Z okazji uroczystości Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski zapraszamy do lektury tekstu o Maryi o. Łukasza Popko OP, doktora nauk biblijnych Ecole Biblique mieszkającego w Jerozolimie.

„Odrzucaj baśnie! Ćwicz się w pobożności!” (1Tm 4,7)

Pobożność maryjna niektórym katolikom, nawet tym zaangażowanym, może wydać się sprawą niszową, związaną z jakimiś szczególnymi upodobaniami czy temperamentem. Łączymy ją od razu z pewnymi praktykami: różańcem, nabożeństwami majowymi, pielgrzymkami na Jasną Górę, obrazami. Przyznamy nawet, że wszystkie te działania mogą być owocne, ale z drugiej strony nie muszą być ani w centrum chrześcijańskiego życia, ani nie każdy chrześcijanin musi się w nich odnajdywać.

Jednak każda duchowość chrześcijańska jest maryjna. Po pierwsze nasza relacja z Bogiem wykazuje podobieństwo do relacji Maryi z Bogiem, a po drugie bycie uczniem Jezusa zakłada osobistą relację z Maryją.

Zacznijmy najpierw od wyjaśnienia tego, czym jest „pobożność” i „duchowość”. Znaczenie polskiego słowa „pobożność” zawęziło się do sfery czysto modlitewnej i to w dodatku zewnętrznej. Dziś „pobożny” to ktoś, kto dużo się modli. Tymczasem wystarczy sięgnąć choćby do Pierwszego Listu do Tymoteusza, żeby znaleźć tam „pobożność” w znacznie szerszym i podstawowym sensie tego słowa. Polska „pobożność” tłumaczy greckie eusebeia lub łacińską pietas jako cnotę, dzięki której wszystkie ludzkie czyny i relacje są w jakiś sposób poddane bożej bojaźni. Pobożny jest więc ten, kto wszystko robi po bożemu, mając wzgląd na Boga. Pobożność może więc dotyczyć tradycji religijnych, ale i szacunku do starszych, czy też norm społecznych (1Tm 6,2-3). Pobożność to nie świętoszkowatość, ale działanie oparte na wiedzy, kim jest Bóg i jak powinien być czczony (1Tm 3,16).

Słowo „duchowość” ma nieco lepszą prasę. W potocznym języku „duchowość” to też pobożność, tylko „głębsza”, wewnętrzna. Jest tu coś na rzeczy, bo pytanie o czyjąś duchowość jest przecież pytaniem o ducha, który kieruje ludzkimi aktami. Każdy czyn, który angażuje nasz wolny wybór, a więc rozum i wolę, jest więc aktem naszego ducha. Nie na darmo po grecku czy hebrajsku ruah czy pneuma oznacza również wiatr: mimo że niewidzialny, jest realną siłą. Duch jest taką niewidzialną siłą przejawiającą się w naszych czynach; nawet głębiej – w naszych motywacjach.  Na przykład dzieła sztuki są wyrazem naszego ducha. W tym sensie każdy człowiek ma jakąś duchowość naturalną, związaną z jego własnym ludzkim duchem. Dlatego też każdy człowiek, o ile używa rozumu i jest trzeźwy, jest osobą duchową.

Doświadczenie i grzechu, i łaski wskazuje, że są różne duchy na świecie, które na nas wpływają. Boży Duch sprawia, że my chrześcijanie rozumiemy, wybieramy i robimy rzeczy Boże; takie, których bez Niego nie bylibyśmy w stanie podjąć, jak modlitwa, miłość nieprzyjaciół, czy wreszcie po prostu wiara w Boga. Istnieją też duchy zła i ciemności, które z nami walczą (Ef 6,12).

Kiedy więc będziemy mówić o pobożności Maryi, nie będzie chodziło jedynie o sposób Jej modlitwy i praktyki religijne; ale o to, jak to, co Maryja wiedziała o Bogu, przekładało się na Jej życie. Podobnie pytanie o duchowość Maryi zaprasza do tego, by zastanowić się, jak ludzki duch Maryi odpowiadał na działanie Bożego Ducha. Podobne kwestie dotyczą każdego chrześcijanina żyjącego wiarą, to znaczy kogoś, kto chce, by jego duch szedł za Duchem samego Boga. Największą różnicą między duchowością Maryi a naszą jest to, że ona nie traciła czasu na grzech. Co innego my – nasz duch często jest słaby i poddaje się złudzeniom duchów prowadzących do zła – albo nie wierzymy Duchowi Bożemu, albo po prostu nie jesteśmy mu posłuszni. Bywają w naszym życiu okresy, że tak bardzo skupiamy się na walce z wadą, z grzechem i tyle nas kosztuje wejście w stan łaski uświęcającej, że kiedy już tam się dostaniemy, nie bardzo wiemy, co dalej. To jest natomiast miejsce i punkt, w którym nasze życie staje się „maryjne”.

Maryja jest idealnym obrazem tego, jak człowiek współpracuje z Duchem Świętym. Każda duchowość chrześcijańska jest zatem duchowością maryjną dlatego, że działa w nas ten sam Duch Święty. Każda prawdziwa duchowość musi mieć coś wspólnego z tym faktem, w jaki sposób Ona odpowiadała na Boże wezwania. By zobaczyć Boga działającego w człowieku, nie ma lepszego obrazu niż Maryja.

Rozumieć, by wypełnić, by zrozumieć

W Zwiastowaniu Maryja reaguje na słowa Gabriela głębokim wzburzeniem. („Wzburzyła się głęboko” lub „zatrwożyła się” bliższe jest greckiemu diatarassomai niż dużo delikatniejsze słowo „zmieszała się” proponowane przez BT). Co więcej, jak jasno mówi o tym Łukasz, Dziewica nie rozumie, co oznacza pozdrowienie anioła. Tutaj ewangeliście może chodzić po prostu o niezrozumienie słów pozdrowienia, bo rzeczywiście nigdy wcześniej w grece nie użyto słowa kecharitomene („przełaskawiona”?), które zwykle tłumaczymy jako „pełna łaski”. Maryja najpierw odczuwa lęk, mówi o niezrozumieniu, stawia pytania, prosi o wyjaśnienie… bo chce być posłuszna. Chce zrozumieć; po to, żeby zrealizować, wypełnić Słowo. Na pewno rozumiała, że chodzi o Mesjasza. Ale czy do końca zrozumiała przesłanie Gabriela?  Co znaczy, że „królowaniu jego nie będzie kresu”? Co znaczy dokładnie, że „Duch Święty zstąpi na ciebie” albo że „moc Najwyższego cię ocieni”? Czy zrozumiała od razu tajemnicę Wcielenia?

Jak słusznie zauważają Ojcowie Kościoła, Wcielenie zaczyna się od przyjęcia Słowa sercem: jakiegoś podstawowego zrozumienia i zgody na nie. Ze strony człowieka Wcielenie to nic innego, jak przyjęcie w swoje życie ludzkiego Słowa Bożego. Spotkanie Maryi z Gabrielem jest wzorem każdego spotkania człowieka ze Słowem. Zaczyna się od Jego inicjatywy i łaski. Słowo posłane od Boga spotyka się z naszą ludzką kruchością, wzburzeniem, niezrozumieniem. Następnie – Pan odwołując się do tego, co już znamy – przekazuje rzeczy nowe. Stawiamy Mu pytania, poszukując głębszego zrozumienia. Jego odpowiedzi coś wyjaśniają, ale zarazem wprowadzają nas w głębsze tajemnice, które zrozumiemy dopiero, kiedy to Słowo się wypełni. Maryja odpowiadając „Niech mi się stanie”, ma wszystkie słowa konieczne do zrozumienia, ale do ich znaczenia będzie się zbliżała przez całe swoje życie.

Zrozumienie sensu Słowa Bożego jest dla chrześcijanina jedynie początkiem drogi. Ma świadomość, że znaczenie Słowa będzie się wyjaśniało w miarę, jak Słowo będzie się wypełniało. Wypełnienie Słowa jest poprzedzone przez przyjęcie go, przez pragnienie Go. Inaczej niż z jakimiś technicznymi poleceniami, które najpierw trzeba do końca zrozumieć, po to, żeby je wypełnić; w przypadku Słowa Bożego rozumienie pogłębia się w miarę wypełniania Słowa. W tym sensie posłuszeństwo wyprzedza i warunkuje pełne zrozumienie. Bez posłuszeństwa Słowu nie ma rozumienia Słowa. Tak jak bez narodzin Jezusa, słowa Zwiastowania pozostałyby zasadniczo niezrozumiałe, tak chrześcijanin bez wypełniania Słowa, nigdy w jego zrozumieniu nie postąpi.

Ten nieustanny ruch pomiędzy postępującym rozumieniem Bożego Słowa a ludzką wolą prowadzi do głębszego poznania, ale poza tym napędza i nadaje kierunek chrześcijańskiemu życiu. Maryja dała ludzkie życie Bożemu Słowu. Każdy chrześcijanin daje życie ludzkie Bożemu Słowu przez to, że daje mu swoje życie, wprowadza je w swoje wybory, w swoje ciało, w to jak rozmawia, co czyta, współżyje, znosi trudności, w to jak, żyje i jak umiera. Dopiero niosąc krzyż, rozumiemy słowa o Krzyżu. Dopiero kiedy kochamy, rozumiemy słowa o miłości.

Czegokolwiek by nie powiedział…

Chrześcijanin przeżywa swoją relację z Bogiem żywym jako czegoś wpisanego we wszelkie inne relacje. Mamy jedno serce i jeden mózg. Tym samym sercem kochamy człowieka i Boga, Boga i człowieka rozumiemy tym samym umysłem. Na szczęście doświadczenie Bożej miłości wpływa na miłości ludzkie, ale z drugiej strony wypaczone relacje ludzkie mogą zniekształcać obraz Boga. Szczególnie doświadczamy wpisania wiary w ludzkie relacje w przypadku modlitwy wstawienniczej. A to jest podstawowa rola chrześcijanina w świecie.

Matka Pana pojawia się podczas wesela w Kanie Galilejskiej. To właściwie dzięki niej Jezus uczynił „początek znaków”. Ewangelia Jana mówi o przemianie wody w wino jako o arche znaków Jezusa (J 2,11). To greckie słowo oznacza „początek” ale i „zasadę”. To znaczy każdy ze znaków Jezusa ma w sobie coś, z tego co działo się w Kanie.

Jan zaczyna swoją relację od stwierdzenia, że była na ślubie Matka Jezusa. O Jezusie ewangelista mówi dopiero w następnym wersecie. Jezus z uczniami „załapał się” na to przyjęcie niejako na doczepkę, ze względu na Matkę. Mamy więc, oczywiście nieprzypadkową scenę, w której to Jezus idzie za Maryją, a nie odwrotnie. Więc bywa i tak, że to Bóg postępuje za człowiekiem.

Wymiana zdań między Matką a Synem jest doprawdy przedziwna. To krótkie frazy, które pokazują, że między słowami dzieje się tyle, co i w słowach. Maryja mówi: „Nie mają wina”. Proste stwierdzenie? Niewinna informacja? Odpowiedź Jezusa wskazuje, że Syn doskonale zrozumiał, że jego Matce nie chodzi o przekazanie wiadomości. Intencją i prawdziwą treścią tego zdania jest, że coś z tym brakiem „trzeba zrobić” albo właściwie, że to On ma coś zrobić. Kiedy słyszysz, drogi czytelniku, od własnej matki „Pies głodny” – to znaczy, że masz mu dać jeść; „Zepsuła się lodówka” – znaczy, że masz ją naprawić. Ujmujące jest to, że Jezus rozumie właściwy sens tego zdania.

Odpowiedź, którą Pan daje swojej Matce, nie wydaje się najgrzeczniejsza. W semickim idiomie brzmi to: „Cóż mnie i tobie, kobieto?!” Mniej więcej można to zrozumieć jako zniecierpliwione zdanie: „A cóż ja mam z tobą wspólnego!?” Żeby nie było wątpliwości, Jezus jeszcze dopowiada jasno przeczące zdanie: „Jeszcze nie nadeszła moja godzina”. Ponownie treść słów wydaje się mówić jasno: „Nie. Nie zrobię tego”. Tymczasem pragmatyka sytuacji mówi coś dokładnie przeciwnego!

W reakcji na to najwyraźniej zniecierpliwione dictum Syna, Matka zamiast podjąć z Nim dyskusję, próbę wyjaśnienia, przekonywania Go, w ogóle z Nim nie rozmawia. Zamiast tego zwraca się do osób trzecich: „Cokolwiek by nie powiedział, zróbcie to!” Słowa mówią jedno, ich sekwencja i czyny mówią drugie. Maryja uważa sprawę po prostu za załatwioną. Tak rozmawiają ludzie, którzy się znają bardzo dobrze. Wiedzą, że „nie” niekoniecznie znaczy niezgodę. Umieją rozpoznać prośbę w tym, co nie jest sformułowane jako prośba. Umieją przejść do porządku dziennego nad emocjami. Tutaj porozumienie pomiędzy Matką a Synem dzieje się nie tyle poprzez słowa, ale ponad słowami, a czasem nawet wbrew ich dosłownemu znaczeniu.

Wydawałoby się, że Maryja słyszy po prostu od Jezusa „nie”. Nic z tego nie będzie. Nie czas na to. Matka Pana nie wdaje się w dyskusje. Nie dopowiada. Nie docieka. Nie proponuje kompromisu. Nie dopytuje, dlaczego, a kiedy, a po co, a na co. Jedno zdanie, które ma do przekazania innym ludziom, a które warte jest wszystkiego, to ufne wskazanie na Jezusa.

Trudno mi znaleźć bardziej pocieszającą scenę dla kogoś, kto mówi, że nie umie się modlić, że nie wie, jakich użyć słów. Może zbyt wiele czasu zastanawiamy się, jak Bogu opowiedzieć, wytłumaczyć, przekonać do swojej sprawy, do sprawy osób, które Mu polecamy. Wydaje się nam, że wysłuchanie modlitwy zależy od naszych zdolności oratorskich, od klarowności sformułowanej prośby, wyjaśnienia własnych głębokich motywacji, racjonalnego uzasadnienia, a może nawet natężenia własnych emocji, wylanych łez, obietnic, czy czego tam jeszcze. Tymczasem wysłuchanie modlitwy zależy po prostu od Jezusa. Od nikogo więcej. On jest w stanie przedrzeć się przez nasze poplątane motywacje, niezgrabności, a czasem nawet przez to, że nam aż tak bardzo nie zależy. On zna przecież słowa zanim się pojawią na naszym języku.

Jak często stajemy się adwokatami Boga, tłumacząc Go przed ludźmi z niewysłuchanych modlitw, z nieszczęść na świecie! Możemy też przybrać postawę bardziej pozytywną, jakby menedżera Boga, który obiecuje klientom, że coś uda się załatwić. Każda prośba skierowana do wstawiennika staje się tutaj próbą relacji między nim a Jezusem. Dość diabelska to postawa, jeśli przypomnimy sobie pokusy stawiane przed Jezusem: „Jeśli jesteś Synem Boga…”

Maryja niczego nie obiecuje, niczego nie przyrzeka, nie jest nawet pewne, że naprawdę oczekuje takiego a nie innego cudu. Mówi o jednej rzeczy, którą zawsze należy powiedzieć ludziom proszącym nas o modlitwę „cokolwiek ci powie, zrób to”. Rolą chrześcijanina nie jest bycie małym Bogiem ani żoną bardzo-ważnej-osoby, która może załatwić coś nieoficjalną drogą. Naszą drogą jest wskazanie na Jezusa, skierowanie do niego, przekazanie imperatywu, którym sami żyjemy: słuchać, by czynić. Jeśli ktoś wejdzie na tę drogę, zawsze będzie zwycięzcą. Nie ma ważniejszej misji niż ta. Efekt wybornego wina, obfitość, znak – to wszystko jest jedynie efektem ubocznym. Znakiem widzialnym czegoś, co wydarzyło się jako efekt pójścia za słowem Jezusa.

Misją chrześcijanina nie jest załatwianie czegokolwiek komukolwiek po znajomości. Na pewno nie jest to rolą Maryi. Na pewno zaś jest jej rolą i rolą każdego chrześcijanina widzieć świat i jego potrzeby, choćby te wydawałoby się nawet drugorzędne, odnosić je do Jezusa, a ludziom wskazywać na Niego i Jego słowa. Wszystkie inne homilie, nauczania, są tylko jakąś funkcją podlegającą tej roli podstawowej.

Mimo tego, że nie była to „Jego godzina”, jak sam Jezus przyznał, to wstawiennictwo Maryi stało się „początkiem znaków”, które uczynił Pan. Maryi jest przypisana opatrznościowa sprawczość, która sprawiła, że czas przyspieszył! Czas Jego działania – „Godzina Jezusa”, która była „jeszcze nie teraz”, po wymianie zdań z Matką staje się „teraz”. Jak kobieta puściła w ruch historię biblijną poprzez sięgnięcie po owoc Edenu, tak i w Kanie Galilejskiej kobieta „uruchomiła” czas Jezusa, czas zbawienia – poprzez dwa krótkie zdania wypowiedziane raz do Jezusa, a drugi raz do człowieka. Nie ma chyba bardziej skutecznego wstawiennictwa niż właśnie takie. Wygląda to na „efekt motyla” – drobiazg, który wpływa na Boskie Plany dotyczące świata!

Przyjąć Matkę Pana

Matka Jezusa pojawia się wreszcie, kiedy godzina Jezusa nadeszła w swojej pełni, w dojrzałości czasu. Maryja stojąca pod Krzyżem tym razem nic nie mówi, jak zresztą żadna z innych postaci. W zrozumieniu tego wydarzenia pomaga nam kontekst. Bezpośrednio przed tą sceną Ewangelista poświęca kilka cennych wersetów, by opowiedzieć dość szczegółowo, co działo się z tuniką Jezusa. Otóż po odebraniu Jezusowi wszystkiego łącznie z ubraniami, żołnierze zauważyli, że była utkana z jednego kawałka materiału, co czyniło ją na tyle cenną, że głupotą byłoby dzielenie jej na części. To chyba jedyny fragment Pisma, który wspomina jakiś detal z ubioru Jezusa, który poza tym widocznie nie miał w sobie nic szczególnego. Żołnierze rzucili losy, by jej nie rozdzierać (po grecku schidzo J 19,24). Od tego czasownika pochodzi słowo schizma „rozdarcie”, które oznacza rozłam w Kościele.

Ta niepodzielona tunika Jezusa, to coś cennego, co po Nim pozostało, podczas gdy wszystko inne zdawało się rozpadać. Chodzi tu oczywiście o Jego Kościół. Niech potwierdzi to fakt, że jedynym tekstem, w którym Ewangelista Jan używa tego samego czasownika, jest cudowny połów po zmartwychwstaniu. Piotr na słowo Zmartwychwstałego zarzuca sieci, które gromadzą tak wiele ryb, że ledwo co utrzymują ich ciężar: „choć ich tak wiele było, sieć się nie rozdarła” (J 21,11). Nierozdarta szata Jezusa – wydana w ręce pogan, cenna, trwająca ponad śmierć Pana – jest obrazem jedności Kościoła.

Podobnie te krótkie równoważniki zdań, które padają z ust Jezusa wiszącego na Krzyżu mają coś wspólnego z Kościołem. Słuchającemu tej perykopy dana jest najpierw perspektywa Jezusa, który z wysokości Krzyża patrzy na świat. Wiszący Jezus rozgląda się z góry i widzi trzy Marie: swoją Matkę wraz z jej siostrą, a więc swoją ciotkę oraz Marię z Magdali. To kobiety ważne w opowieści Ewangelicznej, ale które wcale wcześniej nie wydawały się postaciami pierwszoplanowymi. Nic poza stwierdzeniem ich obecności nie jest nam wyjaśnione: skąd tu się wzięły, dlaczego się nie bały jak uczniowie, ani co przeżywały, ani nawet po co tam stały. Jakkolwiek można te wszystkie szczegóły sobie dopowiadać albo próbować tłumaczyć – faktem jest, że nie są nam wyjaśnione. Liczą się więc ci, co zostali, niezależnie od ich myśli, wewnętrznych dylematów, pojmowania czy też niepojmowania zaistniałego dramatu Męki.

Dotykamy w scenie spod Krzyża czegoś absolutnie centralnego w duchowości maryjnej. Otóż nic nie zastąpi obecności przy Jezusie. Ani wspaniała przeszłość, ani jakakolwiek szczególna pozycja wśród uczniów Pana. Scena Krzyża mówi coś o towarzyszeniu każdemu cierpiącemu. Trzy Marie nie mają zasadniczo nic do powiedzenia cierpiącemu Jezusowi albo przynajmniej nic godnego wzmianki ewangelisty. Nie mają słów pocieszenia, nie mają może już nawet sił, żeby jakkolwiek reagować, może nawet nie mają sił, by patrzeć na przybitego Jezusa. Ewangelista nie mówi, że cokolwiek były w stanie rozumieć. Ostatecznie w godzinie Krzyża liczy się obecność na miarę, na jaką nas stać. Nie ma nic bliższego tej obecności do ukrytej wszechobecności Ojca Niebieskiego, który w tej scenie również milczy.

Bywa, że uciekamy od człowieka cierpiącego, bo nie wiemy, co z jego cierpieniem zrobić. Czujemy, że musimy coś powiedzieć, a nie wiemy co. Że jakoś trzeba pocieszyć, ale nie znajdujemy słów pocieszenia. Nie wiemy jak, nie możemy się zebrać na spotkanie z umierającym. Trzy Maryje natomiast po prostu są obecne, właśnie takie, jakie są: cierpiące, bolące, rozbite, samotne. I wtedy dokonuje się cud Krzyża.

Wszelkie cierpienie izoluje. Skupia na walce o własne przetrwanie, o kolejny oddech, o kolejny dzień. Człowiek chronicznie cierpiący może stać się, i to jest zrozumiałe, osobą egocentryczną, która nie bardzo jest w stanie myśleć o czymś innym poza swoim stanem. Jezus w ostatnich momentach ziemskiego życia odwrócił ten egocentryzm cierpienia. Ciekawe, że kierując się do Matki, jakby zmuszał ją, żeby skierowała się ku drugiemu człowiekowi: „Kobieto, oto syn twój”. Zamiast być miejscem podziału i samotności, Golgota stała się miejscem tworzenia więzi.

Umiłowany uczeń pojawia się dopiero teraz, jakby znikąd. Narrator wcześniej w ogóle nie wspominał jego obecności i mamy wrażenie, że dopiero głos samego Jezusa wprowadza go na scenę wydarzeń. Wiele atramentu przelano, próbując go zidentyfikować. Faktem jest, że ta tajemnicza postać, mimo tego, że pojawia się w istotnych momentach Ewangelii Jana, pozostaje anonimowa. Na pewno nie jest to przypadek, skoro nawet postaci drugo- i trzeciorzędne otrzymują jakieś imię. Ewangelista świadomie sprowadził tożsamość tego ucznia do jednej tylko sprawy: jest kochany przez Pana. Nic poza tym nie jest nam dane; tak, by nic innego tej podstawowej sprawy nie przyćmiło. Umiłowany to jego jedyne imię, niezależnie od tego jak nazwali go rodzice lub jakkolwiek mógł być znany innym ludziom.

Ta tożsamość jest również otwarta – każdy umiłowany przez Pana może się tu łatwo wpisać w Ewangelię. Myślę, że tu jest miejsce, gdzie ten, kto czyta tę Ewangelię, nagle znajduje się w jej środku. Pan kieruje to słowo do tego, kogo kocha. To jest więc słowo do mnie, który je czytam. Poprzez słowo Jezusa skierowanego do Umiłowanego ucznia z czytającego opowieść staję się jej uczestnikiem! W tym momencie, w którym chrześcijanin słyszy słowo Jezusa skierowane do siebie, musi też skrzyżować swoje spojrzenie ze spojrzeniem Maryi. Jezus pragnie relacji między swoją matką a Umiłowanym uczniem. Nie zachowuje niczego tylko dla siebie. Nawet swoją Matką chce się dzielić.

„Oto syn twój. Oto matka twoja.” – Nie jest to jakaś sądowa formuła adopcji. Jezus zmienia sposób, w jaki ludzie patrzą na siebie. Chce, by patrzyli na siebie, jak on na nich patrzył. Uczeń ma widzieć w Matce Pana swoją Matkę. Matka ma widzieć w Umiłowanym – własnego syna. Choć brzmią te zdania jakby Jezus się sam wycofywał z tych relacji, tak naprawdę jest On w relacji między Matką a uczniem głęboko obecny. Maryja i Umiłowany będą widzieć świat oczyma Pana i Jego sercem kochać. Pan jest tutaj nie tyle bezpośrednim przedmiotem miłości, ale jej źródłem. Oboje, i Matka, i uczeń, niby tracą z oczu cielesnego Jezusa, ale za to same ich oczy stają się jakby oczyma Jezusa i jego sercem, bo widzą świat i kochają, jak On to czynił.

Jesteśmy w tej scenie u źródła wszelkich relacji między chrześcijanami. Jesteśmy u źródła Kościoła. Uczeń Jezusa nie może nie wziąć Matki Pana do siebie! Znaczyłoby to, że nie jest Jego uczniem, że to słowo nie odnosiło się do niego. Kto nie słyszy, „Oto matka twoja”, nie słyszy również, że Umiłowany to właśnie on. Tutaj dopiero padają słowa Ewangelisty, że się wszystko wypełniło, to znaczy doszło do pełni, dojrzało. Pan umiera, ale Jego spojrzenie zwycięża świat.

Życie w Bogu

Bóg w Trójcy Świętej objawił się nam jako Ojciec, Syn i Duch Święty. Jest źródłem życia, bo Boskie osoby się sobie oddają i się przyjmują. Człowiekiem, który w najdoskonalszy sposób jest w to Boskie życie włączony, jest Matka Pana, która również to życie przyjęła i ofiarowała. Stała się drogą, którą Słowo przyjęło, żeby się do mnie dostać. Dlatego jest ona i moją drogą do Bożego życia. Innych dróg niż wybranie, słuchanie, posłuszeństwo, współcierpienie, wskazywanie na Jezusa chyba nie ma. Innej drogi nie znam.