Żeby poznać Jezusa, trzeba Go  pokochać.

Prawdziwego Jezusa znajdziemy niewątpliwie w Ewangeliach. To właśnie przede wszystkim do Ewangelii odwoływali się Ojcowie Kościoła, kiedy musieli bronić wiernych przed falsyfikatami Chrystusa, podsuwanymi przez ówczesnych błędnowierców. Również w obliczu zagrażającego nam dziś relatywizmu w stosunku do Niego nie ma lepszego sposobu przypomnienia sobie, kim Chrystus Pan jest naprawdę, niż wgłębianie się w tekst Ewangelii i rzetelne jej głoszenie.

Owszem, Ewangelie jednoznacznie i wielokrotnie mówią, kim On jest, ale ponadto – i na to najpierw chciałbym zwrócić uwagę – zabezpieczają nas przed zajmowaniem się Jego Osobą z pozycji obserwatora. Nawet prawdy o Nim – nawet tego, że jest On Synem Bożym i Zbawicielem – nie wolno nam głosić w oderwaniu od tej Miłości, która Go do nas posłała (J 3, 16), i tej Miłości, w jakiej On swoją misję wypełnił (J 13, 1; 15, 13), i wreszcie tej miłości, jakiej On oczekuje od nas (Mt 10, 37; J 21, 15).

A mówiąc po prostu: nasze głoszenie Jezusa powinno być zapraszaniem do tego, żeby Go pokochać i Jemu zawierzyć samego siebie i wszystkie swoje sprawy.

Zatem nawet nie wypadałoby głosić Go innym ludziom, gdybyśmy sami Go nie kochali. O Jezusie powinno się mówić z perspektywy kogoś, kto naprawdę kocha oraz pragnie kochać Go jeszcze bardziej i coraz bardziej.

Dotykamy w ten sposób głównej przyczyny, dla której wielu współczesnych chrześcijan nie potrafi głosić Chrystusa, nie umie mówić o Nim z wiarą nawet swoim rodzonym dzieciom. Niestety, w naszych czasach spełnia się Jego zapowiedź: „Ponieważ wzmoże się nieprawość, oziębnie miłość wielu” (Mt 24, 12). Rzecz jasna, chodzi tu nie o taką miłość, którą mierzy się poziomem  emocji czy deklaracji, ale o taką, która jest darem z góry i wyrasta z łaski uświęcającej.Ta miłość przyciąga nas do źródeł, przy których można spotkać Jezusa żyjącego i kochającego, to znaczy do Jego słowa i sakramentów. To dzięki tej miłości nie jesteśmy już niewolnikami grzechu i wypełniamy Boże przykazania.

Przypomnijmy, że On sam mówił, jak kluczowe znaczenie ma to, żebyśmy Go miłowali, i to bardziej niż kogokolwiek: „Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien” (Mt 10, 37). Gdyby takiej miłości żądał dla siebie ktoś, kto nie jest Bogiem, znaczyłoby, że albo oszalał, albo w swojej pysze i egocentryzmie dorównał samemu diabłu. Kiedy jednak Bóg domaga się, żeby Go kochać „z całego serca, z całej duszy i ze wszystkich sił” (Pwt 6, 5), i żeby nawet ojca i matki nie miłować bardziej niż Jego – okazuje w ten sposób swoją bezinteresowną miłość do nas. Przecież nieskończenie doskonały Bóg nie będzie bogatszy ani szczęśliwszy dzięki temu, że my Go kochamy. Natomiast nasza miłość do Niego weryfikuje, oczyszcza, umacnia i pogłębia wszelką naszą miłość, w tym również do naszych najbliższych.

Zwróćmy uwagę, że dopiero dzięki objawieniu biblijnemu ludzie odważyli się myśleć o tym, że sam Bóg nas kocha i że chciałby się z nami zaprzyjaźnić. Wyznawcy religii niebiblijnych – od czasu do czasu, niezbyt często, żeby nie wzbudzić podejrzeń o chęć spoufalenia się – składali bogom swoje modlitwy i ofiary, chcąc uśmierzyć  ich gniew  i uzyskać opiekę. Trzeba było dopiero objawienia biblijnego, żeby w ludziach mogła się pojawić tęsknota za bliskością z Bogiem – taka, jaką spotykamy na kartach Pisma Świętego:

„Mnie zaś dobrze jest być blisko Boga, w Panu wybrałem sobie schronienie, by opowiadać wszystkie Jego dzieła” (Ps 73, 28; por. 71, 5-7; 118, 8 n).

Tekst z „Tropy Lednickie. Dzieło i program Jana Pawła II”. Tytuł i lead pochodzą do redakcji Dominikanie.pl 

fot. Ben White / Unsplash