Ja jestem dobrym pasterzem i znam owce moje, a moje Mnie znają.

Nagrania kazań na niedzielę:

 

Nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, przez które moglibyśmy być zbawieni
 Nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia,
przez które moglibyśmy być zbawieni

Komentarze z miesięcznika „W drodze”:
Jakie budowle!

 Rafał Wędzicki OP

 Dz 4, 8-12 • Ps 118 • 1 J 3, 1-2 • J 10, 11-18

Kamień odrzucony przez budujących stał się kamieniem węgielnym” (Ps 118). Od momentu, gdy słowa te rozbrzmiały w trakcie uroczystego Alleluja Wigilii Paschalnej, powracają z zaskakującą częstotliwością. Co takiego w nich jest, że stały się niemal znakiem rozpoznawczym Wielkanocy? Ten niezwykły psalm, w którym spotykają się różne głosy – jęk obciążonych pracą przy wyrabianiu cegieł dla faraona, dziękczynienie Dawida, głos pielgrzymów wchodzących do Świątyni i błogosławieństwo kapłanów – to paschalna pieśń wielu pokoleń, które dziękują za otrzymane zbawienie.

Piotr, stojąc przed Sanhedrynem, odnosi słowa psalmu do historii Jezusa. Chrystus jest kamieniem, budującymi są ówczesne elity religijne – „On jest kamieniem odrzuconym przez was, budujących” (Dz 4, 11). Piotr nie jest pierwszym, który w ten sposób odczytuje tekst psalmu – sam Jezus używa tych słów w rozmowie z arcykapłanami i uczonymi w Piśmie (Mk 12, 10). Oni, dumni z siebie budowniczy największej w starożytnym świecie świątyni, wspaniałego pomnika ich zdolności i wpływów, i On, który nie pasuje do ich planów.

Ale Chrystus, odrzucony przez swoich, staje się fundamentem. I w tych słowach kryje się ogromny paradoks. Co przynosi ze sobą odrzucenie, jeśli nie gorycz, lęk, gniew i chęć zemsty? Tak jak Bóg potrafił przemienić śmierć swego Syna w źródło życia, tak też swojego Syna, wzgardzonego i odepchniętego przez ludzi (Iz 53, 3), uczynił fundamentem, na którym możemy budować w miłości i bez lęku. On przeszedł przez doświadczenie ludzkiego odrzucenia, aby przeprowadzić nas przez nie ku wolności – „przez to bowiem, co sam wycierpiał poddany próbie, może przyjść z pomocą tym, którzy jej podlegają” (Hbr 2, 18). Nawet najbardziej ciemne zakątki naszego życia są już rozświetlone światłem Zmartwychwstałego. Nawet najgłębsze rany, jakie w sobie nosimy, będą kiedyś jaśnieć chwałą, tak jak Jego rany.

 

Obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy
Obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy

Jedna owczarnia i jeden pasterz

Andrzej Morka OP

Dz 4, 8-12 • Ps 118 • 1 J 3, 1-2 • J 10, 11-18

Żyjemy w czasach wielu sprzeczności. Z jednej strony nie chcemy mieć pasterzy. Wolimy sami o sobie stanowić, chodzić własnymi, niewydeptanymi ścieżkami, żyć niekonwencjonalnie. Z drugiej strony zadziwiający jest fenomen różnych idoli telewizyjnych, gwiazd muzyki pop, niekończących się seriali, programów rozrywkowych, transmisji sportowych, które tak łatwo wpływają na porządek i styl naszego dnia.

Podobne tendencje możemy zauważyć także w naszym osobistym życiu. Nie lubimy być pouczani, ale chętnie pouczamy innych. Nie znosimy krytyki, ale innych chętnie krytykujemy. Inaczej myślących uważamy za głupich, a siebie za jedyną i słuszną wyrocznię we wszelkich możliwych sprawach.

Wydaje się, że od pasterzy nie uciekniemy. Czy każdy z nich jest dobry? Czy jest obojętne, za kim idziemy? Jakiego dobra się spodziewamy? Czy wszystkich można nazwać pasterzami? Czy sam dla siebie mogę być pasterzem?

Dzisiejsza ewangelia mówi o pasterzu i najemniku. Pierwszy pamięta o innych, drugi myśli o sobie. Pierwszy służy, drugi domaga się posłuszeństwa. Pierwszy oddaje życie, drugi chce je zachować za wszelką cenę. Pierwszy pomaga, drugi chętnie z pomocy korzysta. Pierwszy daje i dziękuje, drugi bierze i prosi. Pierwszy w obliczu niebezpieczeństwa, cierpienia, choroby zostaje, drugi opuszcza.

Kim jest ten dobry ewangeliczny pasterz? „Przez Niego ten człowiek stanął przed wami zdrowy”, mówi św. Piotr w katechezie skierowanej do Żydów. W ten sposób wskazuje na Chrystusa, który nie ucieka od ludzkiego dramatu, ale zostaje. Nie myśli o tym, jak ocalić własną skórę, ale jak zaradzić ludzkiej biedzie. Nie domaga się posłuszeństwa, nie stawia nadzwyczajnych warunków, ale sam pokornie służy. Nie zabiera życia, ale je daje. Tak oto św. Piotr przepowiada Dobrą Nowinę. Człowiek potrzebuje Chrystusa Dobrego Pasterza, a Chrystus człowieka. Ten pierwszy po to, aby odzyskać zdrowie, Ten drugi, aby objawić ludziom nieskończone dobro Boga.

Co będzie z nami, kiedy staniemy przy Chrystusie Dobrym Pasterzu? Na co możemy liczyć? Czego możemy się spodziewać? „Umiłowani, obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy”. A co się stanie, kiedy nie staniemy przy Chrystusie? Co będzie, kiedy damy się uwieść pseudopasterzom? „Te muszę przyprowadzić”…

Dzisiejsza ewangelia to Dobra Nowina, nie tylko dla tych, którzy idą za Chrystusem, ale nawet dla tych, którzy z tych czy innych przyczyn dali się uwieść i od Niego odeszli. A kiedy już wszyscy zostaną przyprowadzeni, co się wówczas stanie? „Będą słuchać głosu mego, i nastanie jedna owczarnia i jeden pasterz”.

 

Ja życie moje oddaję, aby je znów odzyskać
Ja życie moje oddaję, aby je znów odzyskać

Umowa bez aneksu

Wojciech Czwichocki OP

Dz 4, 8-12 • Ps 118 • 1 J 3, 1-2 • J 10, 11-18

Pasterz to postać żyjąca bardziej w naszej wyobraźni karmionej bukoliczną poezją i ewangelicznymi przypowieściami niż człowiek z krwi i kości, którego znalibyśmy z codziennego doświadczenia. Czasem pojawia się w bożonarodzeniowych jasełkach. Ubrany w obowiązkowy kożuch, udawaną gwarą przekonuje nas o swojej prostej i szczerej wierze. Czasem schodzi z wysokiej połoniny huculskich mitologii Stanisława Vincenza. Mój pasterz wyłonił się z mgły, gdzieś w okolicach Hali Miziowej. Poprzedzał go beczący kierdel owiec zdziwionych obecnością zagubionych turystów. Na końcu szedł on. Niedbale, leniwie, jakby przechodził z kuchni do pokoju. Kozikiem strugał jakiś kawałek drewna. Prawie nas nie zauważył. Nie byliśmy z jego świata, obcy wobec zimnych nocy w górskich szałasach, mokrej trawy, gryzącego w oczy dymu z ogniska. Zniknął tak, jak się pojawił. Jego brudne, niechlujne ubranie stawało się coraz mniej wyraźne, aż w końcu rozpłynął się we mgle. Chyba tylko przez moment próbowałem zestawić jego postać z alabastrowymi figurkami młodzieńca w krótkiej tunice z przewieszoną przez ramię torbą i owieczką na ramionach, czy kolorowymi malowidłami uśmiechniętego Jezusa w nieskazitelnie białej sukni z tulącym się do Niego stadkiem równie białych owiec.

A jednak jest pasterzem. Wyraźnie lubi to porównanie. W pasterskiej kulturze dawnego Izraela nie było ono tak egzotyczne jak dziś. Wpisane w starotestamentalną tradycję przedstawiającą Jahwe jako troskliwego pasterza żyło w religijnej wyobraźni słuchaczy Jezusa. Z naciskiem powtarza: „Jestem pasterzem, nie najemnikiem”. Jakby chciał powiedzieć: „Zobacz, nasza relacja jest prostsza, niż myślisz. Nie zarabiam na tobie, nie wykorzystuję ciebie dla swoich korzyści. Tu nie ma żadnego drugiego dna. Zależy mi tylko na tobie. Żebyś żył naprawdę”.

Nam, pognębionym przez życiowe porażki, wielokrotnie oszukanym, zawiedzionym, wykorzystanym przez innych, ta prosta relacja wydaje się prawie niemożliwa. Z jednej strony żyje w nas tęsknota, żeby być dla kogoś tak bezwarunkowo najważniejszym. Z drugiej jednak podejrzliwość nie pozwala nam na proste zaufanie. Myślimy, że pewnie jest jakiś aneks do tej umowy, jakaś gwiazdka odsyłająca do pisanych maleńkim druczkiem niekorzystnych warunków, jakieś „tak, ale”. Tymczasem nie ma nic. Nic poza miłością, aż do oddania życia. Niekiedy rodzi się w nas wiara w taką miłość, żeby za chwilę rozpłynąć się znowu we mgle.