Bł. Julia Rodzińska – męczennica II wojny światowej.

Przekora jest przydatna w życiu. Dzięki niej cementowa izolatka może stać się celą kontemplatyka, a rzeczywistość – w której wszyscy zapomnieli, że istnieje miłosierdzie – miejscem jego świadectwa.

Jest tylko jeden warunek – ta przekora musi być oddana Chrystusowi.

I jedno ostrzeżenie – może ona prowadzić do męczeństwa i świętości.

Nowa rodzina

Siostra Julia wcześnie straciła rodziców i po ich śmierci została rozdzielona z rodzeństwem. Miała wtedy zaledwie dziesięć lat i razem z najmłodszą siostrą trafiła pod opiekę sióstr dominikanek w Wielowsi. Otrzymała dobrą opiekę i podstawowe wykształcenie, a zapewne i dobre świadectwo zakonnego życia, skoro mając siedemnaście lat, wstąpiła do tego zgromadzenia.

Jego głównym charyzmatem jest opieka nad dziećmi, głównie opuszczonymi i szczególnie potrzebującymi opieki. Doświadczenie osierocenia otworzyło szeroko serce siostry Julii – dzięki niemu dobrze rozumiała swoich wychowanków, ale także potrafiła odróżnić próby manipulacji i wzbudzania litości od chwil, kiedy jej pomoc i wsparcie były realnie potrzebne.

Większość swojego zakonnego życia spędziła w Wilnie. Była przełożoną domu sióstr i kierowniczką domu dla sierot. Był to bardzo intensywny dla niej czas. Do tego, zaostrzyła się wtedy jej choroba żołądka wywołana głodowaniem w dzieciństwie.

Mimo to znalazła czas, by pracować społecznie i nauczyć się litewskiego. Chociaż dzieci w zakładzie były różnych narodowości, a cechą tamtych czasów były bardzo silne napięcia między różnymi nacjami żyjącymi w Polsce, siostra Rodzińska nigdy nie przywiązywała wagi do pochodzenia podopiecznych. Wszystkie dzieci czuły się przyjęte i kochane.

Siostra na nielegalu

Wojna przyniosła likwidację klasztoru, surowe sankcje wobec duchownych (większość księży wywieziono lub zamordowano). Dominikanki zdjęły habity i rozproszyły się wśród świeckich, chcąc tak przeczekać czas konfliktu. Siostra Julia zapewniła im miejsca w przyjaznych domach, odwiedzała je i wspierała duchowo, a czasem i materialnie.

Sama angażowała się w pomoc Żydom, emerytowanym księżom i tajne nauczanie. Ktoś musiał w końcu na nią donieść – gestapo ją aresztowało, była traktowana jako szczególnie niebezpieczny więzień. Zamknięto ją w izolatce, w której mogła przyjąć jedynie siedzącą pozycję, głodzono, przesłuchiwano i torturowano.

Nie dała się zastraszyć. Współwięźniowie, widujący ją w drodze na przesłuchanie lub wracającą do celi, zapamiętali, że była wyciszona, pełna pokoju i skupiona. Zewnętrzna agresja, jakiej doświadczała. nie miała dostępu do jej serca i to wskazuje, że chociaż była odcięta od sakramentów, Bóg znalazł jakiś sposób, by podawać jej wzmacniającą duchowo „kroplówkę” łaski. Z Nim nawet cementowe pudło izolatki było przestrzenią odpoczynku.

Słowa nadziei

Na wieść o zbliżającym się froncie najbardziej groźnych więźniów wywieziono do obozu koncentracyjnego w Stutthofie. Trafiła tam także siostra Rodzińska. Przydzielono ją do części żydowskiej obozu, czyli de facto wielkiej umieralni, której jedynym celem była jak najszybsza eksterminacja mieszkańców.

Wbrew surowemu zakazowi praktyk religijnych, organizowała spotkania modlitewne. Rzecz jasna, nie było to charyzmatyczne wielbienie, ale różaniec też dawał radę – przypominał skutecznie o Bogu i normalności, niósł nadzieję.

Kiedy do baraku wpadali kapo, a ona akurat się modliła, nigdy nie przerywała i nie wstawała z klęczek. Ku zdziwieniu współwięźniarek, nadzorcy tracili swoją pewność siebie i wycofywali się z budynku. Jeśli dowiadywała się, że ktoś traci wolę przetrwania, wspierała taką osobę rozmową i zwykle potrafiła znaleźć słowa dające siłę do trwania nadal.

Bardzo długo starała się, by w żeńskiej części obozu można było – oczywiście nielegalnie – odprawić mszę. Ostatecznie dopięła swego. Dla niej samej to była olbrzymia radość, bo jednym z najtrudniejszych doświadczeń był dla niej brak dostępu do Komunii świętej.

Biało-czarne wybory

Zginęła, bo kiedy likwidowano obóz, zamiast robić wszystko, by przetrwać, poszła posługiwać umierającym na tyfus. Wszyscy ich opuścili, ona jedna walczyła o nich do końca – jedną z chorych, uznaną przez lekarzy za zmarłą, wyciągnęła spod stosu martwych ciał i pielęgnowała tak skutecznie, że kobieta przeżyła obóz.

W końcu siostra Julia sama się zaraziła. Zmarła 20 lutego 1945 roku, na krótko przed wyzwoleniem Stutthofu.

Najpiękniej jej świętość opisuje zdanie jednej z więźniarek, Żydówki, która potem zeznawała na procesie beatyfikacyjnym: „Była szlachetna, chętna do pomocy i dobra. Pełniła dzieła miłosierdzia w obozie, gdzie w ogóle zapomniano, że istnieje miłosierdzie”.

W końcu, na początku Zakonu Kaznodziejskiego było właśnie miłosierdzie, a czarno-biały habit zobowiązuje. Pewnie dlatego na przedstawieniach możemy błogosławioną rozpoznać po przedsoborowym habicie jej zgromadzenia i czerwonym trójkącie, jaki nosiły polskie więźniarki w Stutthofie jako naszywkę.

Bł. Julia Rodzińska – habit Sióstr Dominikanek, naszywka w formie czerwonego trójkąta z numerem obozowym

Dzień wspomnienia – 12 czerwca (108 Męczenników II wojny światowej)