Ludwik Maria Grignion de Montfort. Dekonspirujemy dominikańskich świętych.

Żył w czasach, kiedy księża nie nosili eleganckich, niewielkich koloratek, a całkiem spore kołnierze z długimi wyłogami, białe lub czarne z białą obwódką. Do tego sutanna z pasem i płaszcz, oczywiście czarny. I mimo, że jako szeregowy ksiądz tak właśnie prezentuje się na obrazach, dominikanie uważają go za swojego. Nic dziwnego – był tercjarzem, a swoją gorliwością misyjną i pobożnością maryjną bił braci kaznodziejów żyjących w jego czasach i to na głowę.

Zbyt skuteczny

Ludwik urodził się w bardzo pobożnej rodzinie – prawie połowa z jego licznego rodzeństwa została księżmi albo złożyła śluby zakonne. On sam ostatecznie został sulpicjaninem, a za swoją szczególną patronkę wybrał Maryję i wokół Jej kultu oraz jego poprawności koncentrowało się jego życie duchowe. A trzeba przyznać, że potężna Patronka bardzo mu była w życiu potrzebna.

Od samego początku swojej posługi był solą w oku kleru, na terenie którego przychodziło mu pracować. Na przykład zbyt skutecznie prowadził duszpasterstwo chorych. Nie żeby zaraz miały miejsce masowe uzdrowienia, ale jego praca w przytułku zaczęła przynosić świetne efekty. Był tak skuteczny w ewangelizowaniu, że założył żeńskie zgromadzenie do opieki nad potrzebującymi. Dzieło zaczęło kwitnąć, ale zanim przyszły pierwsze owoce, Ludwik Maria został przymuszony przez szykany zarządców szpitala do zmiany miejsca posługi. W końcu w tamtych czasach przychodziło się do przytułku umierać, a nie nawracać, że o wracaniu do zdrowia nie wspomnę!

Dzięki biskupowi trafił do dzielnicy największej biedy materialnej i duchowej w Poitiers. Zamiast się załamać, w starym budynku stajni stworzył kaplicę. Głosił kazania, spowiadał, organizował akty odnowienia przyrzeczeń chrzcielnych i nabożeństwa różańcowe. Zbierał też z ulicy dzieci i katechizował je. I znów – ledwo jego działanie zaczęło owocować, czytaj: być widocznym dowodem zaniedbań ze strony proboszczów parafii, na terenie których działał, ci postarali się, żeby odszedł.

Misjonarz Apostolski

Odszedł dość daleko, bo do Rzymu, ale na krótko. W zasadzie poszedł tylko po dokument z papieską pieczątką, że może być wędrownym misjonarzem, czy jak to wówczas nazywano: Misjonarzem Apostolskim. Było to w 1706 r. i przez następne dziesięć lat de Montfort będzie nieustannie prowadził kolejne serie pięciotygodniowych misji ludowych, spowiadał i chodził z Ewangelią po zachodniej Francji, jak kilka wieków wcześniej Dominik i jego bracia chodzili po południowej. Z tego względu często na przedstawieniach trzyma krzyż misjonarski lub na nim się opiera.

Skuteczność jego misji, wynikająca z żarliwości modlitwy i dobrowolnego przyjmowania umartwień w intencji słabych w wierze, wcale nie poprawiła mu wizerunku w kleryckim światku. Biskupi i księża, na szczęście nie wszyscy, będą mieli o nim opinię, przy której słowo „wariat” jest czymś na kształt komplementu. Oczywiście będą ją upowszechniać.

Twórca klasyki

W tak zwanym międzyczasie znalazł też czas na pisanie. To spod jego pióra wyszedł m.in. słynny „Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny”. Wspaniałe kompendium teologii maryjnej z dodatkiem praktycznym w postaci modlitw oraz podania form pobożności. Ludwik nie miał złudzeń, że i z tym dziełem będą kłopoty: „Przeczuwam, jak wiele ryczących bestii porwie się w istnym szale, by szatańskimi swymi zębami rozedrzeć to pisemko lub przynajmniej ukryć je w ciemnościach jakiej skrzyni, aby się nigdy nie ukazało”.

I rzeczywiście: najpierw traktat był żarliwie zwalczany przez jansenistów, przeciwko którym gorliwie głosił jego autor, a potem była rewolucja francuska i wszystko, co religijne, było podejrzane. Rękopis dzieła trafił do skrzyni, w której przeleżał do połowy XIX w., kiedy to go odnaleziono i ponownie opublikowano. Stał się jednym z klasycznych dzieł duchowości katolickiej, na co zdecydowanie zasługuje.

Święty Ludwik oddał się całkowicie Matce Bożej w akcie, który potem za jego inspiracją powtórzy m.in. kard. Wyszyński i św. Jan Paweł II. Zdaje się, że to Ona zadbała o wszystkie jego dzieła, kiedy jego od nich odrywano, w końcu każde z nich omadlał na różańcu. Dlatego na obrazach jest przedstawiany, podobnie jak św. Jacek, z różańcem i figurą Matki Bożej. Często też trzyma w ręku książkę – może jedno ze swoich dzieł, a może Biblię. Interpretację zostawia się widzowi.

Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort: krzyż misyjny, figura Matki Bożej, księga, sutanna francuskiego kleru diecezjalnego z XVIII w.

Dzień wspomnienia: 28 kwietnia