Wartość rachunku sumienia w relacji do Ojca, który patrzy wzrokiem pełnym miłości.

Pytania dzieci często nam dorosłym sprawiają kłopot. Dlaczego? Może dlatego, że nas patrzących z wysoka i znacznie dalej niż one, nieoczekiwanie zatrzymują na tym co pod stopami i tuż obok. Zobaczmy to na przykładzie.

Pewien mały chłopiec po wizycie w muzeum zadał swojemu dziadkowi poważne pytanie:
– Dziadziusiu, a ci ludzie z obrazów wiszących na ścianach, to uważnie się nam przyglądali, prawda?

– Nie wnusiu, to my poszliśmy ich zobaczyć! Portrety są właśnie po to, abyśmy je oglądali. Odparł dziadek.

– Chyba jednak nie, dziadku! Przecież oni w tam wiszą od zawsze, a my poszliśmy po raz pierwszy i to tylko na chwilę.

Robienie sobie rachunku sumienia, warunku odbycia dobrej spowiedzi, wymaga uwzględnienia różnych perspektyw. Wiemy, robiliśmy to już wielokrotnie. Nie jesteśmy samotnymi wyspami. Są przecież inni ludzie, no i jest Bóg, który zawsze na nas patrzy.

Czy owo „zawsze patrzy” nie budzi w nas lęku, bądź wstydu z powodu grzechów obciążających nasze sumienia? Od dziecka wpajano nam przecież, że o ile przed ludźmi da się coś ukryć, to przed Bogiem już nie. On – jak mówią mądre dzieci – „świetnie widzi nawet w ciemnej piwnicy”. I tu, u początku obrachunku sumienia potrzeba właśnie dziecięcego, ufnego, a nie infantylnego spojrzenia. Jeśli „Boże oko” kojarzy się nam z kontrolą, to wiara w Niego nie ma z nią nic wspólnego. Wszechmogący nie obserwuje nas z nieba, by tu na ziemi wyśledzić każdy nasz grzech, nie tego szuka. Myślący tak tkwimy w błędzie. On przecież chce w nas odnaleźć podobieństwa do Jezusa, swego Syna. Od zawsze, od grzechu Adama i Ewy i aż do dziś.

(Nie)widzialne dzieci

„Widzę cię” Ojca znaczy ni mniej, ni więcej niż: „nie jesteś niewidzialny”, „masz dla mnie olbrzymią wartość”, „jesteś, bo ciebie chcę”, nawet umorusany, umorusana grzechem, jesteś moim dzieckiem! Jeśli trudno nam w to uwierzyć, to tylko dlatego, że wartość nas samych zaczęliśmy mierzyć innymi niż boże kategoriami. A przecież jedynym kryterium „bycia” wobec i z Ojcem jest miłość – „Ja i Ojciec jedno jesteśmy”, mówi do nas Jezus. Święty Augustyn zdefiniował miłość: Volo ut sis! – to znaczy, „chcę abyś był”, a nie „chcę abyś potrafił, abyś dokonał, abyś sprawił…” najlepiej sam! W takiej właśnie perspektywie „widzę cię”, nie ma nic wspólnego z korporacyjnym „mam cię na oku”, „wszystko co zrobisz lub powiesz zarejestrują kamery”, choćby te zainstalowane w kościele.

Jeśli zaś nie widzisz swoich grzechów, lub nie umiesz ich sensownie zebrać? Zacznij dziękować! Módl się w taki sposób, aby przypomnieć sobie co otrzymałeś od Tego, który cię kocha. Święty Paweł, tak zapisał: „Cóż masz, czego byś nie otrzymał, a jeśliś otrzymał, czemu się chlubisz jakbyś nie otrzymał!”. Zobacz, że to krótkie napomnienie dla „świętych” z kościoła w Koryncie, nie ogranicza się do małej tylko grupy nawróconych do Boga pogan z przeszłości. Wcale nie świętych z powodu moralnej doskonałości, ale nazwanych tak ze względu na przynależność do Chrystusa i Kościoła. Modlitwa dziękczynienia wskaże Ci Twój brak wdzięczności, pretensję, by sobie przypisać wszystko, co dobre, i zracjonalizowaną obronę przed wzięciem odpowiedzialności za uczynione sobie i innym zło, a więc wszystko to, co chcesz pokazać Bogu, by objął to swoim przebaczającym spojrzeniem.

Być stróżem braci

 Gdzie jest twój brat Abel? – pyta Kaina Bóg.

– Skąd mam wiedzieć, czy jestem stróżem mojego brata? – bezczelnie odpowiada Bogu rolnik.

Hebrajskie shomer – to strażnik, opiekun. Być opiekunem Abla oznacza przyjąć i pokochać to wszystko co w nim hebel, czyli parą. Nie ulec pokusie pozbycia się tego co słabe, by samemu być mocnym.

Jesteśmy synami Kaina. Pośród Kainów i Ablów żyjemy, mamy ich obu w sobie. Zmiana perspektywy polega więc także na tym, aby poprzez wiarę zaakceptować niewybrane w wybranym, bo w każdej miłości jest coś niekochanego. A Bóg to co słabe przemieni swoją łaską, Jemu to w końcu zależy na tym, byśmy mieli życie i to w obfitości.