Co jest twoim przekleństwem? Pod tym krzyżem warto stanąć.

Co myśleli wysłannicy cesarzowej Heleny, kiedy pewnego dnia otrzymali polecenie, by po około 300 latach niepamięci, odszukać i sprowadzić relikwie krzyża Jezusa z Nazaretu?

Czy ta misja była ich wyprawą życia? Czy rozumieli jej sens, czy byli ochotnikami, pełnymi pasji, a może frustratami chcącymi za wszelką cenę spełnić kaprys cesarzowej, „coś” odnaleźć i wrócić do swoich domów? Czy ocierali się o śmierć, przemierzali niebezpieczne krainy pełne zasadzek i pułapek? A może skarb był tuż za progiem? Czy wszyscy wrócili?

Czy odnaleziony skarb wynagrodził ich trudy, ból rozstania i straty? Czy w tym kawałku drewna, dotknęli tajemnicy męki i zmartwychwstania Jezusa? W końcu, czy dotknęli własnego życia i śmierci, tak że wrócili odmienieni?

Trzeba poszukać własnego krzyża

Największa podróż życia. Istnieje taka. Nie prowadzi ona poprzez bieguny, czy niekończące się piaski pustyni i bezkresne stepy. Zacząć się może już dziś, tu gdzie jesteś. Nie da się jej zwykle zaplanować. Nie zdołamy się do niej sumiennie przygotować. Ale, jak w każdej wyprawie, tak i w tej, trzeba opuścić dobrze znane krajobrazy, zostawić bliskich, z którymi zwykle nie będzie czasu się pożegnać, wytłumaczyć się, czy zostawić adres do korespondencji. I nie można zabrać towarzysza, trzeba wyruszyć samemu.

Tą wyprawą jest poszukiwanie własnego krzyża, zagubionego tak bardzo dawno, że  nie wiemy już sami, gdzie i kiedy. Zagubiony, a może częściej, ze wściekłością i rozczarowaniem sobą i Bogiem, wyrzucony daleko poza siebie, poza własne życie.

Trzeba jednak w końcu wyruszyć na poszukiwanie krzyża, a właściwie jego relikwii, marnych szczątków, których za życia nigdy precyzyjnie już nie poskładamy: skrawków bolesnych wspomnień, zapomnianych  zdarzeń, utraconych ludzi, bolesnych chwil, nieukojonej tęsknoty i niezaspokojonych pragnień.

Tego wszystkiego czego nie ma, a co nieustannie zionie w nas bolesną pustką, nie pozwalającą do końca zrozumieć siebie i Boga. Tych ścinek zdarzeń, które nie pozwalają poskładać w pełni własnego życia. Podróż po własny krzyż. Po to, by odnaleziony zamknąć tym razem, nie jak chciała matka cesarza Konstantyna w bazylice z kamienia, ale we własnym sercu, z ciała. Byśmy mogli zacząć żyć „nowym życiem”.

Bałem się przybitych stóp Jezusa

Jako dziecko bałem się i fascynowałem jednocześnie widokiem krzyża i przybitym do niego Jezusem. Moją dziecięcą uwagę w ukrzyżowanym Jezusie przykuwała twarz i stopy – ludzkie, bose stopy oparte jedna na drugiej, przybite długim gwoździem do drewna krzyża.

Przerażał i jakoś intrygował mnie ten widok nieruchomych nóg, uwięzionych na wysokościach krzyża. Kiedy patrzyłem na stopy Ukrzyżowanego odczuwałem nieodpartą chęć biegu. Po chwili wpatrywania się w stopy Jezusa, dyskretnie, żeby się nie zdradzić, zaczynałem przystępować z nogi na nogę, tak jakbym profilaktycznie sprawdzał, czy ja sam  mogę jeszcze poruszać własnymi nogami, czy czasem i moje stopy nie zostały uwięzione i sparaliżowane.

Jednak  już nie fascynacje, ale przerażenie wywoływał we mnie widok z kościoła mojego dzieciństwa. Na baldachimowej drewnianej kopule, która osłaniała barokową ambonę, znajdowały się figury aniołów i świętych. Nie wiem czy był to zamysł rzeźbiarza czy tylko nieudolna renowacja, ale te anielskie postaci przytwierdzone były gwoździami wbitymi w ich stopy. Pamiętam, że wychodząc z kościoła z przerażeniem zastanawiałem się, czy taki jest los świętych.

Dlaczego zgorszenie krzyża nie ustaje?

Czy bieg dziecka, które chciało poczuć siłę własnych nóg wbrew paraliżowi krzyża i kontrolne przystępowanie  pod krzyżem z nogi na nogę, nie jest tym co przydarza się i nam, w życiu dorosłym, kiedy mierzymy się z naszym doświadczalnym krzyżem? Czy podpatrywanie życia świętych, w których tajemnica krzyża przebija jak tępy gwóźdź nie jest tym, co wciąż budzi w nas życiowy dystans wobec świętych?

Czym jest zatem krzyż, czym życie ukrzyżowane? Dlaczego głupota i zgorszenie krzyża nie ustaje? Dlaczego tak trudno stanąć pod Nim, a jeszcze trudniej go objąć?

Pamiętam pewną adorację Krzyża w Wielki Piątek sprzed dziesięciu lat. Było to już po zakończeniu oficjalnej części liturgii. Na środku kościoła stał wystawiony do uroczystej adoracji duży, średniowieczny krzyż. Długa kolejka ludzi powoli i w skupieniu przesuwała się w jego kierunku, w takt ludowych pieśni pełnych bólu i współczucia dla ukrzyżowanego Jezusa.

Wtedy w tłumie zauważyłem ją. Pojawiła się w murach kościoła po wielu latach nieobecności i bolesnego zmagania z Jezusem, i z własnym wykorzystanym seksualnie, zgwałconym dziecięcym życiem, zakneblowanym zmową milczenia wszystkich najbliższych. Kiedy pierwszy raz wysłuchałem jej opowieści, przez długi czas nie potrafiłem się modlić. Ona kilkanaście lat trwała w takim paraliżu. Już jako dorosłą przerażał ją widok Jezusa ukrzyżowanego. Zbyt palił jej bezsilność: dziecka i dorosłego, której nikt nie potrafił obronić – także On, Ten bezsilny na krzyżu.

W tamten pamiętny Wielki Piątek, podeszła prawie na czworakach i objęła krzyż. Chwilę tak przytulona do krzyża płakała, po chwili pocałowała nieruchome stopy Jezusa. Kiedy po kilku dniach opowiadała o tym doświadczeniu, powiedziała, że wówczas objęła swoje życie, przytuliła je. I kiedy tak je obejmowała, „zobaczyła” Jezusa: On też miał sparaliżowane nogi, On też nie potrafił uciec z tego koszmaru. Dlatego był z nią w jej ukrzyżowanym – zgwałconym życiu. Zrozumiała nieco, poskładała większy kawał wyszarpanego i niechcianego życia. Stanęła pod własnym krzyżem, była „przy sobie”. Poczuła pokój i zrozumienie, przede wszystkim dla siebie, może i dla Boga. Mogła dopiero zacząć mówić o miłości.

Iść za Jezusem bez krzyża – pobożna porażka

Pójść za Jezusem, to odnaleźć i wziąć najpierw własny krzyż i dopiero wyruszyć za Nim. To wziąć własne życie w swoje ręce, z tym co w nim aż do paraliżującego bólu prawdziwe i realne, i pójść za Jezusem. To objąć swoje życie, przytulić się do własnego życia – do siebie, poczuć własny pot i łzy, aż po paraliż lęku i smutku. Nie uciec od krzyża, to znaczy od siebie. Nie zgorszyć się krzyżem, to znaczy sobą. Nie wyśmiać krzyża, czyli siebie.

„Pobożna porażka” chrześcijanina polega na niebezpiecznym manewrze: pójściu za Jezusem, ale bez krzyża. Taka wersja religijności staje się mniej lub bardziej subtelną ucieczką od własnego krzyża, czyli swojego życia. Ta próba kończy się śmiercią, tą najboleśniejszą i beznadziejną – bez zmartwychwstania.

Zatem jak odnaleźć swój własny krzyż, by nie sięgać w najlepszym wypadku po zastępczy: oheblowany i dopasowany do naszej faryzejskiej duchowości, w której gorszyć się i rozpaczać nad słabością jest miarą pobożności, a hardo i krzykliwie osądzać – przejawem religijnego radykalizmu.

Trzeba przede wszystkim pamiętać, że prawda o krzyżu nigdy nie odsłania się w pierwszej kolejności od strony chwalebnej i przemienionej. Ale od tej przeklętej, gorszącej i najgłupszej. Tak było z krzyżem Jezusa, tak jest i będzie z naszym. Dlatego kiedy zabłądzimy w życiu, tak głupio, gorsząco i beznadziejnie, warto stanąć pod tym naszym krzyżem, nie uciec, nie zniszczyć go przez zapomnienie, choć tak jest najłatwiej.

Warto uznać wówczas, że dobrze znany trop katechizmowych pytań i odpowiedzi został zagubiony. Nie przymykać oczu na to, że znaleźliśmy się w nowym punkcie życia. Być może trzeba wreszcie ujrzeć to co zawsze w nas było, choć na uboczu życia, zepchnięte na peryferie naszego głównego nurtu bycia. Tak jak wstydliwe zakamarki dużych miast, których istnienia i nazw nikt nie chce pamiętać.

Jest takie zapomniany zakamarek w Egipcie, chrześcijańskie „miasto śmieciarzy” na wzniesieniu Al-Muqattam w Kairze, na uboczu miasta. Ta dzielnica nie jest chlubą Kairu ani atrakcją koptyjskiego Egiptu. Trudno tutaj trafić, łatwo tam się zgubić. Główną drogą tam nie dotrzemy. Jednak każdego zagubionego przechodnia zaskoczy widok który nagle wśród slumsów, w tonach śmieci i oparach smrodu odsłoni się: chrześcijańskie sanktuarium św. Szymona Szewca. Na wysypisku, w miejscu ludzkiej biedy i nędzy. Tam, na tej wstydliwej górze Kairu, wyraźnie widać gdzie jest krzyż, gdzie jest jego początek: Krzyż jest zawsze wbity w ziemie poniżenia, wstydu i bólu, a wznosi się wysoko ponad urokliwe katedry, minarety, synagogi i główne arterie światowego życia.

Krzyż na którym umiera i rodzi się Życie, który pnie się wysoko w bezkres miłości Boga, zawsze będzie zanurzony w banale mojej ziemi. Krzyż tkwi głęboko w ranie mojego życia, bo inaczej nie mógłby wejść w moją historię. To zawsze będzie śmietnik świata, Golgota, Góra Czaszki, wstydu i odrzucenia. Ale tylko stanięcie pod krzyżem, podobnie jak krzyżujące przyjęcie własnego życia, może poprowadzić do chwały i triumfu krzyża. Jezus pierwszy przemierzył tę drogę. I wrócił, by ją odsłonić przed nami.

Trzeba wpatrywać się w triumf krzyża

Jezus najpiękniej triumfuje na krzyżu, bo tam cały powierza się kochającemu Ojcu. Niczego nie skrywa, nic nie przemilcza. Jest odarty przed Bogiem. Także krzyk rozpaczy i ostatnie tchnienie dedykuje swojemu Ojcu. To jest triumf krzyża, w którym porażka i przegrana, wstyd i hańba, miłość zdradzona i sprzedana nie jest ostatnim akordem. Ten ostatni poprzedza zawierzenie, które w agonii krzyża spotka się zawsze z wiernym przyjęciem kochającego Boga. Po nim nastąpi zmartwychwstanie.

Trzeba wpatrywać się w triumf krzyża, który buduje się na paradoksalnej „mocy w słabości”, „szczęśliwej winie”, „światłości w ciemności”. Tutaj życie pęknięte jest scalane, tak jak zapomniane i pogubione ścinki niechcianego życia. Tutaj drogi dosłownie krzyżują się i odnajdują swój cel.

Pod krzyżem, na którym triumfuje miłość kochająca „aż do końca”, całe moje życie, z każdą zagubioną relikwią złych wspomnień, bolesnych tęsknot, zbyt szybko utraconych chwil, może być odzyskane i złożone na nowo w moim sercu i w mojej pamięci. Już nie jako ciężar i jarzmo, które nas zniewala, ale jako miejsce zmartwychwstania.

To prawda, blizny i ślady ran pozostaną. Ale jak u Zmartwychwstałego. Będzie to rana grzechu i słabości, która ma szansę zamienić się w ranę miłości. Bo tylko miłość może stać się bezpieczną przystanią dla wielkich i małych tęsknot, pogubień, lęków, rozpaczy, nadziei czy pretensji. Ale tylko miłość ukrzyżowana jest wiarygodna. Bo może doczekać poranka zmartwychwstania, choć póki co trwa agonia Wielkiego Piątku lub cisza Wielkiej Soboty.

Życie umiera, by mogło narodzić się nowe

Wrócić z największej wyprawy życia, z relikwiami własnego krzyża złożonymi przed Jezusem w naszym sercu, to odzyskać na nowo siebie, by móc prawdziwie dalej żyć. Tak żyć, by móc mówić o sobie z pokojem niezmąconym dławionym płaczem; by powierzać się drugiemu, bez lękowego obracania się w przeszłość; by pragnąć wciąż więcej, otwierając się na to, co już jest.

Krzyż, nasza jedyna nadzieja, na którym umiera życie, by mogło narodzić się nowe, niezniszczalne, zmartwychwstałe. Także dziś, może nawet teraz coś lub ktoś umiera, do życia.

Tekst ukazał się w „Tygodniku Powszechnym”. Publikujemy za zgodą redakcji.