Z jakiegoś powodu całą naszą różnorodną zgraję połączył pewien zakonnik z Caleruegi.

9 sierpnia, gdy po raz pierwszy po powrocie włączyłam komputer – 358 dni. Początek września, jeszcze lato, w głowie nadal żywe tegoroczne maszerowanie – 336 dni. Połowa listopada, ciężar zimy na ramionach – 265 dni. Luty, bliżej niż dalej, ale wciąż niepokojąco daleko – 183 dni. Znajomi chyba przyzwyczaili się już, że na moim facebookowym profilu w każdej chwili może pojawić się wiadomość, ile dni zostało do pielgrzymki.

Reakcje? Trochę zdrowej szydery. Znacznie więcej kciuków w górę i serduszek. Nic dziwnego.

Po pierwsze: prezenty

Pierwszy dzień mojej pierwszej pielgrzymki. Niemiłosierny upał, ciężka chorągiew, dookoła sami nieznajomi – którzy, o zgrozo, w większości nawzajem się znają. Na mecie okazuje się, że do noclegu jeszcze kawał drogi. Tym razem z wielkim plecakiem. Miałam serdecznie dość i zależało mi tylko na dwóch rzeczach – na prysznicu i kawałku gleby.

Drzwi otworzyła starsza pani. Wpuściła nas do środka. Na stole w salonie stał dzbanek zimnej wody z miętą i cytryną. Obok talerz z górą kanapek. „Częstujcie się”, powiedziała, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. Jakby wręczyła mi czek na co najmniej milion dolarów.

Szybko okazało się, że to nie przypadek – tak będzie do końca, dzień w dzień. I dzięki temu pielgrzymka to dla mnie jedyny taki tydzień, kiedy bez przerwy dostaję prezenty i kiedy naprawdę szczerze i spontanicznie przychodzi mi wdzięczność. Za wszystko. Ludzie dzielą się łykiem kawy ze swojego kubka, kroją arbuz na dziesiątki kawałków, żeby dla wszystkich starczyło i pozwalają myć się w swojej łazience. W drodze mam niewiele, liczę na niewiele, a ostatecznie dostaję tyle, że ledwie mogę to unieść. Największą frajdą jest to przyjmować… i dawać samemu, co tylko można.

Po drugie: ludzie

To było w Myszkowie. Poznałyśmy się może godzinę, a może dzień wcześniej. Do dziś nie wiem jak nasza luźna pogawędka w drodze do sklepu zmieniła się w siedzenie na krawężniku i słuchanie o jej największych życiowych tajemnicach i ciężarach. Ale nie jestem tym zdziwiona. Ostatecznie na innym krawężniku, w innym miasteczku, ktoś inny mnie tak słuchał.

Nie wiem, jak to działa. Ale nawet ja, rasowa introwertyczka, w tych warunkach nie potrzebuję dużo, żeby się otworzyć. Skąd jesteś, co robisz, który raz idziesz – a za moment przechodzimy na zupełnie inne tory. I opowiadamy sobie pół życia.

A przecież ludzie na pielgrzymce nie są idealni. Przecież przynajmniej raz dziennie irytacja na kogoś osiąga punkt krytyczny. Tylko… co z tego? Nieidealni, ale fantastyczni.

Po trzecie: modlitwa, która sama mnie znajduje

Śmieją się ze mnie ósmego sierpnia. W świętego Dominika zgarniam błogosławieństwa bez umiaru. Od braci, których spotykam przynajmniej raz w tygodniu na Stolarskiej. Od znajomych ojców, których widuję raz czy dwa razy w roku. Niech się śmieją – i niech błogosławią.

Błogosławieństwo rozlewa się zresztą na każdym kroku, nawet bez szczególnych próśb o nie. Bo codzienna Eucharystia – czasem boso i na karimacie, czasem w tłumie, w dusznym kościele. Uwielbienia na postojach, gdy Janki siadają razem z Pokutą i razem podnoszą ręce. Różaniec, przy którego kolejnych tajemnicach z dnia na dzień pojawia się coraz więcej intencji, czytanych też prawie jak litania. Wejście do kościoła po ciężkim, upalnym etapie, śpiewanie na ostatnim oddechu pieśni o Maryi, zrzucenie plecaka z mokrych pleców. Żadnej myśli, tylko zmęczenie i zaufanie Obecności. Wystarczy.

Normalnie codzienne spotkanie z Nim sam na sam to walka. Tutaj biorę głęboki oddech. Nie muszę się spinać. Za każdym razem przekonuję się, że cała ta droga jest nieustającą modlitwą.

Po czwarte: dom

„Jestem u siebie”, myślę zawsze, spacerując ósmego sierpnia po boisku w Poczesnej. Nie chodzi tylko o znajomych, których pojawia się tu coraz więcej. O tych, których spotykam raz w roku, żeby zrobić wspólne selfie i zamienić parę słów. Ani o tych, na których wpadam prawie dzień w dzień przez cały rok. Nawet ci, których nie znam, wydają się dziwnie bliscy. Z jakiegoś powodu całą naszą różnorodną zgraję połączył pewien zakonnik z Caleruegi. A jeszcze głębiej – Ten, który jest przed wszystkim i w którym wszyscy żyjemy.

Nie wiedziałam, jak to określić aż do tegorocznej jasnogórskiej homilii o. Janusza Pydy, który powiedział najprościej: pielgrzymka jest domem rodzinnym. Najdziwniejszym pod sierpniowym słońcem. Bez ścian. Takim, który jest w drodze i niczego nie ma na własność. Ale z roku na rok coraz bardziej: jestem u siebie.

Więc nie dziwi mnie wysyp lajków i serduszek pod każdym postem z odliczaniem. Bo my, miłośnicy pielgrzymek między dziewiątym a drugim sierpnia żyjemy właściwie normalnie. Czasem jednak coś nam mówi, że czas między jedną pielgrzymką a drugą to tylko krótki zjazd do zajezdni. A zaraz znowu będziemy w drodze.

fot. k. nowak