chomie [organizatorowi ze strony wrocławskich dominikanów – EM], że się przydam, więc za bardzo nie mogła narzekać.

A jak wyglądały Wasze przygotowania do spotkań u dominikanów?

JT: Moim zadaniem było przygotowanie scholi. Dostałem dużo wcześniej cały scenariusz modlitwy i wybrane przez organizatorów z ramienia Taizé pieśni. Przyznam szczerze, że pomimo iż jako organista znam pieśni i kanony spod znaku Taizé, to większość z tych przewidzianych na modlitwy była dla mnie zupełnie nowa. Więc najpierw sam musiałem się ich nauczyć, nie tylko sopranu, ale też innych głosów, a potem posłuchać wielokrotnie nagrań i sprawdzić fonetyczną wymowę śpiewów w obcym języku. Pieśni były u nas wykonywane m.in. po łacinie, polsku, ukraińsku, niemiecku, francusku, hiszpańsku i włosku. No i po chorwacku – ale Chorwaci mieli swoją własną scholę.
MZ: Ja kierowałem wolontariuszami z ramienia klasztoru jako gospodarza, można powiedzieć „obsługą widowni”. Samych przygotowań nie było dużo – trzeba było ustalić godziny wejścia i wyjścia poszczególnych grup oraz rozdzielić zadania między wolontariuszy. Szukaliśmy każdego wyjścia z kościoła, dopasowywaliśmy klucze – wszystkie potencjalne wyjścia ewakuacyjne musiały być otwarte. Wolontariusze sterowali ruchem w kościele, pilnowali drożności korytarzy, obstawiali wyjścia ewakuacyjne i odpowiadali na pytania pielgrzymów. Moim zadaniem było skupić się na bezpieczeństwie, czego może nie było widać, ale tak właśnie miało być.
Największym wyzwaniem było zebranie wolontariuszy. Taizé odbywa się w przerwie świąteczno-noworocznej, więc młodzież z Piętrobusa [wrocławskie duszpasterstwo szkół średnich – EM] ma wolne, studenci wracają do domów, starsi – jak na przykład z duszpasterstwa postakademickiego ¾ – pracują albo są na urlopach i jadą gdzieś w góry. Zebrałem jednak 21 osób.

Ktoś jeszcze pomagał Wam w organizacji?

JT: Nieocenioną pomocą był dla mnie Friedmann Truzenberg, wolontariusz z Taizé, który odpowiadał za przygotowanie muzyczne do spotkania modlitewnego w naszym kościele. To młody, niezwykle serdeczny niemiecki muzyk, który – co ciekawe – potrafi też mówić po polsku. Służył mi radą w trakcie prób i przygotowań, a sam, władając kilkoma językami, poprowadził naukę śpiewów po francusku i hiszpańsku.
Drugą osobą, która bardzo mi pomogła, był Michał Balicki, jeden ze śpiewaków związanych z duszpasterstwem dominikańskim. Bez wahania, z dnia na dzień, zgodził się zaśpiewać solowe zwrotki do kilku śpiewów i przygotował je w kilku językach.
MZ: Sporym wyzwaniem organizacyjnym było połączenie normalnego funkcjonowania klasztoru i kościoła z modlitwami Taizé. W naszym kościele odbywały się dwie modlitwy południowe – zaraz po mszy o 12.00. Trzeba więc było „odpalić” dwunastkę, wstrzymać jednych ludzi (żeby nie weszli za wcześnie), wypuścić drugich (żeby potem nie stratowali tych pierwszych) i wpuścić pielgrzymów na modlitwę. Bardzo więc chwalę sobie współpracę ze wszystkim braćmi z klasztoru, dla których przecież musiała być to duża uciążliwość.
W sumie wszyscy byliśmy jak trybiki w maszynie. Adam Choma koordynował pracę od strony klasztoru, Kuba Tarka dbał o oprawę muzyczną, bracia z Taizé prowadzili liturgię. Ktoś tam przyniósł krzyż, ktoś czuwał z apteczką. I oczywiście – byli pielgrzymi. Każdy z nas miał swój odcinek i tylko w nim się poruszał – takie doświadczenie bardzo uczy pokory. Warto też dodać, że to wszystko zgrało się dzięki Bogu, a mogło się przecież po ludzku nie zgrać. Mogliśmy być najlepiej doświadczonym zespołem organizacyjnym w Europie, a wszystko mogło najzwyczajniej nie wyjść.

Udało się Wam wypełnić założenia organizatorów Taizé?

JT: Tak. Mieliśmy jedynie problem, żeby znaleźć osobę grającą na gitarze – w Taizé to podstawowy instrument, a w trakcie liturgii u dominikanów nikt jej nie używa, więc nie mieliśmy naszych „etatowych” gitarzystów, związanych z żadnym dominikańskim duszpasterstwem. Poszukiwania były zakrojone na szeroką skalę, przemawiałem nawet zza organów w trakcie ogłoszeń, aż w końcu oświeciła mnie moja żona, że przecież jeden ze śpiewaków scholi duszpasterstwa ¾ jest świetnym gitarzystą klasycznym. Dominik Mas, bo o nim mowa, zgodził się bez wahania i spełnił powierzoną mu rolę więcej niż znakomicie.
MZ: Nasz kościół gościł Chorwatów – był na tyle pojemny, by akurat ich pomieścić (Polaków by nie pomieścił – oni modlili się w Hali Stulecia, a i tak miejsc zabrakło).
Okazało się jednak, że pierwszego dnia nie było spotkań narodowych, więc już na poprzedzającą spotkanie dwunastkę przyszło do naszego kościoła mnóstwo pielgrzymów – ale większość z nich nie planowała zostać na modlitwę narodową. Mówimy o 600-700 osobach na mszy zamiast spodziewanych kilkunastu, i kolejnych 500-700 na modlitwie po. Trzeba więc było improwizować z logistyką.
Inne nieprzewidziane zdarzenie dotyczyło organizatorów z Taizé: pierwszego dnia osoba, która miała przynieść krzyż i opowiedzieć nam, jak ta modlitwa ma wyglądać, spóźniła się. Osoba, która miała prowadzić modlitwę, nie dotarła w ogóle. Ale wszystko wyszło. Choć nigdy nie organizowaliśmy tego typu spotkań, udało się nam uniknąć nerwowości i zbędnego zamieszania – co oznaczało, że mogliśmy się w spokoju także pomodlić. To była chyba duża wartość – nie tylko organizować modlitwę, ale też móc w niej uczestniczyć.

Michale, pełniłeś rolę spontanicznego tłumacza? Jeden z moich znajomych przygotowywał naprędce tłumaczenie „Te Deum” na chorwacki...

MZ: Nie, choć miałem wystąpienie techniczne o wyjściach ewakuacyjnych – trochę jak steward w samolocie.
Musieliśmy przygotować z wolontariuszami słowniczek polsko-angielski tematycznych słów, których raczej nie używa się codziennie, np. „transept”, „konfesjonał”, „ołtarz”, „zakrystia”. Na mszy Chorwatów była spowiedź – także po chorwacku – więc musieliśmy znaleźć kogoś, kto przetłumaczy na chorwacki, jak jest „spowiedź”, „konfesjonał” itp. (kolega w parafii robił spontaniczne tłumaczenie Te Deum).

Kubo, a jak dyrygowało się spontaniczną scholą na cały kościół?

JT: Jak zwykle wspaniale, to niesamowite uczucie prowadzić śpiew tak wielkiego zgromadzenia. Ciekawostką był fakt, że pierwszy raz dyrygowałem z włączonym stoperem. W ostinatach i kanonach Taizé powtarza się cały czas jeden tekst, który śpiewa się niejako w zapętleniu; organizatorzy przewidzieli natomiast na każdy ze śpiewów po 3 minuty. W związku z tym, na pulpicie oprócz nut, miałem włączony stoper i skrupulatnie mierzyłem czas.

Kilka dni przygotowań, dwa dni modlitw, pięć dni pobytu pielgrzymów we Wrocławiu i 42 Europejskie Spotkanie Młodych się skończyło. Co robiliście następnego dnia?

JT: Siadłem za organy i grałem dalej, właściwie już tego samego dnia, po zakończeniu modlitw Taizé w naszym kościele.
MZ: Ja musiałem odrobić dwa dyżury przy przewijaniu syna i pójść spać.

Foto: Dominika Mirko (DA Dominik)