Ksiądz jest po to, aby nam przypominać prawdę, w którą najtrudniej w życiu uwierzyć, prawdę, że Ktoś nas kocha.

Jeżeli chcemy się wyspowiadać, musimy iść zwierzyć się drugiemu człowiekowi, najczęściej nieznajomemu. Dla czego takie wymaganie?

Dlaczego mamy oskarżać się z grzechów, które znamy aż za dobrze, wobec kogoś, kto właściwie nic o nas nie wie? Często odczuwamy pewien rozdźwięk między słowami kapłana – zbyt surowego i wymagającego w naszym pojęciu lub przeciwnie, zbyt liberalnego – a nami, którzy ze swej strony, spowiadając się, próbujemy jakoś dopasować, dostosować wyznanie swoich win do tego człowieka. Co mamy odpowiedzieć, jeżeli mówi nam na przykład, że jakiś wyznawany przez nas grzech jest bardzo poważny, podczas gdy nam wydaje się bez znaczenia – lub na odwrót?

Na pewno spowiednik pozostaje człowiekiem, który może popełniać wiele omyłek… Nieraz wywołują one uśmiech, jeżeli nie są bolesne. I tak pewna babcia usłyszała kiedyś, żeby była grzeczna podczas lekcji, a wdowa, żeby dobrze wypełniała swoje obowiązki małżeńskie… Przykłady można mnożyć, ale nie one stanowią o istocie spowiedzi.

Prawda, w którą najtrudniej uwierzyć

Odpowiedź można znaleźć w odkryciu, że ksiądz jest po to, aby nam przypominać prawdę, w którą najtrudniej w życiu uwierzyć, prawdę, że Ktoś nas kocha. Jeżeli bowiem Bóg przyjął ludzką postać, jeżeli przyszedł w noc Bożego Narodzenia, jeżeli przyszedł razem z nami płakać i zasiąść z nami przy jednym stole, to obecność Jego wśród nas możemy wytłumaczyć tym samym, co obecność kapłana przy spowiedzi: wszystko to nam mówi, że miłość Chrystusa do nas jest dostatecznie wielka, aby nasze grzechy przestały istnieć. Dlaczego więc nie przejść ponad zmęczeniem kapłana, ponad jego niezrozumieniem i ograniczeniami, ponad paru ogólnikami, jakimi częstuje nieraz penitenta, i nie powiedzieć, że przychodzimy do niego wcale nie po jego własne myśli i poglądy, ale przede wszystkim dlatego, że potrzebujemy Bożego pokoju i światła Ewangelii. Kapłan i chrześcijanin razem klęczą przed krzyżem Chrystusa i razem proszą o pomoc Boga.

On też jest grzeszny

Zachowuję żywo w pamięci obraz, który w inny jeszcze sposób ukazał mi miejsce kapłana w sakramencie pokuty.

Było to w jakąś niedzielę, w kościele prawosławnym w Paryżu, podczas mszy św. Wierni uczestniczyli w nabożeństwie; uczestniczyły w nim również przesłonięte blaskiem świec ikony świętych. Z boku, blisko okna, stał kapłan przy pulpicie, na którym znajdował się krzyż i księga Ewangelii – miłosierdzie i mądrość Boża – i wzywał penitenta, żeby powiedział, „co stanowiło największą przeszkodę między nim a Bogiem”. Zaraz nawiązał się dialog i obydwaj roztrząsali problemy życia duchowego człowieka, który przyszedł złożyć Bogu ofiarę skruszonego serca, podobnie jak Dawid po swoim grzechu czy syn marnotrawny po swym odejściu. Wszystko razem mogło trwać zaledwie pięć minut. Dialog w naturalny sposób zamienił się w modlitwę, wypowiadaną przez ojca duchownego, który klękając obok penitenta, wyznawał, że sam również jest grzesznikiem wobec Boga i nie może nikomu udzielać przebaczenia, oddaje więc penitenta w ręce Boże. Następnie kładąc końce stuły na głowę penitenta (który klęczał), kapłan mówił: „Ty sam, Panie, przebacz temu twojemu słudze przeze mnie, który także jestem grzesznikiem; pojednaj go i włącz do świętego Kościoła twojego przez Jezusa Chrystusa, naszego Pana”. Podniósł penitenta z klęczek, dał mu do ucałowania krzyż i Ewangelię, pobłogosławił go, a potem uścisnął. To było wzajemne odnalezienie się Boga i człowieka, a także spotkanie człowieka z ludźmi – żywymi i umarłymi; to wzajemne odnalezienie musiało dokonać się wobec świadka; świadkiem tym był kapłan.

Czy istnieję dla Boga?

Być może uznajemy w teorii, że Bóg jest wszechmogący, potężny, dobry, wieczny, opiekuńczy, ale przez spowiedź odkryjemy to jakby doświadczalnie, konkretnie. Podejmując razem z Nim wspólne działanie, mogę się wreszcie przekonać, jak bardzo Bóg jest Kimś Innym.

Musimy oczywiście uznawać, że Bóg jest wszystkim, skoro jest Bogiem. Ale chodzi o to, abyśmy się przekonali, że możemy prowadzić z Nim dialog. Musimy to sobie uświadomić w sposób konkretny, wyraźny, że Bóg jest dla nas równocześnie nieskończenie bliski i nieskończenie od nas odmienny. Dlatego mamy się spowiadać, a jeśli ktoś się nie spowiada, dochodzi w końcu do wniosku, że właściwie nie istniejemy dla Boga.

Tymczasem, jeżeli żyjemy, jeżeli działamy, to należy z tego wnioskować, że Bóg liczy na dialog z nami, na nasze działanie, że potrzebuje tego działania i nie może zrobić bez nas tego, co zdecydował zrobić razem z nami.

Bóg sam przewidział nasze miejsce w realizacji swoich planów. Z miłości ku nam nie chciał sam wypełniać planu zbawienia, ale wyznaczył w nim miejsce innym – każdemu z nas. Również z miłości ku nam pozwala nam wierzyć, że to my jesteśmy inicjatorami tego wspólnego działania. Bóg czuły i zazdrosny chce, żebyśmy naprawdę byli przekonani o ważności roli, jaką mamy do odegrania w dziele zbawienia. Chce, żeby nam się wydawało, że nasze wyznanie Go pokonało, jak gdyby człowiek wysłuchiwał Boga. Tak objawia się Jego prawdziwa bliskość. Bóg – nasz partner uprzedza nas swoją miłością, ale postanawia spełniać swoje dzieło w odpowiedzi na prośbę przyjaciół.

Zanim zawołają (. ..), Ja już wysłucham

Może Bóg jest bliski, ale bardzo trudno jest nam nie raz odczuć Jego obecność, właśnie wtedy, kiedy tego najbardziej potrzebujemy. To „uczucie” wydaje się nam kruche i jakby sztuczne. A jednak Bóg na wieki związał się z nami; tak zdecydował i decyzja ta nie ma charakteru dowolności. Dając nam swego Syna, „wydając” Go nam, dał nam równocześnie wszystkie atuty do otrzymania przebaczenia. Do nas tylko należy, aby Mu o tym przypominać. Bóg nie mógł zrobić nic więcej, żeby zapewnić nas o swojej bliskości. Tak, jakby jakiś sędzia, nie chcąc już nigdy być bezstronny, stanął na miejscu oskarżonego, usuwając wszelki przedział istniejący między nim a tym, kogo miał skazywać. Wydaje nam się, że powiedzieliśmy wszystko o Bogu, twierdząc, że przebacza, a tymczasem On uczynił o wiele więcej, ponieważ przyszedł płakać razem z grzesznikami i był skazańcem wśród skazańców. „Nie miał On wdzięku..(…), aby na Niego popatrzeć (…) mąż boleści ( … ), a myśmy Go za skazańca uznali” (Iz53, 2 -4). Nieprawdopodobna bliskość Boga, który teraz nie może skazać samego siebie…

Przy każdej spowiedzi wiara nam przypomina, co Bóg dla nas uczynił. Już nam przebaczył Ten, do którego się zwracamy, już nam odpowiedział: „Zanim zawołają (…), Ja już wysłucham” (Iz 65,24). Dzięki wierze nabieramy pewności, że ta obietnica Boża jest prawdziwa, że została zrealizowana w darowaniu nam własnego Syna.

Już dla proroków Bóg jest przede wszystkim „Bogiem, który wyzwolił”, a skoro uczynił to już dla swego ludu, nie może znowu go nie uwolnić. 

Pamiętamy zdumiewający okrzyk św. Pawła, w którym zawiera się cała pewność i cała nadzieja: „Cóż więc na to powiemy?… On, który nawet własnego. Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał, jakże miałby nam wraz z Nim i wszystkiego nie darować?” (Rz 8,31- 32). Takie jest właśnie znaczenie modlitw mszalnych i całego Kanonu: „Wspominając błogosławioną mękę, zmartwychwstanie oraz chwalebne wniebowstąpienie Twojego Syna… pokornie Cię błagamy…”

Możemy teraz wspominać święte tajemnice, które dają nam pewność, że uzyskamy przebaczenie. Ojciec nasz niebieski, tak nam bliski, że nigdy o takiej bliskości nie mogliśmy nawet marzyć, daje nam swojego Syna i wszystkie tajemnice, dopełnione w Jego ciele. Należą do nas. Wszechmocny Bóg, dając nam swego ukrzyżowanego Syna, oddając do naszej dyspozycji tajemnice swego miłosierdzia, daje nam władzę nad sobą. Przelana krew Chrystusa jest do mojej dyspozycji… Jakże mógłbyś pozostać nieczuły, Boże, wobec ciała Twojego Syna, który jest obrazem Twego miłosierdzia?

Gdyby to zależało od księży

Pozostają ograniczenia czy niezrozumienie księdza. Jest on po to, aby przybliżyć nam Boga, a tymczasem często dzieje się wręcz przeciwnie.

Byłoby wspaniale, i rzeczywiście wydaje się to bardzo piękne, żeby zbawienie zależało od świętości czy mądrości księdza. Naprawdę jednak takie rozwiązanie byłoby wręcz okrutne – zarówno dla księdza, jak i dla wiernych. Nie moglibyśmy wtedy uwolnić się od dylematu: wszystko lub nic.

Albo doskonali księża, albo nikt, kto mógłby nas zbawić. W ten sposób chrześcijanie bardzo często wyobrażają sobie Kościół; odcinamy się od lekarza, ponieważ nie podoba się nam aptekarz.

W rzeczywistości Bóg złożył zbawienie w ręce naszej wolnej woli, woli dawania i woli przyjmowania, a nie w ręce naszej świętości. To, co tak bardzo nie podoba się niektórym w Kościele, jest dla nas właśnie ocaleniem. Absolucja jest zawsze absolucją, niezależnie od stanu duszy tego, który jej udziela. Chociaż nie zawsze jest on w przyjaźni z Bogiem, to przecież zawsze może przynajmniej chcieć dobrze czynić innym, przynajmniej chcieć przekazywać zbawienie. O ile Bóg żąda od niego wiele dla jego własnego zbawienia, o tyle wymaga bardzo mało dla zbawienia innych.

„Piotr chrzci? To Chrystus chrzci. Paweł chrzci? To Chrystus chrzci. Judasz chrzci? To Chrystus chrzci” (św. Augustyn). To samo trzeba powiedzieć o przebaczeniu. Miłosierdzie Boże nie mogłoby tego znieść, żeby nasze zbawienie było odmierzane miarą świętości czy mierności ludzi. Chyba to powinno być dla nas wezwaniem do wielbienia Bożego miłosierdzia.

Bóg nie jest purystą

W gruncie rzeczy jedynie Bóg miałby prawo być purystą i nie dopuścić do tego, aby zbawienie było sprawowane w sposób niegodny. I nie dopuściłby do tego, gdyby bardziej kochał to – co niefortunnie chyba nazywamy Jego chwałą – niż grzeszników. A raczej, sięgając głębiej, gdyby chwałą Boga była Jego czystość, a nie miłosierdzie. Tymczasem właśnie Jego miłosierdzie wymaga, aby dawać ludziom zbawienie; niech robią to nawet ludzie niegodni, ale niech będzie dawane.

„Zbawię was wszystko jedno jak, ale zbawię”. Czy taki głos nie odzywa się w wielu fragmentach Ewangelii, a potem na przykład w Liście do Hebrajczyków? Gdyby do kapłaństwa były dopuszczane jedynie istoty kryształowe, a nie ludzie z ciała i krwi, wówczas zbawienie musiałoby być odmierzane kroplomierzem przez jednostki tak rzadkie jak bohaterowie heroicznej miłości; ale Bóg wolał, żeby pośrednikiem zbawienia mógł stać się dosłownie każdy, jeśli tylko zgodzi się zostać wybrany, Zgoda ta zresztą, jeśli tylko została wyrażona z całą dobrą wolą, może być najlepszą rękojmią, także dla kapłana, że dojdzie on również do świętości, mimo całej swojej niestałości i nędzy.

Ostatecznie może jedynym warunkiem naszego zbawienia przez spowiedź jest zaakceptowanie Bożego planu, Bożego zbawienia i przebaczenia; warunek ten jest łatwy i kojący dla naszej słabości, ale bardzo trudny i wymagający dla naszej pychy.