Zabiorę się i pójdę do mego ojca, i powiem: «Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Niebu i względem ciebie».

Wideo na niedzielę:

 Ojciec Robert Głubisz i Boska.tv przedstawiają «Boskie Słowa»

Dlaczego chcę tylko części majątku, dlaczego nie chcę całego dziedzictwa? Dlaczego zadowalamy się jakimś ochłapem, częścią, imitacją tego, co miałoby stanowić wszystko? To nie jest na zewnątrz, to jest w środku, tam, gdzie człowiek kocha człowieka mimo jego słabości. Ci, którzy kochają, dają wolność. To jest ryzyko miłości, która chce się rozdać do końca, nawet jeśli sama – wydaje się – traci. My się tego strasznie boimy.

Nagrania kazań na niedzielę:

 

Wszyscy zobaczcie, jak nasz Pan jest dobry
 Wszyscy zobaczcie, jak nasz Pan jest dobry

Komentarze z miesięcznika „W drodze”:
Ręce Boga

 Philippe Cochinaux OP

 Joz 5, 9a. 10-12 • Ps 34 • 2 Kor 5, 17-21 • Łk 15, 1-3. 11-32

Wygląd naszych rąk w jakiś sposób ukazuje historię naszego życia. Czasem widać na nich trud przeżytych lat. Są też dłonie delikatne, zdolne do czułości. Są ręce, które nas nosiły i wycierały łzy z naszych oczu. Są ręce, które wyciągały się do nas w geście miłości i przyjaźni. Ręce w przedziwny sposób noszą nasze radości, smutki, cierpienia i choroby. Czasami się spieszą. Trochę tak jak w historii o marnotrawnym synu, który z rękami pełnymi pieniędzy ruszył w pogoń za życiem pozbawionym sensu, toczącym się pod dyktando chwili i natychmiastowej przyjemności, za życiem bez fundamentu. Ręce z tej historii bardzo szybko stały się rękami pozbawionymi celu, i co gorsza, rękami pozbawionymi życia.

Jakie będą nasze ręce? Ewangelia zaprasza nas, abyśmy je otworzyli i ofiarowali to wszystko, co w nich niesiemy Ojcu, który nas oczekuje i chce nas powitać. Kimkolwiek jesteśmy, cokolwiek robimy, nasze ręce naznaczone są życiem, pomarszczone pytaniami, na które nie znaleźliśmy jeszcze odpowiedzi, są szorstkie naszymi zranieniami i zmęczone cierpieniem. Miłosierny Ojciec zaprasza, aby jeszcze raz wybrać drogę do domu, bo czeka na nas, wyciągając do nas swoje ręce. Scenę powitania syna marnotrawnego pięknie namalował Rembrandt: Na jego obrazie lewa ręka ojca jest męska, to ona podtrzymuje i ochrania, podczas gdy prawa jest pocieszającą i uspokajającą ręką kobiecą. Skoro takie są ręce Boga, to wyciągnijmy nasze dłonie w Jego kierunku, aby nas poprowadził i wsparł delikatnością swojej boskości.
 

To, co dawne, minęło, a oto wszystko stało się nowe
To, co dawne, minęło, a oto wszystko stało się nowe

Na nowo zachwycić się Ojcem

Dominik Jurczak OP

Joz 5, 9a. 10-12 • Ps 34 • 2 Kor 5, 17-21 • Łk 15, 1-3. 11-32

Przypowieść o synu marnotrawnym to jeden z najbardziej znanych fragmentów Pisma Świętego. Nawet ci, którzy rzadko sięgają po Biblię lub od święta przekraczają próg kościoła, bez większych problemów potrafią ją streścić. Rzeczywiście, opowieść Jezusa urzeka swoją prostotą – do tego stopnia, że wszystko wydaje się przewidywalne, jak w bajce. Brakuje tylko zakończenia: „I żyli długo i szczęśliwie…”.

Jezus tymczasem przemawia nie po to, by zabawić swoich słuchaczy, ale żeby ich zbawić. Zwraca się do szemrzących faryzeuszy i uczonych w Piśmie, licząc na to, że spryt oraz inteligencja pozwolą im dostrzec, że to nie barwna historyjka, lecz realny opis ich życia.

Dzisiejsza przypowieść nie jest jednak opowieścią o synu marnotrawnym, który miał ojca i starszego brata, lecz o pewnym człowieku, który miał dwóch synów. Niby detal, lecz porządkuje wiele. Bo to właśnie synowie są pretekstem do powiedzenia czegoś więcej o ojcostwie Ojca.

Młodszy chce być samodzielny. Ojciec bez słowa przystaje na jego propozycję – nie strofuje go, nie udziela mu tysiąca rad. Ewangelista ani słowem nie wspomina o tym, w jaki sposób syn trwoni przekazaną mu część majątku, choć wydawać by się mogło, że w całej historii to wątek najbardziej atrakcyjny. Powód, dla którego człowiek popada w nędzę, jest sprawą drugorzędną. Tak, grzech i upadek dają przyjemność, lecz tylko na chwilę, w rzeczywistości są jednak śmiertelnie nudne. Potwierdzić to może każdy spowiednik, który spotyka się z tandetą grzechu. Pod tym względem spowiadanie, wbrew wszelkim przypuszczeniom, nie należy do zajęć ciekawych.

Niezwykła jest scena powrotu: Ojciec wypatruje syna, wybiega mu na spotkanie, rzuca mu się na szyję. Wysłuchuje wyuczonych na pamięć zdań, ale nie zwraca na nie większej uwagi. Wydaje polecenie, by przygotować ucztę i mówi do sług, by przynieśli dla syna odświętną szatę.

Każdy powrót w ramiona Ojca jest radością, nawet jeśli – tak jak starszemu synowi – nie kojarzy się to ze sprawiedliwością. Gdyby starszy brat zrozumiał ojcowskie intencje, z łatwością dostrzegłby, że jest przez niego nie tylko tak samo kochany, ale nawet wyróżniony. „Wszystko, co moje, do ciebie należy” – powie mu ojciec.

W połowie Wielkiego Postu warto usłyszeć tę przypowieść na nowo, by nie wpaść w koleiny płytkiej, sloganowej interpretacji. W każdym z nas drzemie przecież faryzeusz i uczony w Piśmie.

Wielki Ppost jest po to, by na nowo zachwycić się Ojcem, bo to opowieść o każdym z nas, o tym, co dzieje się między nami a Nim.

 

Moje dziecko, ty zawsze jesteś ze mną i wszystko, co moje, do ciebie należy
Moje dziecko, ty zawsze jesteś ze mną i wszystko, co moje, do ciebie należy

Jak ich poruszyć?

Paweł Kozacki OP

Joz 5, 9a. 10-12 • Ps 34 • 2 Kor 5, 17-21 • Łk 15, 1-3. 11-32

Czasem spotykam ludzi, którzy ze szczerym bólem pytają: „Z czego mam się spowiadać? Ja nie mogę w sobie znaleźć żadnych grzechów!”. Listy pytań do rachunku sumienia zawarte w książeczkach do nabożeństwa i na stronach internetowych utwierdzają ich w przekonaniu, że są porządnymi ludźmi. Nie znajdują w sobie żadnej skazy. Są akuratni i życzliwi. Wiodą spokojny i pracowity żywot. Znam też takich duszpasterzy. Solidnie odprawiają mszę św., spowiadają w wyznaczonych godzinach, rzetelnie modlą się, przewracając kartki brewiarza, klęcząc przed Najświętszym Sakramentem. Nic nie można im zarzucić, a jednak, patrząc na ich życie, wcale im nie zazdroszczę.

Zacząłem się zastanawiać, co najbardziej różni Ojca bogatego w miłosierdzie od syna, który pozostał z nim w domu. A co różni brata domatora od tego, który wyruszył w dalekie krainy? Miłosierny i marnotrawny są ludźmi oczekiwania, spodziewania, nadziei. Ojciec czeka na syna hulakę, ma nadzieję, że powróci, spodziewa się też, że starszy syn pod wpływem jego słów wejdzie na ucztę, by się cieszyć i weselić z powrotu brata. Nadzieja, tylko źle ulokowana, płonęła również w jego młodszym synu. Tęsknota za większym szczęściem wygnała go z domu i do niego przyprowadziła.

Starszy brat na nic już nie czeka. Być może nie wyruszył w dalekie kraje, bo nic go nie pociągało, za niczym nie tęsknił, niczego się po takiej wyprawie nie spodziewał. Nie przyjął swojego powracającego brata, nie czekał bowiem jego powrotu, nie miał nadziei, że brat się nawróci, a po Ojcu nie spodziewał się, że może przywrócić grzesznikowi miejsce za rodzinnym stołem.

Być może szansą nawrócenia „bezgrzesznych” jest przywrócenie im poczucia niedosytu, rozdmuchanie tęsknoty. Nie mówię od razu o religijnych pragnieniach. Raczej o zwyczajnej chęci przeżycia przygody, fascynującego zdarzenia, spotkania pięknego człowieka, uczestnictwa w szalonej biesiadzie. Te tęsknoty mogą się okazać ślepymi uliczkami i przekonać, że człowiek gonił za złudzeniami, ale nieugaszony płomień pragnienia będzie go gnał dalej, przybliżał do miejsca, gdzie znajdzie ukojenie.

Przypowieść o Miłosiernym i jego synach nie kończy się happy endem. Starszy syn nie wstępuje na ucztę, by weselić się szczęściem Ojca i brata. Pozostaje poza domem Ojca, który może tylko bezradnie czekać, aż jego syn zatęskni za miłością.