Za zgodą redakcji portalu misyjne.pl udostępniamy wywiad z o. Pawłem Krupą OP

Ojciec Paweł to dominikanin, doktor teologii, historyk idei, mediewista, ale chyba przede wszystkim kaznodzieja. Na niedzielne msze św. na warszawskim Służewie, podczas których głosił homilie, przychodziły tłumy. 

Studiował w Krakowie, Paryżu i Rzymie, w latach 1997–2010 był członkiem Commissio Leonina przygotowującej krytyczne wydanie dzieł św. Tomasza z Akwinu. Od 2010 r. przez 6 lat był dyrektorem Instytutu Tomistycznego. W ostatnich latach był kapelanem sióstr dominikanek w Radoniach. Jest autorem zbioru kazań Krupówki warszawskie oraz książek: Jutro ma na imię Bóg, Spowiedź jak na dłoni, Boski adwokat, Koniec czasów. Już za kilka dni przyjdzie mu wypełnić nowe zadanie, które – jak mówi w rozmowie z Maciejem Kluczką – sam wybrał i którym sam się zaskoczył. Ojciec Paweł wyjeżdża na misję do Sankt Petersburga. Rozmawiamy z nim tuż przed wylotem. 

Napodróżował się Ojciec w życiu, ale to wyprawa misyjna. W takim charakterze wyjeżdża Ojciec chyba po raz pierwszy, prawda? 

Prawda. Do Rosji miałem jechać 30 lat temu… 

Czyli sprawa wróciła po 30 latach? Spora klamra czasowa…  

Nikt wtedy jeszcze nie marzył o tym, że to będzie możliwe, ale przygotowaliśmy się do tego, bardzo solidnie, pod wodzą przełożonego, o. Aleksandra Hauke-Ligowskiego. Ja mówiłem dobrze po rosyjsku, jeszcze ze szkoły. Lubię Rosję, miałem zaszczepioną sympatię do kultury rosyjskiej, do rosyjskiej historii. Było jasne, że jak tylko będzie możliwość, to ja pojadę do Rosji – język rosyjski był obowiązkowy w moich czasach szkolnych, miałem znakomitych nauczycieli, wygrywałem konkursy recytatorskie po rosyjsku, ale złożyło się inaczej. Studiowałem i pracowałem naukowo na Zachodzie, wróciłem po 18 latach, by być dyrektorem Instytutu Tomistycznego w Warszawie, a później poprosiłem o „kapelanowanie” mniszkom w Radoniach (siostry dominikanki klauzurowe w Radoniach na Mazowszu – przyp. red). Cisza, spokój, a jednocześnie praca pisarska i duszpasterska…

No właśnie! Zostawia Ojciec siostry… 

Zostawiam, to smutne, ale tylko do pewnego stopnia. Ten wyjazd to był przecież mój pomysł, więc byłoby dziwne, gdybym rozpaczał. W zeszłym roku nasz prowincjał w liście – dotyczącym zresztą czegoś innego – zapytał, czy byliby chętni na wyjazd za granicę. Napisał to na końcu listu, podał kilka kierunków, w tym Rosję i to był moment, gdy pomyślałem: „właściwie dlaczego nie?” I powiem panu szczerze – nie wiem, dlaczego. To jest niby jasne: mówię po rosyjsku, jeszcze się ruszam, nie jestem zupełnie zdemenciały, więc można pojechać, choć przecież miałem inne plany. Moja własna myśl zupełnie mnie zaskoczyła!  

W głowie zapaliła się żarówka?  

Tak, piknęło mi coś w głowie… W Sankt Petersburgu jesteśmy od blisko 30 lat. Służymy w kościele w samym centrum miasta, na Newskim Prospekcie. Świetny adres, lepszy ma chyba tylko Pałac Zimowy (śmiech). Budynek należy do państwa, ale jest udostępniony Kościołowi rzymskokatolickiemu. W pewnym sensie wróciliśmy do siebie, bo w 1814 r. dominikanie przejęli ten kościół i prowadzone przy nim gimnazjum po jezuitach. Trwało to niemal sto lat. 

Czy można wysunąć z tego wniosek, że warunki społeczno-polityczne dla prowadzenia działalności duszpasterskiej są w Rosji w miarę dobre? Możecie głosić Ewangelię? Wychodzić do ludzi?  

Wszelka akcja duszpasterska na zewnątrz jest bardzo ograniczona, państwo bardzo tego pilnuje. Ale tak po prostu jest i trzeba to przyjąć. Jesteśmy wdzięczni za to, że pozwalają nam tam być i pracować z tymi, którzy do nas przychodzą a jest ich sporo – i Rosjan, przedstawicieli innych narodowości. Sankt Petersburg jest bardzo międzynarodowy.

W takiej parafii są tysiące wiernych? Mniej czy więcej?  

Tak, mamy około tysiąca tych, którzy przychodzą w niedzielę na mszę św. Katolicy w Rosji są wszędzie, od Bugu po Władywostok, ale bardzo rozproszeni i często są to bardzo małe grupy. Praca duchownego katolickiego w Rosji to praca misyjna, w tym znaczeniu, że trzeba do nich dotrzeć. To częste i długie podróże.  

Ostatnio publikowaliśmy rozmowę z ks. Markiem Jaśkowskim, którego teren misyjny parafia na Syberii obejmuje obszar porównywalny z terytorium Polski.  

Chyba nawet to czytałem. My, dominikanie, jesteśmy bardziej związani z miastem, ale jeśli trzeba dokądś jechać z rekolekcjami, kazaniami, czy na zastępstwo, to oczywiście jedziemy. 

Jeśli Sankt Petersburg jest tak międzynarodowy i jest najbardziej zachodnim miastem w Rosji, to jednocześnie katolików jest najwięcej?  

Tak jest pewnie w Moskwie, bo w Rosji jest tak, że wszystko w Moskwie jest największe. Petersburg ma w sobie ciągle, mimo bolesnej historii, pamięć wielokulturowego miasta, w tym zachodnim klimacie. Są miasta, które mają inną kulturę, południowo-wschodnią.  

Muzułmańską? Azjatycką?  

Tak, a Petersburg to wielokulturowość zachodnia: Niemcy, Francuzi, Włosi, Holendrzy. Jest ciągle bardzo duża wspólnota francuskojęzycznych studentów afrykańskich. Oni ciągle przyjeżdżają tam na studia, dość licznie!  

Ilu jest dominikanów w Sankt Petersburgu?  

Ja będę piaty.  

Wie Ojciec, na jak długo tam jedzie?  

Nie.  

Jak Pan Bóg i prowincjał pozwoli?  

I jak pozwoli Federacja Rosyjska. Wiadomo, że w tego typu miejscu są różne, dość trudne uwarunkowania. Stosunki między Patriarchatem Rosyjskim a Watykanem bywają trudne, tak samo między Rosją a Polską, czy szerzej – Europą. Jedziemy tam jednak z dobrą wolą, nikt niczego głupiego nie chce robić, nie chcemy prowokować. Choć pamiętam przecież, co mówiło się za komuny… że nawet mycie rąk może być polityczne. 

Oby było jak najbardziej spokojnie, w tym sensie, by był czas i przestrzeń na pracę duszpasterską, a nie na „sprawy administracyjne” . Ta misja to dla Ojca bardziej przygoda, radość, twórcze podniecenie czy jednak wyzwanie ze strachem z tyłu głowy? Wyjeżdża Ojciec po wielu doświadczeniach za granicą, ale jednak pierwszy raz na misję i pierwszy raz do Rosji.  

To bardzo ciekawe… Gdybym wyjechał te 30 lat temu, to jechałbym podniecony, myślałbym: „jadę zdobywać Roję, nawracać, wow!”. Byłbym zdrowszy, byłbym młodszy… Teraz jadę już nie taki młody i nie taki zdrowy, ale z głębszym doświadczeniem świata i samego siebie, które pozwala mi zachować spokój. To nie jest tak, że ja się nie cieszę, ale mój pomysł zaskoczył mnie samego. Ja się cały czas sobie przyglądam i myślę: „Krupa, co ty robisz?! Czyś ty zwariował?”, ale z drugiej strony czuję, że tak miało być. To jest coś, co mi się wydarza, a ja się na to zgadzam. Wiem… to brzmi trochę mistycznie, ale to jest tak, jakby podstawiono na peron pociąg a konduktor pyta: „Wsiadasz?”, a ja wsiadam.

Gdy ludzie mnie pytają: „I co tam będziesz robić?”, odpowiadam: „Będę dominikaninem!”. To jest zabawne, brakuje mi 30 lat kapłańskiego doświadczenia w Rosji, a jednocześnie mam wrażenie, że właśnie tego potrzeba. Może tej naszej wspólnocie, może tym ludziom, których spotkam. Nie przyjedzie do nich ani młody entuzjasta, ani stary wyjadacz ale ktoś, kto wie, że ludzi najpierw trzeba zrozumieć, ktoś, kto kocha ich kulturę, kto chce ich poznać. A przede wszystkim wyznawać i głosić Chrystusa.

Trochę jako gość. Taka postawa jest zresztą kwintesencją postawy misjonarza. Nie jedzie jako ten, który chce podbić i zdobyć, ale jako ten, który chce poznać i być bratem.  

Bardzo głęboko wierzę w taką moc tego spotkania. Nie jadę wyważać drzwi. Nie jadę z planem, że zrobię to i tamto. 

To mogłoby być ryzykowne…  

Dla wszystkich.  

A niekiedy nawet dla zdrowia i życia misjonarza.  

A może też się okazać, że twoje plany w ogóle nie są potrzebne Panu Bogu. Na to też trzeba być gotowym.  

Na misje wysyłacie bardziej doświadczonych braci? Taka jest zasada?  

Zdarzało się na że wysyłaliśmy braci od razu po święceniach, ale zasadniczo mamy takie doświadczenie, że lepiej wysłać ludzi po kilku latach posługi. Jak się popatrzy na historię misji – wy to przecież najlepiej wiecie – to na misje często wyjeżdżali ludzie starsi. W całym doświadczeniu duszpasterskim ważne jest to ludzkie doświadczenie, czyli poznanie siebie: przeżyj, zobacz, doświadcz. Czasem panikuję, jak przysłowiowa blondynka: „O Boże, o Boże, co to będzie?”, ale jednocześnie odkrywam, że tak miało być, że przecież mieszkałem za granicą, wiem, co to znaczy. Do Polski przyjechałem po kilkunastu latach nieobecności i po dziewięciu znowu wyjeżdżam. Z żalem zostawiam siostry, bliskich, znajomych i przyjaciół, ale nie jest tak, że rozrywam tu jakieś długotrwałe więzi. Choć czasem więzi nie muszą być długotrwałe, żeby być intensywne. Jednak tak właśnie miało być… Tak wierzę. 

Czy były głosy: „Niech Ojciec zostanie, potrzebujemy Ojca, Ojca kazań”. Było trochę biadolenia? 

Muszę przyznać, że jeśli chodzi o moich współbraci, to w bardzo podejrzany dla mnie sposób moja propozycja wzbudziła u nich duży entuzjazm… (śmiech). Wolę się nie domyślać, dlaczego oni podeszli do tego z taką radością. Chyba jednak powinienem wziąć to za dobrą monetę – w końcu żaden nie powiedział: „Gdzie się pchasz na stare lata?”. Czas, który spędziłem w Polsce po powrocie z Paryża i Rzymu, był dla mnie owocny: praca naukowa i dydaktyczna, duszpasterstwo, media. Także te trzy spędzone w Radoniach pozwoliły stworzyć silną więź, nie tylko z radońskimi mniszkami, lecz także z ludźmi, których przy klasztorze spotykałem. Jestem zdumiony i zbudowany ich dojrzałością. Często mówią: „Szkoda, że ojciec jedzie, ale życzymy odwagi!”. Przywołam pewną historię… Znajomi wybrali się na pielgrzymkę do Santiago de Compostela. Przed pielgrzymką, wspólnie z wiernymi zgromadzonymi na Wigilii Paschalnej, wypisywaliśmy intencje, które tam zabrali. Gdy jakiś czas temu ogłosiłem, że wyjadę do Rosji, organizatorzy tej pielgrzymki podeszli do mnie i powiedzieli, że spełniła się ich modlitwa z Composteli. Zapytałem o to, jak brzmiała. „Modliliśmy się o to, byśmy nie byli egoistami. Jeśli Pan Bóg ma jakieś plany wobec Ojca, to niech Ojca zabierze”. Oni się tak modlili, nie wiedząc nic o moich planach!  

To już drugi dowód na to, że z tą Rosją to tak miało być… Myśli Ojciec, że z tych kazań w Petersburgu powstanie może książka? Na wzór „Krupówek warszawskich”, kazań na każdą porę roku? 

Mam cichy planik na listy z Rosji.  

Które regularnie by przychodziły do Polski? Będziemy mogli je przeczytać?  

Na stronie sióstr w Radoniach, a potem może na info.dominikanie.pl. Zobaczymy, czy będzie o czym pisać. 

Czy homilie w Rosji będą takie same jak w Polsce?

Tak, trzeba głosić Chrystusa.  

Ojciec jest znany jako „spec od kazań”, nazywany „idealnym kaznodzieją”. Na Ojca msze św. u dominikanów na warszawskim Służewie (niedzielne czternastki) przychodziły tłumy. W sieci można przeczytać i posłuchać wiele wywiadów, w których mowa jest o tym, jak Ojciec przygotowuje i głosi kazania. Jest też wiele spotkań, podczas których Ojciec o tym opowiada. Bywa Ojciec niekiedy zmęczony pytaniami pod tytułem: „jaka jest recepta na udane kazanie?” 

Nie, nie jestem. Im dłużej głoszę kazania tym bardziej się przekonuję (też z pewnym smutkiem), że ciągle trzeba mówić i przypominać o tym samym. Człowiek po wielu latach posługi myśli: „Nie, już o tym nie powiem, bo to jest oczywiste, wszyscy już to wiedzą”, a okazuje się, że dla wielu to zupełna nowość. Trzeba głosić, trzeba ciągle głosić!

Wywiad został opublikowany na portalu misyjne.pl