Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli ktoś spożywa ten chleb, będzie żył na wieki.

Nagrania kazań na Boże Ciało:

 

Wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał i dał im
 Wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał i dał im 

Komentarze z miesięcznika „W drodze”:
Kochajmy je, a Bóg nas zjednoczy

 Wojciech Gomułka OP

 Wj 24, 3-8 • Ps 116 • Hbr 9, 11-15 • Mk 14, 12-16. 22-26

Słyszałem kiedyś taką oto anegdotę: Matka opowiadała dziecku, skąd się bierze jedzenie: kurka daje jajka, krówka daje mleczko, a świnka daje mięsko. Mamusiu, pyta dziecko, a w jaki sposób świnka daje mięsko…?

Pytanie dziecka jest jak uderzenie obuchem w głowę. Matka, tak jak to bywa w bajkach, nadała zwierzętom cechy ludzkie, wpisała je w sieć uczuć i relacji. Ale dziecko kieruje swoją myśl na kawałek mięsa.

Słowa Pana Jezusa też są dla nas szokujące, bo kiedy mówi o swoim ciele, które jest pokarmem, w naszych myślach pojawia się jakaś rzeź. Aby to, co żyje, stało się pokarmem, musi być zabite. Przestaje być podmiotem relacji. Relacja się kończy, zostaję tylko ja. Zwykły pokarm jest martwy, dlatego nie może być źródłem życia. Przez pewien czas podtrzymuje jedynie to życie, które jest w nas.

Pan Jezus mówi, że jest pokarmem, który daje życie. Jego ciało jak każdy pokarm doświadczyło śmierci, ale właśnie w tym ciele objawiło się zwycięstwo życia. Dając nam swoje ciało, Chrystus ofiarowuje nam to życie. Jednak aby je przyjąć, muszę się zgodzić na to, że to On we mnie będzie źródłem życia, a nie ja.

To może wzbudzać lęk. Jeśli Jezus jest źródłem życia we mnie, jeśli to już nie ja żyję, a żyje we mnie Chrystus, to czy moja osoba przestaje być sobą?

Życie, które daje mi Jezus, nie tylko mi nie zagraża, ale jest mi niezbędne. Nie chodzi tu bowiem tylko o biologię, ale także o uczestnictwo w życiu Trójcy: Ja żyję przez Ojca, ten kto Mnie spożywa, będzie żyć przeze Mnie. Boże Życie nie polega na pożeraniu, ale na dawaniu, nie na niszczeniu, ale na afirmacji. Bóg chce mnie obdarzyć pełnią. Żebym mógł ją przyjąć, muszę zmienić paradygmat mojego życia – troszczyć się nie o to, co będę miał, ale czy będę umiał dawać.

 

Wszystko, co powiedział Pan, uczynimy i będziemy posłuszni
Wszystko, co powiedział Pan, uczynimy i będziemy posłuszni

Święto bliskości

Szymon Popławski OP

Wj 24, 3-8 • Ps 116 • Hbr 9, 11-15 • Mk 14, 12-16. 22-26

„Bo który naród wielki ma bogów tak bliskich?” (Pwt 4, 7). Nieprzypadkowo św. Tomasz z Akwinu, komentując uroczystość Bożego Ciała, przywołał ten właśnie fragment Pięcioksięgu. Trudno też o bardziej właściwie słowo, niż „bliskość” na opisanie tego, co dzieje się między nami a Chrystusem.

Zakochany człowiek szuka najlepszego sposobu, by znaleźć się blisko kochanej osoby. Jezus nie postępuje inaczej. Od początku szuka bliskości z człowiekiem. Pierwszego cudu dokonuje podczas wesela w Kanie Galilejskiej, kiedy uczestniczy w radości zakochanych ludzi. Nie skąpi też czasu na spotkania z potrzebującymi: uzdrawia chorych, karmi głodnych, naucza spragnionych mądrości. Kiedy uczniowie odganiają dzieci, Jezus je przygarnia. Kiedy uczniowie idą spać, Jezus w nocy rozmawia z Nikodemem. Kiedy uczniowie kłócą się o władzę, Jezus umywa im nogi, nazywając ich przyjaciółmi. Nie marnuje żadnej okazji, by zbliżyć się do człowieka i powiedzieć mu o swojej miłości. W końcu znajduje sposób, by znaleźć się najbliżej nas, jak tylko jest to możliwe. Daje swoje Ciało i Krew. Daje całego siebie i czeka na przyjęcie. Co to dla nas oznacza?

Kiedy przyjmujemy Komunię Świętą, jesteśmy całkowicie zjednoczeni z Chrystusem. Skutek tego zjednoczenia jest zaskakujący. Niezwykle trafnie wyraził to Raniero Cantalamessa: „On przychodzi, aby zamieszkać we mnie takim, jaki jestem. (…) W pewnym sensie, w kobiecie żyje życiem kobiety, w chorym – życiem chorego, w człowieku pogrążonym w depresji żyje jego depresją”. Inaczej mówiąc, nasze osobiste życie staje się także życiem Jezusa. Od tej pory Jezus przeżywa każdy szczegół naszego istnienia.

Dzisiejsza Ewangelia kończy się w momencie, gdy Jezus idzie z uczniami na Górę Oliwną. To zapowiedź przyszłych zdarzeń. Za chwilę Jezus zostanie aresztowany i skazany na śmierć. Uczniowie uciekną i pełni bólu będą próbowali zapomnieć o tym, co ich spotkało. Jezus jednak nie cofnął swojej obietnicy. Po zmartwychwstaniu powraca i na nowo zaprasza uczniów do bliskości. Na tym polega cudowność Eucharystii. Kiedy nie mamy sił, by zbliżyć się do Boga, On sam nas odnajduje i proponuje swoją obecność.

 

Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba
Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba

Bierzcie i jedzcie

Tomasz Golonka OP

Wj 24, 3-8 • Ps 116 • Hbr 9, 11-15 • Mk 14, 12-16. 22-26

Wobec Eucharystii jesteśmy jak dzieci. Nie rozumiemy do końca, co się dzieje, co spożywamy, Kogo przyjmujemy. Można mnożyć „duże słowa”: Miłość nieskończona, Obecność prawdziwa i rzeczywista, Bóg sam wreszcie. Ale i tak nie rozumiemy. Jak dzieci pierwszokomunijne jesteśmy. Mamy przeczucia, intuicje, doświadczenia. I spożywamy. Albo czynimy to jak dzieci, które nie wiedzą, co jedzą, gdy przyjmują pokarm od matki, będąc jeszcze w jej ciele, a potem ssąc pierś, by wreszcie posługiwać się łyżeczką, pochłaniając papki i kaszki. Dziecko wie jedno… ma to w sobie – instynktownie: by żyć, trzeba jeść. Nie zastanawia się. Poddaje się porządkowi rzeczy, ufa, marudzi czasem… i je. Jednego nie wolno: przymuszać. Można, nieraz nawet pewnie trzeba, znaleźć sposób, by nakarmić niejadka. Ale nie wolno zmuszać. Dziecko też ma prawo wyrazić swoją wolę, potrzebuje czasu, by zechcieć jeść. Przekonać się, że jedzenie ma sens – ot sztuka.

Warto wobec Eucharystii być jak dziecko. Warto brać, bo nie jesteśmy samowystarczalni, potrzebujemy kogoś, kto daje. A Bóg w Eucharystii daje, jest DAWANIEM. Ale wobec Eucharystii jesteśmy również jak dorośli. No bo jesteśmy dorośli – nie przypuszczam, by wiele dzieci przeczytało ten tekst. A dorosły pyta, zastanawia się, co mu służy, chce zrozumieć. Uchylić rąbka tajemnicy może. Po co? Żeby nie było jak w anegdocie. Mówi zakonnik do zakonnika: „Słuchaj, ty już w swoim życiu cały kosz komunikantów zjadłeś. I co z tego!”. Właśnie: co z tego? Co wynika z tego, że „cały kosz komunikantów” już w swoim życiu zjadłem?

Co tłumaczy Eucharystię, co ją na życie „przekłada”? Umywanie nóg. Tak. Umywanie nóg. Jezus uczynił ten gest, zanim przystąpił do uczty. Najpierw umył uczniom nogi. Dopiero potem powiedział: „Bierzcie i jedzcie”.

Umywanie nóg. Niezwykły gest, szalenie ekspresyjny, symboliczny. Podkreśla się w katechezie zazwyczaj, że to gest służby, zaczerpnięty z życia niewolników obmywających nogi swoim panom. Owszem. Ale może Jezus zaczerpnął ten gest skądinąd? Myślę o kobiecie, która Jezusowi obmyła stopy łzami, otarła włosami, pocałunkami racząc, a na koniec namaściła drogocennym olejkiem. Gest nie tyle niewolniczej służby, ile gest zachwytu, szacunku i czci dla człowieka. Czy jest ktoś na świecie, komu bym TAK umył nogi? Jeśli Eucharystia przekłada się na takie bycie wobec ludzi, na TAKIE umywanie nóg, „kosz komunikantów” nie jest zjedzony na darmo.