Błogosławiony, którzy przybywa w imię Pańskie, Pan jest Bogiem i daje nam światło.

Nagrania kazań na dziś:

 

W ręce Twoje powierzam ducha mego: Ty mnie odkupisz, Panie, wierny Boże
 W ręce Twoje powierzam ducha mego: Ty mnie odkupisz, Panie, wierny Boże

Komentarze z miesięcznika „W drodze”:
Po to właśnie

 Marek Cul OP

 Dz 6, 8-10; 7, 54-60 • Ps 31 • Mt 10, 17-22

Każde dziecko, które przychodzi na świat, to zapalony płomyk, radość rodziców i świata. A cóż dopiero, kiedy to dziecko jest Synem Bożym, a zarazem Synem Człowieczym! Ta radość to esencja świąt Bożego Narodzenia. W tym dniu nie ma czasu na głębszą refleksję, choć niezmiernej radości, że oto Dziecię nam się narodziło, towarzyszy bezbrzeżne zdumienie Maryi, że Słowo stało się ciałem. Refleksja nadejdzie później, wraz z kolejnymi proroctwami dotyczącymi tego Dziecięcia, które sukcesywnie zaczną się wypełniać. Wraz z nią pojawi się pytanie: po co to Dziecię przyszło na świat? Liturgia Kościoła da na nie odpowiedź w czasie świąt Wielkanocy. Na odpowiedź liturgii nie trzeba jednak czekać tak długo. Ona pojawia się już w drugim dniu świąt Bożego Narodzenia, kiedy to wspominamy męczeństwo św. Szczepana, pierwszego męczennika. To święto nie jest przypadkowe, to jakby antycypacja Wielkanocy. Nic w tym dziwnego, bo liturgia Kościoła zanurzona jest w wieczności, gdzie przeszłość, przyszłość i teraźniejszość dzieją się w jednym wszechogarniającym teraz.

Jaka jest więc racja przyjścia na świat Jezusa? Powiedzmy to jaśniej Jego własnymi słowami: „Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie” (J 18, 37). Te słowa Jezus skierował do Piłata, a przez niego do całego świata w dzień swej męczeńskiej śmierci. Piłat nie zrozumiał słów Jezusa, ale doskonale pojął je św. Szczepan, który z natchnienia i mądrości Ducha przemawiał do swych prześladowców, dając świadectwo tej samej prawdzie. O to świadectwo chodzi również Jezusowi, kiedy wysyła swoich uczniów z misją głoszenia Dobrej Nowiny. Jest ono tak ważne, że Jezus godzi się na poniewierkę, prześladowania, a nawet na śmierć swoich uczniów. „Będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mego imienia”. Zadaniem uczniów jest być wiernym prawdzie. Jezus nie zostawia ich jednak w tej arcytrudnej misji samych. Posyła im Ducha Świętego, aby wiedzieli, w jaki sposób mają świadczyć. I daje obietnicę: „Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony”.

 

Wyrzucili go poza miasto i kamienowali
Wyrzucili go poza miasto i kamienowali

Czekając na owoce

Romuald Jędrejko OP

Dz 6, 8-10; 7, 54-60 • Ps 31 • Mt 10, 17-22

Męczeństwo świętego Szczepana opowiada o jego miłości do Boga i jego bezgranicznym zaufaniu do Chrystusa. W chwili śmierci, kamienowany przez mieszkańców Jerozolimy modlił się: „Panie Jezu, przyjmij ducha mego!”. A tuż przed śmiercią wołał głośno: „Panie, nie poczytaj im tego grzechu!” (por. Dz 7, 58-60). Krótkie słowa jego modlitwy, zapisane przez autora Dziejów Apostolskich, są świadectwem tego, jak bardzo stał się Chrystusowy, służąc w Kościele jako diakon. U boku apostołów nauczył się, na czym polega chrześcijańska miłość. Być może, gdyby wiedział, jakie będą owoce jego ofiary, dużo łatwiej przyszłoby mu cierpieć za Chrystusa. Tym większy podziw może budzić postawa św. Szczepana, bo trudno było mu dostrzec sens w cierpieniu. Gdybyśmy tylko mogli poznać przyszłe owoce naszych obecnych zmagań, o ile łatwiej byłoby nam się z nimi mierzyć.

Greckie przysłowie mówi, że wspólnota wzrasta i się rozwija, gdy starzy ludzie sadzą drzewa, w których cieniu nigdy nie usiądą. Podobnie bywa w naszym życiu, wielokrotnie przychodzi nam umierać dla przymnożenia innego dobra, poświęcić się bez miary dla bliźnich, wcale nie oczekując korzyści dla siebie.

Szkoda, że Szczepan nie doczekał nawrócenia swojego oprawcy Szawła. Ale pewnie gdyby nie świadectwo miłości Szczepana, Szaweł nigdy nie zostałby Pawłem i nie napisał w liście do Koryntian: „Gdybym nie miał miłości, nic bym nie zyskał” (1 Kor 13, 3).

 

Będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mego imienia, lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony
Będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mego imienia,
lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony

Człowiek, który popsuł Święta

Maciej Chanaka OP

Dz 6, 8-10; 7, 54-60 • Ps 31 • Mt 10, 17-22

Wystarczyłoby jedno słowo, żeby święty Szczepan ocalił życie, a nam przedłużył niezmąconą radość Bożego Narodzenia. Czy to męczeństwo było potrzebne?

Największą wartością dla Szczepana była wierność Prawdzie, którą odnalazł w Chrystusie. Wiedział, po co żyje, i wiedział, dlaczego umiera. Był wierny Chrystusowi i na tej drodze spotkał śmierć. Trzeba liczyć się z koniecznością zapłacenia za wiarę, za miłość, one nie są tanie, mają swoją cenę.

Tuż po Bożym Narodzeniu święty Szczepan wyrywa nas z taniego sentymentalizmu i zamykania oczu na to, co trudne. Bóg stał się dzieckiem, a to znaczy, że przyjął cały nasz los: piękno życia i ból z nim związany. Z życiem przyjął śmierć. Śmierć, bo Jego słowa, cuda i znaki nie przekonywały wielu ludzi. Potrzebne było męczeństwo. „Męczeństwo jest tej ziemi potrzebne, bo wtedy, kiedy już nie przekonują ludzi żadne inne argumenty, pozostaje jeszcze ten jeden argument: argument męczeństwa” – pisał ksiądz Józef Tischner. Łatwo jest przyjąć nam Jezusa jako dziecko, które wczoraj narodziło się w Betlejem, znacznie trudniej jest przyjąć Jezusa z Jego krzyżem. Wiarę, w którą wpisany jest krzyż, trudno podjąć, bo w takich momentach nasze życie może przypominać dywan odwrócony na lewą stronę: gmatwanina i plątanina nici. Dopiero, gdy go właściwie położymy, dostrzegamy kształty, kolory i sens.

Jeszcze jako student poszedłem kiedyś do kaplicy, uklęknąłem przed obrazem Jezusa Miłosiernego i powiedziałem, że nie wyjdę, dopóki mi nie pomoże. Czekałem, potrzebowałem pomocy. W moim życiu wszystko było poprzewracane. Niestety nic się nie wydarzyło. W końcu przyszła siostra i kazała mi wyjść, bo kaplicę trzeba było zamknąć. Dopiero po jakimś czasie przypomniałem sobie, że modląc się wtedy, przez cały czas patrzyłem na rękę Jezusa. Ta ręka to gest błogosławieństwa. Błogosławieństwo, które słyszymy na końcu każdej mszy świętej: to znaczy idź, wracaj do swojego życia, tam rozpoznasz Chrystusa. Wiele się zmieniło we mnie, ale dopiero po latach mogłem otwarcie powiedzieć, że ta modlitwa została wysłuchana.