Mamy do czynienia z postsekularnym stylem życia, który zachowuje pewne elementy chrześcijańskie – pisze Wojciech Surówka OP.

W czasie formacji zakonnej bardzo często się przenosiliśmy z miejsca na miejsce. Przez siedem lat średnio raz na pół roku zmieniałem celę, w której mieszkałem.

Każdy z nas organizował przestrzeń zgodnie z własnymi potrzebami i kierując się indywidualnym smakiem. Niektórzy nie zmieniali niczego. Czuli się dobrze w każdym miejscu. Gdyby ich wysłać na Marsa, nie odczuliby żadnej różnicy. Inni trzymali na biurku śrubokręty, lutownice, masę kabli i wszystko, co mogłoby się przydać podczas remontu. Jeszcze inni ginęli w stosach książek i papierów, wszak powołanie do zakonu intelektualistów zobowiązuje. Niektórzy wreszcie otaczali się portretami świętych, tworząc wokół siebie coś w rodzaju małej kapliczki.

Każdy z moich współbraci czuł się dobrze w przestrzeni, którą sobie zorganizował, niezależnie od tego, czy był to „Mars”, „warsztat”, „biblioteka” czy „kaplica”.

Przeczytaj omówienie lipcowego W drodze

Niewątpliwie przestrzeń, która nas otacza, wpływa na nasze samopoczucie. Dlatego staramy się tak ją organizować, by dawała nam poczucie komfortu. Jakiś czas temu bardzo modna była dalekowschodnia sztuka planowania przestrzeni feng shui. Ostatnio przenieśliśmy się ze Wschodu na Północ i obserwujemy wzmożone zainteresowanie duńskim słowem hygge, oznaczającym „chwile szczęścia, ciepła i bliskości, które możemy odnaleźć w najzwyklejszych sytuacjach”.

Etymologicznie hygge wywodzi się z norweskiego słowa oznaczającego „dobre samopoczucie”. Duńczycy jednak nie zgadzają się z tak zawężoną definicją. Dla nich hygge jest nieprzetłumaczalnym konceptem, który może oddawać jednocześnie uczucie, wrażenie albo emocje, wiążące się ze specyficzną atmosferą intymności i przytulności. Nie chodzi więc o samą przestrzeń, chociaż istnieje również desing hygge, ale raczej o styl życia.

Oczyszczenie umysłu, czerpanie radości z ruchu, słuchanie szumu deszczu, delektowanie się posiłkami w rodzinnym gronie, patrzenie na ogień, odstresowanie się przez wypicie kawy, robienie tego, na co ma się ochotę. Jednym słowem, małe jest piękne.

Dzięki takiemu podejściu do życia Duńczycy są najszczęśliwszym narodem na ziemi. Nie mając wygórowanych wymagań, nauczyli się czerpać zadowolenie z małych rzeczy.

Przyjemność wyrafinowana

Skąd popularność takiego stylu życia? Wydaje się, że trzy kwestie mogą decydować o atrakcyjności hygge.

Po pierwsze, skromność. Zarówno estetyki, jak i podejścia do życia. Współczesny człowiek ma już dość hałaśliwej kultury. Otaczający nas świat sam w sobie jest na tyle wyzywający i drapieżny, zarówno na ulicach poprzez reklamy, jak i w przestrzeni wirtualnej, że czymś naturalnym jest reakcja obronna polegająca na poszukiwaniu wyciszenia. Takie tendencje da się zaobserwować we wszystkich kulturach dobrobytu. Słodycz serwowana w nadmiarze powoduje mdłości. Ten minimalizm będzie zdobywał coraz większe rzesze zwolenników.

Z drugiej strony hygge docenia wagę rytuału. Domowe posiłki, spotkania z przyjaciółmi, dbanie o regularny tryb życia wyznaczany przez małe przyjemności. Wszystko to, co możemy nazwać „rytuałem domowym”, który odpowiada na nasze głębokie potrzeby. Dla człowieka zawsze było istotne podkreślanie pewnych momentów w życiu jako szczególnie ważnych. Temu właśnie służył rytuał.

I wreszcie trzeci aspekt to zwrócenie uwagi na czerpanie przyjemności z życia. Nikt z nas nie chce być tylko trybikiem w maszynie. Zasługujemy na momenty emocjonalnego i fizycznego wytchnienia. Umiejętność dostrzegania, ale też kreowania takich momentów jest częścią hygge.

Kiedy przypatruję się tym trzem elementom, ze zdumieniem zauważam, że jestem wyznawcą tej filozofii, i to od wielu lat. Lubię skromną estetykę, spotkania z przyjaciółmi, czerpanie przyjemności z małych rzeczy.

Szkopuł w tym, że jednocześnie jestem w pewniej kontrze do tego: poza drobnymi przyjemnościami istnieje cała masa innych wartości, które dają mi szczęście i są źródłem przyjemności, ale nie można ich włączyć do wspomnianego stylu życia. Mam na myśli wszystkie momenty wymagające wyrzeczenia, pracy, tracenia własnego czasu i zdrowia, wysiłku, które stanowią nieodłączną część mojego stylu życia.

Wybitny polski historyk filozofii Juliusz Domański żałował kiedyś, że chrześcijaństwo nie uznało epikureizmu za „swoją” filozofię. Według niego epikurejski ideał życia był bliższy chrześcijaństwu niż chłodna i pewna siebie stoicka cnotliwość.

Ktoś może się oburzyć i powiedzieć, że Epikur był przecież hedonistą, który z przyjemności uczynił zasadę życia. Z takim obrazem Epikura walczy od lat mój współbrat, Paweł Krupa, cierpliwie tłumacząc, że co prawda Epikur widział w przyjemności główny motor działań człowieka, jednak przeżywanie przyjemności nie jest jedynie prostym poszukiwaniem i odbieraniem bodźców i doznań.

„I tak, Epikur głosił na przykład wielką potrzebę umiarkowania: to nie zjedzenie całej brytfanny ciasta da nam największą przyjemność, ale delektowanie się jego kawałkiem, gdyż nadmiar słodyczy zabije nasz smak i spowoduje nudności, a to z przyjemnością nie ma nic wspólnego. Najwspanialszą rozkoszą wedle Epikura nie jest – jakby ktoś mógł mniemać – współżycie z setką kobiet, i to jednocześnie, ale rozmowa z przyjacielem na temat filozofii przeprowadzona we własnym ogrodzie” – pisał Paweł Krupa w jednym z artykułów.

Od razu widać, że jest to przyjemność wyrafinowana, która wymaga pracy i ascezy. A przede wszystkim umiejętności rezygnowania z przyjemności doraźnych, szybkich, niskich i krótkotrwałych, aby poświęcić się uprawie ogrodu, bo wtedy będzie miło w nim usiąść. Nie jest to więc wulgarny hedonizm, ale raczej hygge.

W gorsecie ascetyzmu

Przypatrując się zjawisku hygge, odnoszę wrażenie, że mamy do czynienia z postsekularnym stylem życia, który zachowuje pewne elementy chrześcijańskie, nawet jeśli dzieje się to nieświadomie. Trzy wyróżnione przeze mnie elementy hygge, a mianowicie skromność, rytuał i przyjemność, możemy bowiem odnaleźć w kulturze chrześcijańskiej. Być może ogromna popularność hygge w krajach skandynawskich jest reakcją na zbyt ascetyczną, surową i kazuistyczną wizję chrześcijaństwa obecną w tradycji protestanckiej.

Warto wspomnieć w tym miejscu opowiadanie duńskiej pisarki Karen Blixen Uczta Babette. Nakręcony na jego podstawie film kilkakrotnie przywoływał papież Franciszek. Opowiadanie to doskonale się wpisuje w próbę poszukiwania nowego stylu życia wśród wspólnot protestanckich.

Jest to historia małej wioski rządzonej przez rygorystycznego pastora. Parafia wyznaje niezwykle purytańskie wartości, które czynią tę zapadłą miejscowość jeszcze bardziej pozbawioną szczęścia. Jej mieszkańcy wyrzekają się wszelkich przyjemności. Pewnego dnia w wiosce pojawia się tajemnicza kobieta, Francuzka o imieniu Babette. Wraz z jej przybyciem życie purytańskiej wspólnoty zaczyna się diametralnie zmieniać. Babette wygrywa los na loterii i postanawia, że wszystkie pieniądze przeznaczy na ucztę dla parafian, którą sama przygotuje. Nim uciekła z ogarniętej wojną domową Francji, była bowiem szefem kuchni w jednej z paryskich restauracji. Uczta zapowiada się po królewsku. Mieszkańcy wioski są zgorszeni przygotowaniami do kolacji, widzą w nich działanie złego ducha. Choć przyjęli zaproszenie, nie zamierzają delektować się jedzeniem. Ale Babette otwiera im nie tylko oczy, ale też kubki smakowe. Kolacja jest wyśmienita. Tyle sama historia, która może posłużyć za tekst założycielski stylu hygge.

Najciekawsza jednak w filmie wydaje się jego niejednoznaczność, której nie można sprowadzić jedynie do krytyki purytańskiego stylu życia. Działanie łaski jest obustronne. Babette zmieniła podejście protestanckiej wspólnoty do przeżywania przyjemności, ale i wspólnota zmieniła ją – kobieta wydała wszystkie pieniądze, żeby sprawić im przyjemność, a później wraz z nimi żyć w biedzie. Bez purytańskiej wspólnoty nie odnalazłaby nigdy siebie.

Podobnie rzeczy się mają z hygge. Niewątpliwie docenienie przyjemności jest czymś ważnym, jednak sama przyjemność nie wystarcza. Poza nią istnieją jeszcze inne wartości, które w filmie symbolizuje purytańska wspólnota. Nie jestem pewien, czy naszym największym problemem jest nadmiar purytanizmu. Odnoszę wrażenie, że wręcz przeciwnie.

Hygge po katolicku

Opowiadanie Uczta Babette mówi także o relacji pomiędzy wartościami estetycznymi i etycznymi. Przyjemność należy do sfery szeroko rozumianej estetyki, inaczej mówiąc do „sztuki życia”.

Bardzo ciekawy opis relacji między tymi wartościami znajdziemy w Katechizmie Kościoła katolickiego. W 2501. punkcie czytamy, że „podobnie jak każde inne działanie ludzkie sztuka nie ma sama w sobie absolutnego celu, lecz jest podporządkowana ostatecznemu celowi człowieka i przezeń uszlachetniana”. Sztuka nie tylko jest podporządkowana jakiemuś innemu celowi, ale jest również przez niego uszlachetniana.

Przypomniałem sobie o tej katechizmowej definicji, czytając wpis na blogu katolickiej publicystki Małgorzaty Wałejko. Zacytuję dłuższy fragment, gdyż jest on bardzo charakterystyczny (pisownia oryginalna): „Czy przyszłoby Wam do głowy, że szalona zabawa na imprezie u znajomego, z przednim winkiem i do białego rana, czyni Was świętymi? (Zaznaczenie: gośćmi nie są członkowie koła różańcowego, a rozmowy z rzadka lub wcale nie schodzą na tematy duchowe). A leniwe popołudnie niedzielne z ukochaną osobą, nogami na stoliku i komedią romantyczną? (nie: dokumentem o św. O. Pio). Pisanie bloga – ale uwaga, nie na dominikanie.pl – kulinarnego? Prowadzenie samochodu? (nie do kościoła. Do Auchana po papier toaletowy, bo zabrakło). Opalanie na ławce w parku, z twarzą beztrosko zwróconą do słońca? (Bez myślnego odmawiania różańca). A dobry, małżeński seks? (bez rozstawiania ikon, by czynić to w Bożej obecności – bo o takich praktykach słyszałam)”.

W tych kilku zdaniach mamy wyłożoną całą filozofię hygge w wydaniu katolickim. Trzeba tylko wprowadzić jedną maleńką poprawkę: słowa „czyni was świętymi” zamienić na „może was uczynić świętymi”. Bo wszystkie wymienione przez autorkę bloga czynności, podobnie jak sztuka, nie mają w sobie celu absolutnego, więc tak naprawdę szalona zabawa do białego rana nie zrobi z nas świętych. Niestety. Świętość określa się przez heroiczność cnót, a nie przez poziom czerpanej z życia przyjemności.

Jakkolwiek byśmy kombinowali i jakiejkolwiek byśmy użyli egzegezy, nie będziemy mogli powiedzieć, że styl życia Jezusa był hygge. Pomimo że chodził na wesela, odwiedzał przyjaciół w Betanii, jadł z nimi posiłki, Jego życie było podporządkowane innemu celowi. Dlatego nie miał gdzie głowy skłonić, cały czas był w drodze, dnie spędzał na nauczaniu, a noce na modlitwie, w końcu zgodził się na męczeństwo i śmierć na krzyżu. Nawet ta jedna jedyna próba zwolnienia tempa, gdy odprawił uczniów, żeby trochę odpoczęli, się nie powiodła, bo tłumy ich znalazły.

To był styl życia Jezusa. Taki przykład nam zostawił. I pewnie dlatego nie udało się ochrzcić epikureizmu.

Sprawdzianem prawdziwości pewnych idei, które głosimy w Kościele, są święci. Jeśli dana duchowość rodzi świętych, to znaczy, że prowadzi do celu ostatecznego. Nie znajduję wielkich świętych wśród chrześcijańskich epikurejczyków, choć jest wśród nich wielu znakomitych humanistów. Życie Jezusa, Jego słowa, postawa, czy jakbyśmy powiedzieli dzisiaj, Jego styl życia, są dla chrześcijanina wzorem, w który się wpatrujemy.

Jeśli zbyt dużo myślimy o własnym stylu życia, możemy zacząć się kręcić wokół samych siebie. W takim wypadku pozostaje tylko apel papieża Franciszka: Zejdź z kanapy! A ja bym dodał: Przestań być hygge!

Ojciec Jan Andrzej Kłoczowski OP lubi mawiać, że przysłowia są mądrością narodów. I dodaje od razu: tych narodów, które innej mądrości nie mają. Odnoszę wrażenie, że hygge jest szczęściem dla tych narodów, które innego szczęścia nie znają. 

Tekst ukazał się w miesięczniku „W drodze” 7/2017. Tytuł od redakcji Dominikanie.pl.

Wojciech Surówka – ur. 1975, dominikanin, duszpasterz, dyrektor Instytutu Nauk Religijnych św. Tomasza z Akwinu w Kijowie.