Zaproszenie do przejścia przez bramę Trzeciego Tysiąclecia wiąże się z pójściem, aby głosić nasze spotkanie z Chrystusem.

Wierząc w Jezusa, powinniśmy całym sercem przyjąć, że jest On Zbawicielem wszystkich ludzi, który „jest ofiarą przebłagalną za nasze grzechy, i nie tylko za nasze, ale również za grzechy całego świata” (1 J 2, 2). Wiem z kaznodziejskiego doświadczenia, że do przyjęcia tej prawdy dobrze przygotowuje zwracanie uwagi na to, że w naszym własnym życiu miłość, choćby najwznioślejsza, która ucieka od krzyża, nie jest miłością autentyczną. Niestety, mamy dzisiaj mnóstwo okazji, żeby zwracać na to uwagę. Ucieczka od miłości, która wymaga trudu, nie jest bowiem dzisiaj zjawiskiem rzadkim.

Do przyjęcia prawdy o Chrystusie ukrzyżowanym, który zmartwychwstał, dobrze też przygotowuje wydobywanie z Ewangelii tego, jak trudno było się na tę prawdę otworzyć samym nawet apostołom. Apostoł Piotr okazał się niezdolny do jej przyjęcia, chociaż dopiero co wyznał w Jezusie Mesjasza i Syna Bożego (Mt 16, 16-23). Nawet oglądanie cielesnymi oczyma chwały Jezusa na Górze Przemienienia nie uczyniło uczniów gotowymi na zobaczenie sensu i potrzeby krzyża, jaki ich Mistrz miał podjąć (Mt 17, 1-8.22 n).

Ewangelie z wielką starannością podkreślają, że Jezus podjął mękę dobrowolnie; suwerennym aktem swej woli zgodził się na to, aby wymierzona przeciwko Niemu nienawiść i zła wola osiągnęły zamierzony skutek (Mt 26, 2; J 10, 17 n). Podejmowane wcześniej próby zamordowania Go spełzły na niczym, ponieważ Jezus nie wtedy i nie w taki sposób chciał złożyć ofiarę z samego siebie (Łk 4, 29 n; J 7, 30.44; 8, 59; 10, 31.39). On chciał wejść niejako w samo centrum tego nieludzkiego świata, w jaki swoimi grzechami potrafimy zmienić naszą ziemię. I dobrowolnie poddał się tej niewyobrażalnej wprost niesprawiedliwości, pogardzie i nienawiści, do jakich my, grzesznicy, jesteśmy zdolni.

Całą tę sytuację podjął z miłości (J 13, 1), ale – co chyba bardziej jeszcze godne zauważenia – w tych potwornych cierpieniach, szyderstwach i ciemnościach, jakie przyszło Mu znieść, Jego miłość nie uległa najmniejszemu nawet zachwianiu ani zaciemnieniu. Wystarczy przypomnieć Jego słowa do niewiast jerozolimskich (Łk 23, 28), do nawróconego łotra (Łk 23, 43) czy modlitwę o przebaczenie dla morderców (Łk 23, 34). Znalazłszy się w takich ciemnościach, z wnętrza których modlił się słowami Psalmu: „Boże mój, czemuś M nie opuścił?” (Mk 15, 34), wytrwał cały w zawierzeniu swojemu Ojcu i umarł z modlitwą zawierzenia na ustach (Łk 23, 46).

W samym środku tego cyklonu zła, jaki rozpętał przeciwko Niemu szatan i w jaki On pozwolił się wepchnąć, Jezus okazał się takim samym, jakim był zawsze – człowiekiem wypełnionym bez reszty miłością swego Ojca i bliźnich.[highlight1]

Okazało się, że na naszej ziemi nie ma miejsc aż tak ciemnych, w których ostatnie słowo musiałoby należeć do szatana. Wydaje się, że daleko słuszniej jest opisywać istotę ofiary Chrystusa Pana nie tyle w aspekcie doznanych przez Niego cierpień, ile jako miłość realizowaną nawet w tak koszmarnych cierpieniach.

Trzeba też wyraźnie mówić, że na krzyżu umarł Człowiek Doskonały, który jednak był nie tylko człowiekiem. Wielkość Jego miłości nie tylko na tym się zasadzała, że nawet w najmniejszym stopniu nie była skażona złem. Ten, który tak niezwykle umierał, jest Synem Bożym, równym Przedwiecznemu Ojcu. Skoro heroizm zwyczajnych ludzi może oczyścić i uzdrowić duchową atmosferę całych środowisk, to trudno wątpić, że potęga miłości, w jakiej Jezus – Syn Boży! – przeszedł przez swoją mękę i krzyż, ma wartość nieskończoną. Ogarnia wszystkich ludzi wszystkich pokoleń (albo powiedzmy ostrożniej: może ogarnąć każdego, kto się na nią nie zamyka), aby wyzwalać od grzechu i obdarzać łaską udziału w Bożej naturze.

Chrześcijańska wiara w Jezusa Chrystusa nie ma analogii w buddyjskich przeświadczeniach na temat Buddy ani w muzułmańskich na temat Mahometa. Chrystus jest najgłębszym fundamentem i ostatecznym uwieńczeniem wszechstworzenia. Nowy Testament mówi o tym wyraźnie i po wielekroć: „Wszystko przez Niego i dla Niego zostało stworzone, On jest przed wszystkim i wszystko w Nim ma istnienie” (Kol 1, 16 n). To właśnie dlatego przyjęcie przez Niego naszego człowieczeństwa jest tak niepojętym darem Bożej miłości do nas, ludzi, i do całego stworzenia. Właśnie dlatego przez Jego śmierć na krzyżu dokonało się odkupienie wszystkiego, co zdeformowane grzechem, a przez Jego zmartwychwstanie zaczęło się zmierzanie całego stworzenia „ku pełni czasów, aby wszystko na nowo zjednoczyć w Chrystusie jako Głowie – to, co w niebiosach, i to, co na ziemi” (Ef 1, 10).

Chrześcijanie winni sobie tę absolutną inność swojej wiary w stosunku do wszystkich innych religii uświadamiać. [highlight1]]Po wtóre, nie powinniśmy ulegać naciskom ducha tego świata, który – zarzucając nam fanatyzm, europejski prowincjonalizm, postawę monopolistów prawdy, wywyższanie się ponad wszystkich, którzy nie podzielają naszej wiary w Chrystusa – chciałby przymusić nas do tego, żebyśmy nasz obraz Chrystusa dostosowali do oczekiwań współczesnej mentalności, a więc żebyśmy odeszli od wiary w Chrystusa prawdziwego. Po trzecie, winniśmy rozwijać w sobie i pielęgnować pragnienie dzielenia się wiarą w Chrystusa ze wszystkimi, którzy zechcą nas słuchać. Mówiąc inaczej, zdradzilibyśmy Chrystusa, gdybyśmy zapomnieli o tym, że misyjność należy do istoty Kościoła.

Tekst z „Tropy Lednickie. Dzieło i program Jana Pawła II”. Tytuł i lead pochodzą do redakcji Dominikanie.pl.

fot. Ben White / Unsplash