Ja jestem dobrym pasterzem i znam owce moje, a moje Mnie znają.

Wideo na niedzielę:

 Ojciec Janusz Chwast i Boska.tv przedstawiają «Boskie Słowa»

Wiara nie może być okazjonalna, wiara to nie jest tylko Msza św. w niedzielę. Ja cały czas idę za Dobrym Pasterzem, cały czas słucham Jego głosu: rano, wieczorem, w południe staram się Go słyszeć i idę codziennie za Nim. Jezus zapewnia mnie, że jeżeli będę się Go trzymał, jeżeli będę szedł za Nim, to nikt nie wyrwie mnie z Jego ręki i nie zginę, nie zatracę się tutaj po drodze, w tym życiu, ale dojdę bezpiecznie do Królestwa Niebieskiego.

Nagrania kazań na niedzielę:

 

Słowo Pańskie szerzyło się na cały kraj
 Słowo Pańskie szerzyło się na cały kraj

Komentarze z miesięcznika „W drodze”:
Zobowiązanie

 Martin Grandinger OP

 Dz 13, 14. 43-52 • Ps 100 • Ap 7, 9. 14b-17 • J 10, 27-30

Czwarta niedziela wielkanocna nazywana jest Niedzielą Dobrego Pasterza. Co roku słyszymy fragment dziesiątego rozdziału Ewangelii według św. Jana, w którym Jezus mówi, że jest Dobrym Pasterzem. Dziś słowo „pasterz” nie pada ani razu.

Jezus zaczyna swoją mowę od owiec. Jeśli spojrzymy na ten obraz oczami wiary, okaże się zaraz, że to my jesteśmy małym jagnięciem na zielonych pastwiskach. W mowie Jezusa nie chodzi jednak o wiejską sielankę. Nie chodzi także o owce. Chodzi o Boga – o Jezusa i Jego Ojca. O życie i śmierć.

Jezus chce zachować i ochronić swoich, swoje owce. Nie tylko chce to robić, ale to robi. Mówi: „Ja daję im życie wieczne. Nie zginą one na wieki i nikt nie wyrwie ich z mojej ręki”. To nie jest pusta deklaracja. To jest poważne zobowiązanie, na którym możemy polegać.

Ojciec powierzył nas Jezusowi. Ale On także dał nam Jezusa, abyśmy mogli żyć. I jednocześnie trzyma nas stale i pewnie w swojej dłoni.

To, co powiedział Jezus, jest wiary-godne. Ponieważ „Ja i Ojciec jedno jesteśmy”.

 

My ludem Pana i Jego owcami
My ludem Pana i Jego owcami

Będzie jeszcze bardziej

Maciej Roszkowski OP

Dz 13, 14. 43-52 • Ps 100 • Ap 7, 9. 14b-17 • J 10, 27-30

Wizjom św. Jana nie da się z pewnością odmówić pewnego rodzaju rozmachu. Zarysowane przez niego obrazy przekraczają wszystko, co człowiek byłby w stanie wymyślić. Są wielkie i dojmujące. Z drugiej jednak strony Kościół ma z nimi pewien kłopot: w opinii części wiernych apokaliptyczne wizje może i przeszywają dreszczem, ale niespecjalnie zachęcają do uczestnictwa.

Zakłopotaniu wyrosłemu z tego ustalenia postanowili wyjść naprzeciw teologowie, którzy chcąc zaoszczędzić ludziom smutnego losu cherubinów i serafinów, zaczęli tworzyć bardziej humanitarne wizje nieba. Intensywność prezentowanych obrazów wskazywała, że także im przyszłość (ba, co gorsza – wieczność) polegająca na wpatrywaniu się w twarz Boga i szeptaniu „Święty”, nie wydaje się wystarczająco atrakcyjna i że wymaga podkolorowania.

Chciałbym uspokoić czytelnika – jeśli piszę o tym kpiąco, to nie dlatego, żeby ostatecznie, z tryumfem i satysfakcją właściwą żyjącemu w celibacie mizantropowi, rzec: NIC Z TEGO – żadnych ukochanych, żadnych dzieci, żadnych zwierzątek, na Końcu będzie Bóg i tylko On, i im prędzej to zaakceptujecie, tym lepiej dla was. Przeciwnie – jeśli mam dystans do różnych nowoczesnych prób czynienia nieba bardziej ludzkim, to wynika on z przekonania, że biblijna wizja jest w stanie obronić się sama i że jest bardziej porywająca, niż moglibyśmy przypuszczać.

Czy wspomnianego wpatrywania się w twarz i nieustannego powtarzania imienia przypadkiem skądś nie znamy? Czyż nie tak właśnie zachowują się zakochani?

Wszystko, co znajdujemy na ziemi, jest skończone i tylko od biedy nadaje się na podstawę analogii dotyczącej wieczności. Tym niemniej jedną z rzeczywistości, które są w stanie JAKKOLWIEK przybliżyć to, co będzie na Końcu, jest w moim przekonaniu fenomen zakochania, i to takiego najzupełniej pierwszego: z maślanymi oczami i nieustannym szeptaniem imienia osoby ukochanej. To właśnie mówi nam o tym, jak będzie. A raczej – jak NIE będzie, bo będzie jeszcze BARDZIEJ: w jeszcze większym wpatrzeniu i w jeszcze większym zatraceniu.

 

Nikt nie może ich wyrwać z ręki mego Ojca
Nikt nie może ich wyrwać z ręki mego Ojca

Droga do jedności

Michał Paluch OP

Dz 13, 14. 43-52 • Ps 100 • Ap 7, 9. 14b-17 • J 10, 27-30

Pragniemy jedności. We wspólnotach, w rodzinie, we własnyzm sercu. Trudno się dziwić – jest przecież odblaskiem boskiej pełni. Zarazem jednak pragnienie to często napełnia nas frustracją i poczuciem bezradności. Podziały, które napotykamy, wydają się nie do przekroczenia. Czy świat nie składa się z elementów, z których w żaden sposób nie da się ułożyć jednego obrazu?

Wypowiedzi Jezusa w Ewangelii św. Jana na temat jedności brzmią jak wyzwanie w naszym zdezintegrowanym świecie. „Ja i Ojciec jedno jesteśmy” (J 10, 30) oznacza, że jedność jest możliwa. Co więcej, że czasem wydarza się w naszym świecie. Innymi słowy, nie jesteśmy skazani na niespełnienie.

Jak jednak uczyć się jedności?

Po pierwsze, dzięki trójjedynemu Bogu wiemy, że jedność jest możliwa nie pomimo, ale dzięki temu, co nas od siebie odróżnia. Ojciec i Syn mogą stanowić – niewyobrażalnie dla nas doskonałą – jedność tylko dlatego, że Ojciec nie jest Synem, a Syn nie jest Ojcem. Najpierw musimy się więc nauczyć właściwie przeżywać różnorodność, która nas otacza. Nie jako zagrożenie, które musi jak najszybciej zostać zniwelowane, ale jako szansę i bogactwo.

Po drugie, budowanie jedności bywa przedstawiane w Ewangeliach jako pójście za Pasterzem. Jedność jest czymś dynamicznym. Rodzi się ze wspólnego dążenia – ku Bogu, ku Chrystusowi. Czy nasze wysiłki na rzecz przekraczania podziałów – o ile je rzeczywiście podejmujemy – nie wypadają często tak miernie dlatego, że nie ma w nas ducha drogi? Dochodzenie do wspólnie dzielonej ze sobą prawdy wyobrażamy sobie jako niezaangażowaną obserwację albo statyczne negocjacje.

Po trzecie, prawdziwa i doskonała jedność nie jest z tego świata. Nie dziwmy się więc, że po tej stronie tak wielu rzeczy nie potrafimy poskładać w całość i że nie udaje się nam tego zrobić wyłącznie własnymi siłami. Zarazem jednak odważmy się dostrzec, że w tym świecie niemało rzeczy jest „nie z tego świata”. Wszędzie, gdzie doświadczamy jedności – niechby niedoskonale i oby z pragnieniem, by „więcej” – doświadczamy przecież cudu obecności Tego, który swoją miłością ostatecznie zwyciężył świat.