Pracuję na czarno. I obawiam się, że tak już zostanie.

Urodziłem się już po wojnie, w czasach, których nikt przyzwoity nie akceptował. Starsi pamiętali, że przed wojną było może niekoniecznie lepiej, ale inaczej. Przede wszystkim ludzie byli bardziej u siebie. Teraz nie bardzo wiedzieli, u kogo są. U nas, na Śląsku, repatrianci ze Wschodu długo siedzieli na walizkach, bo bali się, że w każdej chwili wrócą Niemcy. Nie dowierzali propagandzie komunistycznej zapewniającej o trwałości granic na Odrze i Nysie. Ta tymczasowość nauczyła mnie działać nielegalnie.

Kto się wiele pyta, otrzymuje wiele odpowiedzi

Do zakonu, szczelnie chronionego przed wpływami tego świata, ludzie nie spadają z nieba, ale przychodzą z tego świata, przynosząc światowe bakterie, wirusy i zarazy.

Przejdź do sklepu Wydawnictwa W Drodze

Czas nowicjatu i studiów nie pozwalał na wyostrzoną świadomość polityki ani światowej, ani zakonnej. Natomiast utrwalił we mnie świadomość nieoficjalnego życia i nieoficjalnego działania. Życie i działanie przynosiły mi dostatecznie dużo radości i satysfakcji, by nie zabiegać o oficjalną pieczątkę czy pozwolenie. Wystarczyła mi zgoda Pana Boga. Jeśli On mi pomoże, to wystarczy.

Raz coś mnie skusiło, by prosić o pozwolenie samego kardynała Wojtyłę, a on mi wtedy powiedział: „Kto się wiele pyta, otrzymuje wiele odpowiedzi”. Podziękowałem mu, zapamiętując naukę na całe życie.

Bez zgody milicji i biskupa

Przełożeni zakonni wysłali mnie do Poznania, bym się zajął młodzieżą. Zacząłem ją gromadzić, nie pytając o zgodę milicji, wydziału oświaty ani kurii, a co gorsza – samych rodziców, których dzieci przychodziły do mnie szukać Boga, mimo że w domach zapewniano je, że Go nie ma.

Miałem z tego powodu spore kłopoty nie tylko ze strony świeckiej – byłem nagabywany przez milicję, miałem nawet osobistego „anioła stróża” – ale i przez arcybiskupa Strobę, który nie lubił ekscentryków i burzycieli porządku społecznego. Wzywał mnie raz po raz na dywanik. Młodzież zamiast legalnie chodzić na religię do swoich parafii, ośmielała się nielegalnie chodzić do dominikanów, którzy głosili możliwość dochodzenia do Boga poza salką katechetyczną.

Aż strach pomyśleć, co by było, gdybym prosił o pieczątkę dla Jamnej, Hermanic i Lednicy. Aż strach pomyśleć, jak by się to skończyło, gdybym poprosił Sekretariat Stanu o widzenie się z Ojcem Świętym. Aż strach pomyśleć, że trzeba by kogoś było poprosić o kontakt z Panem Bogiem. Jako człowiek z natury nieśmiały i małomówny nigdy bym niczego nie załatwił w życiu. Zawsze ustawiałem się grzecznie w kolejce, a tylko dobroć i wzrok bliźnich sprawiały, że nie przyrosłem tam na stałe.

Wszystko zepsuli dziennikarze

W latach osiemdziesiątych, gdy zapragnąłem budować, moim idolem stał się arcybiskup Ignacy Tokarczuk, który w czasach PRL-u stawiał kościoły w kukurydzy, aby osłonić je przed troskliwym okiem urzędników bezpieczeństwa. Nie pytał nikogo o pozwolenie.

Przejęty tą metodą postanowiłem i ja na Polach Lednickich zasiać kukurydzę, bo myślałem, że to taki pobożny sposób budowania. Osłonić w ewangeliczny sposób dobro, które się czyni. Niestety, wszystko zepsuli dziennikarze. Nie czekając, aż ziarenka wykiełkują, poinformowali o budowie cały świat. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że nie wszyscy znają kukurydzianą metodę. Dziwili się, a nawet denerwowali, że mury rosną szybciej niż kukurydza. Musiałem się z tego tłumaczyć i to już nie jak arcybiskup Tokarczuk przed urzędnikami bezpieczeństwa, lecz przed władzą kościelną.

W zasadzie powinienem się wreszcie przyznać i sam na siebie donieść, dokąd trzeba, że żyję nielegalnie i z nieuporządkowanymi papierami, nieodświeżonymi pieczątkami. Nie robię tego, żeby jakiś urzędnik niepotrzebnie się nie męczył, nie wziął tego na serio i nie zaczął mnie sprawdzać, jak ci panowie z Urzędu Skarbowego, którzy przyszli się dowiedzieć, czy wino na Lednicę, które rozlewam w klasztorze do ampułek aptecznych, ma akcyzę i gdzie jest ta niezameldowana rozlewnia alkoholu.

Praca na czarno

Zatem pracuję na czarno, ponieważ moja praca nie ma żadnego związku z płacą i obawiam się, że tak już zostanie, chociaż zanosi się na to, że w zakonie i w kurii będą nowe nominacje. Pomimo licznych nagród i nominacji, które przyznają sobie ludzie żyjący legalnie i oficjalnie, nadal będę żył swoim nielegalnym życiem.

Polska Ludowa zbudowała całkiem pokaźny aparat administracyjny. Chęć posiadania podobnego udzieliła się kancelariom parafialnym, w których porządek w kartotece równa się gwarancji zbawienia. Aktualizowana podczas kolędy kartoteka stała się z czasem pokaźną bazą danych, w której wśród zapisków księży dotyczących podejmowania ich przez parafian można znaleźć cymesy w stylu: „Dziękujemy, takiej usługi nikt z nas nie zamawiał”.

Czasami i mnie zdarza się pokusa zrobienia kartoteki i sprawozdania z własnych osiągnięć, szczególnie od chwili śmierci ojca Ignacego Góry, mojego niekrewnego w zakonie, który uporczywie twierdził, że muszę być pochodzenia żydowskiego, bo w przeciwnym razie nie byłbym w stanie tak prowadzić swoich interesów.

Pan Bóg też nie pytał o pozwolenie

Nielegalnie też zacząłem niegdyś pisywać do „W drodze”, nie pokazując swoich gorszących tekstów ojcu przeorowi. Z czasem ta nielegalność się uprawomocniła i mam nadzieję, że nikomu nie przyjdzie teraz do głowy nakazać rozbiórki mojej życiowej budowli bez papierów i pieczątek.

Liczę nie tylko na uprawomocnienie z tytułu przedawnienia. Pan Bóg, stwarzając swój świat, nikogo nie pytał o pozwolenie. Tak więc i ja, próbując żyć po Bożemu i stwarzając swój mały światek, nigdy nie wiem, do którego urzędu należałoby się udać i jakie złożyć podanie.

Zaczynam zawsze bez środków i planów, licząc na samego Pana Boga. On daje plan, który przejawia się w natchnieniu. On daje też potrzebne środki i zapewnia wzrost kukurydzy.

Fragment książki „Alfabet Góry”, która ukazała się w wydawnictwie „W drodze”.

Tytuł, lead i śródtytuły od redakcji Dominikanie.pl.

SCpro0082SAA