24 maja – święto przeniesienia relikwii Świętego Ojca Dominika.

Siostra Cecylia, która poznała Dominika w młodości w klasztorze św. Sykstusa w Rzymie, po latach podyktowała swoje wspomnienia jednej z sióstr z klasztoru św. Agnieszki w Bolonii. Wiele faktów i dat zatarło się już wówczas w jej pamięci, ale z kobiecą wrażliwością i tkliwością zachowała obraz świętego, jakiego próżno szukać u innych. Tylko ona opisała jego wygląd:

„Był średniego wzrostu, ciało miał delikatne, twarz piękną, lekko zaróżowioną, włosy i brodę z rudym odcieniem, piękne oczy. Z jego oblicza i oczu promieniował blask, którym zjednywał sobie szacunek i miłość u wszystkich. Był zawsze pogodny i radosny, chyba że zwracał się ze współczuciem ku jakiemuś cierpieniu bliźnich. Miał długie i piękne dłonie, silny głos, piękny i dźwięczny. Nie był łysy, lecz miał pełną koronę tonsury, lekko przyprószoną siwizną”.

Przejdź do strony Wydawnictwa W drodze

Okazuje się jednak, że ten wizerunek Dominika jest niepokoją- co podobny do tego, jaki ponad sto lat wcześniej, charakteryzując św. Bernarda z Clairvaux, pozostawił żyjący blisko niego mnich cysterski. W pamięci Cecylii obraz Dominika przybliżył się do idealnego wizerunku świętego – „kruchego naczynia, które kryje skarb”.

Mówił jedynie z Bogiem lub o Bogu

Mimo to możemy zaufać siostrze Cecylii, gdyż jej świadectwo potwierdzają nie tylko badania antropologiczne szczątków świętego, ale także inni ludzie. „Każdy, kto się z nim zetknął, czuł się przez niego kochany” – zeznawał brat Szczepan. „Była w nim niewzruszona równowaga ducha, chyba że zasmuciło go czyjeś nieszczęście” – pisze Jordan, i dodaje – „niezmącona równowaga wewnętrzna wyrażała się w dobroci i radości malującej się na jego twarzy. Przez tę radość zdobywał bez trudu serca wszystkich”.

Jednocześnie był niezwykle opanowany, „spokojny i nieulękły” – dodaje Wilhelm Peyronet, opat klasztoru św. Pawła w Narbonnie. „Nikogo nie uraził złym słowem, miał szczególny dar podnoszenia na duchu, nawet jeśli musiał kogoś skarcić, starał się, aby winowajca odchodził umocniony”.

Jego wewnętrzny pokój i siła duchowa miały swe źródło w głębokiej więzi z Bogiem. Dominik był człowiekiem nieustannej modlitwy. Zakorzeniony w tradycji monastycznej wierny był liturgii godzin; nawet podczas swych nieustannych wędrówek starał się tak ułożyć ich plan, by o odpowiedniej godzinie stanąć do modlitwy razem z mnichami napotkanego klasztoru; jeśli to było niemożliwe, odmawiał ją razem z towarzyszami drogi.

Codziennie, co nie było wówczas w zwyczaju, starał się odprawiać, a właściwie śpiewać, mszę świętą. Czynił to z wielkim wzruszeniem, zwłaszcza podczas konsekracji i Modlitwy Pańskiej z oczu jego płynęły obfite łzy. Podobnie było, gdy się modlił w domu, w drodze, a zwłaszcza podczas nocnego czuwania, które było jego stałym zwyczajem. Po komplecie odsyłał braci na spoczynek, sam zostawał w kościele, by się modlić z płaczem, niekiedy z tak głośnym wołaniem, że budził braci w dormitorium. Niektórzy zostawali w kościele, by z ukrycia go podglądać i mu towarzyszyć.

Świadectwem podziwu, który u braci budziła jego żarliwa modlitwa, są ich zeznania na procesie kanonizacyjnym, a także mała książeczka o dziewięciu sposobach modlitwy św. Dominika, napisana kilkadziesiąt lat po jego śmieci. Jej autor starał się utrwalić wszystko, co jeszcze pamiętano o tej modlitwie, by przekazać to następnym pokoleniom.

Wielu świadków jego życia potwierdza, że mówił jedynie z Bogiem lub o Bogu. Nie tylko nie mówił nigdy niepotrzebnie, wystrzegał się wszelkich złych słów i obmowy, ale sam się starał i wymagał od braci, aby w klasztorze zachowali milczenie. Bez niego bowiem niemożliwa jest prawdziwa modlitwa i wsłuchanie się w słowo Boże.

Gdy wychodził za miasto, zdejmował buty

Jego ostatni habit był tak znoszony i połatany, że po śmierci ubrano go w inny, który odstąpił brat Moneta. Jedyną jego własnością był Nowy Testament, z którym się nie rozstawał.

Jedna z anegdot opowiada, że zachowywał przepis, który zakazywał duchownym chodzić boso, ale gdy tylko wychodził za miasto, zdejmował obuwie, a pokaleczone przez kamienie i ciernie stopy dawały mu sposobność dodatkowego umartwienia. Nosił włosienicę, biczował swe ciało, a po śmierci bracia zobaczyli, że był opasany żelaznym łańcuchem.

Braci też zachęcał do ubóstwa, pokuty i postów, ale nie było w tym doktrynerstwa, przestrzegał ich przed popadaniem w przesadę. Czasem, gdy na stole pojawiały się ofiarowane przez przyjaciół klasztoru przysmaki, po cichu okazywał niezadowolenie, ale ich nie zabraniał. Sam jadł niewiele, zwłaszcza pod koniec życia, także dlatego, że zmęczenie pracą i nocnymi czuwaniami sprawiało, iż gdy tylko siadał do stołu, zaraz zasypiał.

Nie ścigał heretyków. Nawracał ich kaznodziejstwem

Można zapytać, po co to wszystko? Odpowiedź jest jedna. Dominik był głęboko przejęty troską o zbawienie ludzi. Niepokoił się o los każdego grzesznika, przejmowało go, że tak wielu ludzi nie słyszało jeszcze o Chrystusie, a najbardziej – odchodzenie wielu od Kościoła. Ta troska przynaglała do modlitwy i ofiary, do zabiegania w duchu polecenia św. Pawła: „Głoś naukę, nastawaj w porę, nie w porę, wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu z całą cierpliwością, ilekroć nauczasz” (2 Tm 4,2).

Był też człowiekiem swojego czasu, obca była mu postawa pojmowanej we współczesnym duchu poprawności politycznej tolerancji. Sam też jej nie oczekiwał. „Wielokrotnie wyrażał pragnienie – mówił brat Jan z Nawarry – by być biczowanym, ćwiartowanym i umrzeć za wiarę w Chrystusa”.

Nie dziwi więc, że jeden ze świadków procesu w Tuluzie pamiętał, iż Dominik nieustraszenie „ścigał tam heretyków”. Po stu latach dominikański historyk, a przy jednocześnie długoletni inkwizytor, Bernard Gui, opierając się na kilku wątłych przesłankach, będzie się starał wykazać, że Dominik był pierwszym inkwizytorem. Tę tezę przez setki lat powtarzali z dumą historycy zakonu, a później, dodając do niej pełne zgrozy szczegóły, protestanccy polemiści.

Dopiero na początku XVIII wieku dominikański historyk Jakub Quetif i niezależnie od niego równie krytyczni jezuiccy badacze hagiografii doszli do wniosku, że twierdzenie to nie ma podstaw.

Dzisiaj wydaje się to oczywiste, chociaż jeszcze niedawno znakomita skądinąd badaczka dziejów herezji usiłowała je podtrzymać, pisząc, że dzięki swej gorliwości Dominik stał się inkwizytorem „przedwczesnym”. Przedwczesnym dlatego, że urząd papieskiej inkwizycji na południu Francji, do którego angażowani byli dominikanie, został powołany przez papieża Grzegorza IX dopiero w 1233 roku, a więc dwanaście lat po śmierci Dominika. Wcześniej władzę sądowniczą sprawowali tam miejscowi biskupi. Dominik nigdy takich uprawnień nie miał. Działał z upoważnienia legatów jako kaznodzieja i jako kaznodzieja miał władzę jednania nawróconych heretyków z Kościołem. Całe życie Dominika, wszystkie świadectwa jego działalności wskazują, że właśnie kaznodziejstwo uznał za swoje powołanie.

Jego kazania nie były efektowne. Były skuteczne

Nie znamy niestety tekstów jego kazań, o tym, jakim był kaznodzieją, możemy wnioskować jedynie z przygodnych uwag jego słuchaczy. Mówią oni, że łatwo trafiał do ich przekonania. Był przejęty tym, co mówił, czasem do łez się wzruszał i potrafi ł innych pobudzić do wzruszenia.

Znamienne jednak, że Reginalda, a nie Dominika, Jordan przyrównał do nowego Eliasza, który swoim słowem, jak ogień, zapalił całą Bolonię. Wydaje się, że Dominik nie należał do typu płomiennych kaznodziejów, jakich nie brakowało i w jego zakonie, potrafiących swą wymową poruszyć i pociągnąć za sobą tłumy.

Jego kaznodziejstwo nie było zapewne tak efektowne, choćby dlatego, że rzadko mógł mówić w swym ojczystym języku, ale przynosiło głębsze skutki. Ta skuteczność wynikała z jego woli zrozumienia słuchaczy i pragnienia bycia przez nich zrozumianym, tak jak chciał dotrzeć swoim słowem do przygodnie spotkanych pielgrzymów, których języka nie znał.

Ale był jeszcze jeden czynnik, najważniejszy. Dominik i jego bracia często mówili o łasce słowa. Wiedzieli, że kaznodzieja powinien być wykształcony i utalentowany, a kazanie dobrze przygotowane, ale to, co najważniejsze, pochodzi od Boga, bo przecież jest ono w istocie przekazem słowa Bożego, które jedynie jest żywe i skuteczne. Stąd obecne w konstytucjach dominikańskich przypomnienie, że mają nauczać słowem i przykładem.

Dominik odkrył swe powołanie nie tylko dla siebie. Potrafił je ukazać, czasem w sposób niezwykle odważny i ufny wobec Boga, rzeszy swoich naśladowców, którzy później w niejednym go wyprzedzili, jedni w mądrości i wiedzy, jak Tomasz z Akwinu, inni w zapale misjonarskim, jak św. Jacek, jeszcze inni talentem kaznodziejskim.

Można powiedzieć, że w tym ujawnił się jeszcze jeden jego dar: był dobrym ojcem, który z radością pozwala i pomaga rozwijać się swoim dzieciom.

Chrystianizację Europy dokończyli dominikanie z franciszkanami

Dla współczesnych badaczy historii Kościoła coraz bardziej oczywiste staje się to, że działalność, zwłaszcza doktrynalne kaznodziejstwo, braci kaznodziejów, za którymi podążyli wkrótce przejmujący ich wzorzec nauczania franciszkanie, gruntownie przeorało i zmieniło świadomość chrześcijan łacińskiej Europy.

Wystarczy sobie uświadomić, że do końca XIII wieku sieć ich klasztorów objęła wszystkie niemal miasta. W większych było ich po kilka. Oblicza się, że w przeważającej liczbie tych kościołów głoszono rocznie ponad trzysta kazań, do tego należy dodać spowiedź i związane z nią nauki w konfesjonale. Znakomicie poszerzały one zakres tego oddziaływania.

Owocem pracy dominikańskich i franciszkańskich teologów z tego czasu jest też olbrzymia literatura, nie tylko poważne rozprawy teologiczne, ale zbiory kazań, przykładów i żywotów świętych, podręczniki dla spowiedników, które były pomocą w codziennej pracy apostolskiej.

Nieliczne wprawdzie, ale pewne świadectwa z Polski, wskazują, że dominikańscy kaznodzieje wcześnie zaczęli docierać także do zaniedbanej dotąd ludności wiejskiej. Do tego trzeba dodać fakt, że już w pierwszej połowie XIII wieku dominikanie i franciszkanie praktycznie przejęli po starszych zakonach zadanie misji wśród pogan i nadali swoim działaniom nowy impet, który doprowadził do zakończenia dzieła chrystianizacji Europy.

Fragmenty książki Jana Andrzeja Spieża „Święty Dominik”, która ukazała się nakładem wydawnictwa „W drodze” w ramach Jubileuszu 800-lecia Zakonu Kaznodziejskiego.

Tytuł, śródtytuły i skróty od redakcji Dominikanie.pl.