Nasz Zbawiciel, Jezus Chrystus, śmierć zwyciężył, a na życie rzucił światło przez Ewangelię.

Nagrania kazań na niedzielę:

 

Obyście i w tę łaskę obfitowali
 Obyście i w tę łaskę obfitowali

Komentarze z miesięcznika „W drodze”:
Skandaliczny dotyk

 Jacek Szymczak OP

 Mdr 1, 13-15; 2, 23-24 • Ps 30 • 2 Kor 8, 7. 9. 13-15 • Mk 5, 21-43

W żalu, buncie i żałobie oskarżamy często Boga o śmierć. Potrafimy nawet wyryć to oskarżenie na granitowych płytach nagrobnych. Brzmi ono jak bezduszny wyrok: „Bóg tak chciał”. Nic bardziej mylnego – właśnie Bóg tak nie chciał. „Śmierci Bóg nie uczynił i nie cieszy się z zagłady żyjących” – słyszymy w dzisiejszym Słowie. Bóg jest Bogiem życia, a nie śmierci.

Jednak czujemy z jej powodu złość i smutek, i chyba słusznie, bo przecież jest niezgodna z naszą prawdziwą naturą: powołaniem do nieśmiertelności. Nie żyjemy tylko po to, by umrzeć. Żyjemy, by zmartwychwstać.

W dzisiejszej Ewangelii czytamy o dwóch kobietach: obie tracą życie, a przecież powinny je dawać innym. Jedna traci je stopniowo: wieloletni krwotok dzień po dniu odbiera jej siły; druga u progu dojrzałego życia nagle, z niewiadomego powodu umiera.

W perspektywie judaizmu obie były nieczyste: jedna – ze względu na upływ krwi, druga – bo była martwa. Takich kobiet nie wolno było dotykać. Religia surowo tego zabraniała. Każdy, kto by to zrobił, sam stawał się nieczysty. Dlatego dotyk Jezusa jest skandalem. Mistrz z Nazaretu w sposób wolny i świadomy bierze naszą nieczystość i daje nam życie. Oto kwintesencja naszej wiary: „On to dla nas grzechem uczynił Tego, który nie znał grzechu, abyśmy się stali w Nim sprawiedliwością Bożą” (2 Kor 5, 21). Ten rachunek nigdy nie będzie wyrównany: oddajesz śmierć, dostajesz życie, przynosisz brak, otrzymujesz nadmiar. Jednym słowem: łaska. Tak właśnie działa Bóg.

Każdy z nas, bez wyjątku, nosi w sobie coś, co już za życia jest śmiercią. Tracimy życie stopniowo lub nagle. Często nam się wydaje, że jesteśmy tak daleko od Boga, że nie damy rady Go chwycić. I że nie mamy do tego prawa. Nic bardziej mylnego. Pozwólmy Mu się dotknąć, pokażmy każdą swoją śmierć, tak by On „zaraził” nas swoim życiem. Wiara to dotyk Boga, którego moc wybawia nas od śmierci.

 

Nie bój się, wierz tylko!
Nie bój się, wierz tylko!

Źródło mocy

Tomasz Zalewski OP

Mdr 1, 13-15; 2, 23-24 • Ps 30 • 2 Kor 8, 7. 9. 13-15 • Mk 5, 21-43

Ewangelia opowiada nam o Jezusie, który jest pełen potęgi. Już sama Jego obecność uzdrawia kobietę chorą na krwotok. Śmierć dziewczynki jest dla Niego zwykłym snem. Widzimy Chrystusa bogatego w moc – czy bez niej pociągnąłby za sobą uczniów? Do takiego obrazu Jezusa nie pasują nam jednak słowa świętego Pawła, że Mesjasz stał się dla nas ubogi, aby ubogacić nas swoim ubóstwem.

Paweł pokazuje nam źródło potęgi Jezusa. Przypomina o kluczowym wydarzeniu z początku drogi Chrystusa. On był z nieba, a zszedł na ziemię. Uniżył się. Stało się tak dlatego, że On sam tego chciał. Stało się tak dzięki Jego miłości, dzięki ofierze z samego siebie. To ona była u źródeł wszystkich Jego cudów. Syn nie paktował jednak z Ojcem: „Ja ci dam moją duszę, a Ty dasz mi moc”. Gdy był już na ziemi, nadal kochał, stale oddawał swoje życie Ojcu. Krzyż odsłonił przed nami tę Jego miłość, ofiarę z samego siebie. Natomiast szyderstwo z Golgoty: „Zejdź z krzyża, pokaż, jaki jesteś silny!”, było kuszeniem Jezusa przez diabła. Bo to właśnie szatan żyje w ułudzie mocy bez miłości i chce wszystkich wciągnąć w tę iluzję.

Paweł ostrzega przed tym zagrożeniem Koryntian, ostrzega przed porzuceniem miłości i wybraniem spektakularnych przejawów mocy. „Obfitujecie we wszystko, w wiarę, w mowę, w wiedzę” – tak o Koryntianach pisze św. Paweł. Pokazuje nam Kościół silny duchowo, Kościół, o którym czasami marzymy. Jednocześnie apostoł pisze, że bieda wspólnoty w Jerozolimie wystawia na próbę miłość mocnych chrześcijan z Grecji. Oni – mieszkańcy jednego z największych miast imperium – mają przyjść z pomocą prowincji. Ludziom, którzy tak cenią Jerozolimę, że nie chcą szukać lepszego życia gdzie indziej; ludziom, którzy zajmują się sporami o przestrzeganie Prawa. A Koryntianie wiedzą, że są wolni od przepisów i że Duch Boga udziela im wielu darów. Uważają się za mocnych. Jeżeli jednak stracą miłość, wyschnie źródło ich siły, pęknie serce Kościoła. Najtrudniejsze dla Koryntian mogło być to, że oto mają pomóc nie swoją wiedzą, nie przez charyzmaty, nie tym, co uważają w sobie za najlepsze. Ich zadanie jest banalne – dać pieniądze. Teoretycznie mógłby to zrobić każdy.

Bieda, konkretne braki naszych braci i sióstr, często żądają od nas nie tego, co sami chcielibyśmy dać. Nie oczekuje się wykwintnych darów. Ci, o których mamy się troszczyć, pragną naszej uwagi bardziej niż czegokolwiek innego. Podobnie też i nam nie było potrzebne długie życie Jezusa – cudotwórcy. Potrzebna była ofiara z samego siebie.

 

Do nieśmiertelności Bóg stworzył człowieka
Do nieśmiertelności Bóg stworzył człowieka

Nie bój się, wierz tylko

Paweł Barszczewski OP

Mdr 1, 13-15; 2, 23-24 • Ps 30 • 2 Kor 8, 7. 9. 13-15 • Mk 5, 21-43

Tym, co najbardziej paraliżuje nas w życiu, jest strach i lęk. Lęk o przyszłość, obawa o pracę, dom, najbliższych. Boimy się nowych ludzi, rzeczy, nieprzewidzianych sytuacji. Wolimy wtopić się w tłum, być tak jak inni, szary, nijacy; nie chcemy niczego zmieniać i pragniemy, żeby wszystko było już tak jak zawsze.

Ta postawa dotyczy również naszego życia duchowego, naszej więzi z Bogiem. Jakże często boję się zaangażować w osobistą więź z Chrystusem, bo to pociągałoby za sobą zmiany, może zbyt radykalne. Boję się uwierzyć i pójść za Chrystusem, bo musiałbym stanąć wobec zupełnie nowej i nieznanej rzeczywistości. Obawiam się, że może zostanę wyśmiany, jak Jezus w dzisiejszej Ewangelii, gdy przychodzi, by uzdrowić córkę Jaira. Nic już przecież się nie da zrobić, nic nie można zmienić, bo dziewczynka umarła, nie pomoże już żaden lekarz czy cudotwórca. Myślę o sobie tak samo. Już nic się nie da zrobić z moim życiem, nie można niczego uzdrowić, zmienić, bo umarłem już dawno. Jest we mnie pustka, brak wiary w Boga, w człowieka, nie patrzę z nadzieją w przyszłość, nie potrafię zaangażować się w miłość.

A przecież potrzeba tak niewiele. Nie muszę czynić rzeczy wielkich, niezwykłych czy ponad moje siły. Wystarczy, że dotknę Jezusa z wiarą, jak uczyniła to kobieta chora na krwotok. Potrzebny jest mały gest, delikatny dotyk, by Jezus odmienił moje życie. Ale potrzebna jest również ta odrobina odwagi, aby przezwyciężyć strach, lęk, aby wyjść z anonimowego tłumu i wyciągnąć rękę ku Jezusowi. Wtedy On będzie mógł mnie uzdrowić z moich grzechów, słabości, strachu, lęku i tych wszystkich uczuć, które paraliżują moje życie. Będzie mógł dać mi nowe życie. Życie pełne radości, szczęścia. Wystarczy dotknąć Jezusa, aby zobaczyć siebie, innych i cały świat w zupełnie innym świetle, świetle Bożej łaski. Ten jeden dotyk może nadać całemu mojemu życiu nowy sens. Mogę nagle zobaczyć ten świat takim, jakim jest naprawdę, i odnaleźć w nim swoje miejsce. Razem z Chrystusem.

Nie bój się, wierz tylko i miej odwagę wyciągnąć rękę ku Chrystusowi, który za chwilę przejdzie obok Ciebie.