Trzy cnoty boskie dostarczają nowych norm i kryteriów. Wykraczają poza to, co słuszne „według natury”.

Jeśli więc ktoś pozostaje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co dawne, minęło, a oto wszystko stało się nowe (2 Kor 5,17).

Trudno nie zauważyć niezwykłego przejęcia, z jakim św. Paweł pisze o nowości płynącej z dzieła zbawczego Chrystusa. Podobnie jak dla wielu pierwszych chrześcijan, także i dla apostoła wydarzenia zbawcze oznaczały gruntowną i definitywną przemianę rzeczywistości. Ewangelia, którą głosili, była dla nich przesłaniem, że oto w Chrystusie wszystko stało się naprawdę nowe, że okowy grzechu, które więziły świat od tysięcy lat, rozpadły się. Głęboko wierzyli i wyznawali, że to, co się dokonało, nie było jedynie restauracją dawnego porządku utraconego wskutek grzechu Adama, ale że w życiu, śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa zostało objawione i urzeczywistnione Nowe Stworzenie.

W istocie przyjście Chrystusa odnowiło rzeczywistość w sposób absolutny: było wrzuceniem w obieg nowej jakości istnienia – takiej, której to, co ziemskie nie byłoby w stanie zrodzić, a która w odnowie całego stworzenia miała stać się jakością źródłową. Oto Chrystus staje się „pierwocinami nowego stworzenia”, „Nowym Adamem”, „pierworodnym spośród wielu braci”. Nowość istnienia przyniesiona przez Chrystusa, Jego wzorczość wobec nowego stworzenia nie odnosiła się przy tym w pierwszym rzędzie do wymiaru moralnego. Chrystus nie jest jedynie moralnym exemplum, w znaczeniu przykładu do naśladowania, ale o wiele bardziej pierwowzorem (exemplar) nowego człowieka, od którego wszyscy mamy pochodzić, stwarzani przez Boga według miary Jego doskonałości.

Ofiarowana nam w Chrystusie nowość życia rozgrywa się oczywiście także na płaszczyźnie moralnej: „prawo nowe” przekracza ramy antycznej i starotestamentalnej mądrości, właściwy im zespół norm i zasad, właściwy im umiar i „złoty środek”. Chrystus nie przyszedł po to, by potwierdzić po raz kolejny to, do czego starożytni doszli już dawno, ustalając to, co słuszne „według natury”. Ostatecznie nie trzeba było Jego przyjścia i śmierci na krzyżu, by wiedzieć, iż należy być sprawiedliwym, życzliwym i że trzeba uczciwie płacić podatki. Nie negując tego wszystkiego, Chrystus wskazuje na „więcej”; na potrzebę „porzucenia dawnego człowieka” i przyobleczenia „człowieka nowego, stworzonego według Boga, w sprawiedliwości i prawdziwej świętości” (Ef 4,24).

Zawarte w prawie ewangelicznym przekroczenie tego, co uchodziło za najwyższy wykwit mądrości ludzkiej i tradycji starotestamentalnej, powiązane jest z darem nowego serca. Oto w Chrystusie wypełnia się dla nas obietnica złożona przez wiekami Ezechielowi: „Dam wam serce nowe i ducha nowego tchnę do waszego wnętrza, odbiorę wam serce kamienne, a dam wam serce z ciała. Ducha mojego chcę tchnąć w was” (Ez 36,26n).

Jeśli Nowemu Prawu nie towarzyszyłaby odnowa naszych serc, byłoby ono prawem rozpaczy, wymaganiem czegoś, co leżałoby zupełnie poza zasięgiem naszych możliwości. Tak się jednak nie dzieje – stosownie do miary wielkości Chrystusa i Jego powołania otrzymujemy organizm życia nadprzyrodzonego: cnoty wiary, nadziei i miłości, mające stać się podstawą naszego odnowionego postępowania.

Trzy cnoty boskie, wlane w nasze serca mocą Ducha Świętego, z jednej strony dostarczają nam nowych norm i kryteriów, wykraczających dalece poza to, co słuszne „według natury”, z drugiej zaś umożliwiają realizację odpowiadającego im postępowania. W ten sposób wiara, nadzieja i miłość stają się potężną, nadprzyrodzoną dynamiką naszego życia. Dynamiką, którą możemy intensyfikować, przede wszystkim poprzez korzystanie z sakramentów świętych, i którą możemy roztrwonić, żyjąc w sposób zły i gnuśny.

Stąd też, kiedy stajemy przed Bogiem, by rozważyć, na ile podjęliśmy, a na ile odrzuciliśmy złożone w nas nowe życie, czymś niepozbawionym słuszności wydaje się pytanie właśnie o wiarę, nadzieję i miłość. Ostatecznie horyzontem naszego myślenia – o ile tylko naprawdę wierzymy w to, że dwa tysiące lat temu rzeczywistość została gruntownie odmieniona – powinna być przyniesiona przez Chrystusa nowość istnienia, życie według miary Jego wielkości, a nie jedynie to minimum, które zostało zawarte w prawie naturalnym i starotestamentalnych przykazaniach.

*

Zaproponowany poniżej rachunek sumienia posiada strukturę najprostszą z możliwych – jest najpierw przypomnieniem sobie znaczenia każdej z trzech cnót boskich, wraz ze wskazaniem na to, co specyficznie Chrystusowego wnoszą one do naszego życia, potem zaś przytoczeniem krótkiej modlitwy, która może pomóc stanąć nam w prawdzie o naszej wierności lub niewierności wobec otrzymanego powołania.

Wiara

Jedną ze szkodliwych iluzji dotyczących naszego życia duchowego jest ta, która przedstawia akt wiary jako coś naturalnego – jako coś, co miałoby odpowiadać wrodzonym skłonnościom naszego umysłu i woli.

W rzeczywistości akt wiary jest aktem najbardziej nienaturalnym ze wszystkich: aktem, w którym umysł i wola, ze swej natury lgnące do tego, co pewne i weryfikowalne, chcące się powierzać jedynie temu, co daje gwarancje bezpieczeństwa, muszą wykonać gigantyczny skok w ciemność. Nienaturalność i trudność tego skoku wiary wynikają z tego, czemu i w jaki sposób mamy się powierzyć. Im bardziej chodzi nie tyle o intelektualną akceptację prawd mało istotnych, ile o całościowe powierzenie się pewnej rzeczywistości, tym bardziej całe nasze jestestwo będzie się wzbraniać przed uczynieniem takiego skoku.

Bóg, składając w nasze serca wiarę, umożliwia przekroczenie naszych naturalnych inklinacji, obaw i nawyku opierania się jedynie na tym, co absolutnie pewne. W akcie wiary w sposób zupełnie niesłychany oddajemy się temu, czego nijak nie da się sprawdzić, co leży poza możliwościami naszego poznania i weryfikacji.

Wydaje się, że rzadko dostrzegamy tę nadprzyrodzoną naturę aktu wiary, że w swojej istocie nie jest ona sprawą naszej decyzji, podjętym przez nas samych ryzykiem zawierzenia, owocem determinacji naszej woli i umysłu. Zazwyczaj nie dostrzegamy, że to wszystko, co pochodzi od nas, tzn. moment decyzji i determinacji, nawet jeśli ma pewien udział w akcie wiary, nie byłoby go w stanie zrodzić i tym samym przeprowadzić nas na „drugą stronę” – w świat bliskości z Bogiem, Jego tajemnic i Jego obietnic względem nas. Wiara jest naprawdę łaską, która uzdalnia do niemożliwego, za którą powinniśmy dziękować i o którą powinniśmy się stale troszczyć, korzystając z sakramentów Kościoła.

Wlana w nasze serce wiara nie jest przy tym jednorazowym aktem, wydarzeniem „punktowym”, w którym powierzalibyśmy się nieznanej nam rzeczywistości, ale początkiem najgłębszej przemiany całego naszego życia. Udzielający cnoty wiary chrzest jest inicjacją życia, którego wzorcem jest Chrystus w swojej śmierci i w swoim zmartwychwstaniu. „Zatem przez chrzest zanurzający nas w śmierć zostaliśmy razem z Nim pogrzebani po to, abyśmy i my wkroczyli w nowe życie” (Rz 6,4). Dopiero w wierze poznajemy naszą prawdziwą tożsamość i prawdziwe powołanie. O ile na podstawie samego tylko rozumu byliśmy w stanie rozpoznać, kim jest człowiek „według natury”, o tyle tutaj, poprzez wiarę ofiarowaną nam na chrzcie świętym, mamy dostęp do tej miary wielkości, do której zostaliśmy powołani według wzoru Chrystusa.

Prawdę o wierze jako o rzeczywistości, poprzez którą rozpoczyna się w nas życie Chrystusowe oraz dzięki której rozpoznajemy właściwą wielkość naszego powołania, znajdujemy w modlitwie św. Pawła:

Niech Chrystus zamieszka przez wiarę w waszych sercach, abyście w miłości wkorzenieni i ugruntowani, wraz ze wszystkimi świętymi zdołali ogarnąć duchem, czym jest Szerokość, Długość, Wysokość i Głębokość i poznać miłość Chrystusa, przewyższającą wszelką wiedzę, abyście zostali napełnieni całą Pełnią Bożą (Ef 3,17–18).

*

Najłaskawszy Boże, Dawco wiary przenikającej poza zasłonę i czyniącej nas uczestnikami Chrystusa Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego, ukaż mi to wszystko, co sprzeciwia się Twemu darowi.

Wskaż mi, proszę, moje grzechy i zaniedbania w odniesieniu do życia modlitwy i sakramentów świętych: moje lenistwo i gnuśność, lekceważenie sakramentalnych darów służących mojemu zbawieniu, kwestionowanie prawd, które w swojej łaskawości objawiłeś Kościołowi.

Ukaż mi także to wszystko, co czyniło ze mnie człowieka zamkniętego na akt wiary. Przede wszystkim moją pychę, ale także nieuzasadnioną nieufność wobec ludzi, niszczącą zdolność powierzania się drugiej osobie, wreszcie także i moje kłamstwa, wypaczające zmysł prawdy, którym zostałem obdarowany.

Nadzieja

Drugą z cnót wlewanych w nasze serce przez Ducha Świętego jest nadzieja. Nader częste pomniejszanie tej cnoty, czynienie z niej ostoi ludzi głupich i słabych, jest osobną historią.

W rzeczywistości nadzieja, którą otrzymujemy od Boga – o ile tylko pojmiemy ją w całej jej mocy – jest czymś zupełnie innymi niż tanie pocieszenie naszej zmęczonej psychiki, pocieszenie, które opierałoby się na mrzonce o lepszej przyszłości, stojącej w kontraście wobec tego, co faktyczne.

Nie jest ona także tanim optymizmem, który zakłada naturalnie korzystny bieg rzeczy. Chrześcijańska nadzieja nie usiłuje nam wmówić, że „jeśli tylko mocno w coś wierzysz, cały świat będzie ci sprzyjał” (banalność tego sformułowania przyprawia o zawrót głowy).

Wbrew temu, nadzieja wlewana w nasze serce przez Boga jest przede wszystkim zdolnością ukierunkowania naszych pragnień na to, co ostatecznie istotne, a czego realizacja jest trudna i oddalona w czasie. W pierwszym rzędzie chodzi o zjednoczenie z Bogiem w wieczności, ale także o Boże obietnice odnoszące się do życia doczesnego, jako drogi ku pełni życia.

Szczególnie w tym drugim aspekcie wlana w nasze serce nadzieja sprzeciwia się niskości lub też przeciętności naszych pragnień. Jest Bożym wyrywaniem nas z „nieśmiałości” właściwej myślom śmiertelników (por. Mdr 9,14). Jest zaprzeczeniem postawy, w której za ostateczne kryterium wyboru celów uznajemy nasze przyrodzone siły i możliwości.

Wbrew takiej postawie, dając się porwać dynamice nadziei, działającemu w nas Duchowi Świętemu, widzimy więcej i wyraźniej. Widzimy rozciągające się przed nami życie w perspektywie wielości dobrych i możliwych scenariuszy, w perspektywie wielości szlachetnych dzieł, które dzięki mocy Bożej jesteśmy w stanie realizować. Tak pojęta nadzieja nie jest kroczącą od nierzeczywistości do nierzeczywistości czczą fantazją, lecz raczej tym, co Kierkegaard nazwał pasją lub też namiętnością wobec tego, co możliwe.

Po wtóre, złożona w nas nadzieja nie tylko umożliwia nam wybór celu według miary wielkości naszego powołania, ale także podtrzymuje nas w zdążaniu do niego. Jest siłą zdolną oprzeć się smutkowi, rozpaczy, także kłamstwu o tym, że realizacja celu jest niemożliwa lub nie ma sensu. Jest podstawą mężnego, wytrwałego i cierpliwego serca, gotowego do ponoszenia ofiar i do opierania się zwątpieniu, do którego kusi nas Zły.

Wlana w nasze serca nadzieja nie jest więc uspokajającą i wrzucającą w bierność naiwną pociechą. Wręcz przeciwnie: to rzetelna, potężna siła, która jest w stanie przekształcać rzeczywistość, kwestionując jej stan obecny w imię tego, co możliwe i co należne w oczach Bożych. Tak rozumiana nadzieja nie uspokaja, lecz staje się źródłem niepokoju naszego serca, podstawą niemożności pogodzenia się z obecną kondycją świata, uznania jej za stan docelowy, za „wszystko”, czego moglibyśmy oczekiwać. Nadzieja mówi nam, że to nie może być wszystko.

*

Najłaskawszy Boże, Ty chciałeś, „byśmy przez moc Ducha Świętego byli bogaci w nadzieję” (Rz 15,13), pozwól mi dostrzec, w czym nie pozostałem wierny złożonej we mnie nadziei.

Pozwól mi ujrzeć moje niewierności – przede wszystkim te chwile, w których przedkładałem dobra stworzone nad niestworzone. Także kiedy pośród samych dóbr stworzonych zamiast zwracać się ku temu, co wzniosłe, godziwe i chciane przez Ciebie, pragnąłem rzeczy złych lub błahych, schlebiając swoim niskim pragnieniom i rozmieniając złożoną we mnie wielką nadzieję na wielość małych pragnień i zaspokojeń.

Pozwól mi też wyraźnie dostrzec i przeprosić za wszystkie chwile, kiedy dobrowolnie dawałem przystęp do swojego serca zniechęceniu, sceptycyzmowi lub cynizmowi, woląc widzieć rzeczywistość w perspektywie łatwego pesymizmu, usprawiedliwiającego moją bierność.

Miłość

Trzecią z cnót wlewanych w nasze serca podczas chrztu świętego jest cnota miłości Bożej. To w niej najbardziej wyraźnie uwidacznia się zarówno nowość stworzenia, jak i niezwykłość powołania, którym zostaliśmy obdarzeni. Miłość Boża jest bowiem w swojej istocie rzeczywistością skrajnie ekstatyczną. Jest nieskończonym udzielaniem się Osób w Trójcy Świętej, miłosnym zatraceniem i rozdaniem siebie. Tak bardzo przekracza pod względem doskonałości jakąkolwiek formę miłości ziemskiej, że trudno jest nam znaleźć dla niej analogię. Działający w nas Bóg – Ten, który jest samą Miłością – pragnie jednak naszego uczestnictwa w tej niezwykłej rzeczywistości: po pierwsze w miłości Chrystusa do swojego i naszego Ojca, po drugie w miłości Boga do ludzi.

Uczestnictwo w Bożym zamyśle miłości względem ludzi odmienia horyzont naszego odniesienia względem innych. Przede wszystkim przestaje nim być sprawiedliwość, uchodząca od czasów antycznych za centrum moralności i właściwy fundament relacji międzyludzkich. W miejsce sprawiedliwości rozumianej jako powinność oddawania każdemu tego, na co zasłużył, Chrystus przynosi to, co nowe i niesłychane: perspektywę Ciała, którego wszyscy jesteśmy członkami.

To właśnie w obrębie tej perspektywy miłość Chrystusa powołuje nas i uzdalnia nas do jedności, która była niewyobrażalna dla całej tradycji czysto ludzkiej, nawet tej najlepszej – do jedności, w której cierpienia naszych braci i sióstr są naszymi cierpieniami, podobnie jak ich radości naszymi radościami. Taka właśnie jedność i wynikająca z niej hojność zostają nam obiecane i przyniesione w miłości Chrystusa. Jego miłość rozlana w naszych sercach ma je porwać ku temu, co uchodziło dotychczas za niemożliwe, za czystą mrzonkę wypaczonego umysłu: do rozdawania swojego życia braciom i siostrom jako członkom jednego ciała.

Chrystus chce otwierać nasze oczy i serca na to, co zranione i co potrzebuje pomocy. Chce je otwierać nie tylko na biedę ewidentną i jawną, ale także na taką, która wstydzi się samej siebie, jest skryta lub oddalona. Stąd też działająca w nas miłość Boża to widzenie świata sięgające poza pozór tego, że „wszystko jest w porządku”.

To również niezgoda na to, że pewne pensum nieszczęść i cierpienia jest po prostu konieczne. Wbrew poglądowi, że musimy się z nimi jakoś pogodzić, jako że nic nie da się zrobić, jest nieskończenie twórczą wyobraźnią miłosierdzia, zdolnością widzenia świata w tysiącznych możliwościach pomocy innymi i rozdawania siebie innym.

W swojej istocie jest wreszcie i obietnicą tego, że w zamian za porzucenie perspektywy własnego interesu, kręcenia się wokół własnych potrzeb i zachcianek, otrzymamy po stokroć więcej. W miejsce serca nieszczęśliwego chciwością otrzymamy serce nowe, a w miejsce wypreparowanego, wąskiego kręgu osób, z którymi nam dobrze i komfortowo, otrzymamy cały świat braci i sióstr.

*

Najłaskawszy Boże, który powołałeś nas do miłosnego uczestnictwa w Twoim Ciele, którego wszyscy jesteśmy członkami, spraw, bym ujrzał to wszystko, co w moim życiu sprzeciwiało się Twej miłości, co nie pozwalało, by ogarnęła mnie ona w zupełności, kierując moimi myślami i postępkami.

Pozwól mi dostrzec wszystkie te momenty, kiedy wolałem zamykać oczy na cierpienia braci i sióstr, na ich materialną i duchową biedę; kiedy wolałem nie dostrzegać straszliwej samotności żyjących wokół mnie osób, nawet moich najbliższych; kiedy widząc zrozpaczonych, niosących w sobie smutek i zawód, wolałem uciekać do tych, którzy dobrze się mają i z którymi przebywanie nic mnie nie kosztowało.

W swojej łaskawości pozwól mi też stanąć w prawdzie, czy dając, dawałem jedynie z tego, co mi zbywa, czego braku nie byłem nawet w stanie odczuć, czy też gotów byłem dawać z własnego niedostatku: niedostatku czasu, pieniędzy i otuchy.

Fragment książki „Klucz do rachunku sumienia”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa „W drodze”.

Przejdź do sklepu Wydawnictwa W drodze