Kiedy nie mogę zgiąć kolan – nie ma dobrej wymówki.

„Ojcze nasz” i „Zdrowaś Maryjo” wplecione pospiesznie i niedbale między codzienne obowiązki, przeżegnanie się rano i wieczorem – to pełny zestaw modlitewny niejednego katolika.

Myli się ten, kto myśli, że dotyczy to osób pojawiających się w kościele tylko na pogrzebach i ślubach. Bardzo wielu ludzi obecnych na mszy w każdą niedzielę, którym prawdy wiary nie są obojętne, prawie wcale się nie modli. Już dawno zdążyłam się o tym przekonać – rozmowy o wierze w katolickim kręgu, ukazują to jak na dłoni.

Wytrzymanie trzech minut na modlitwie, sprowadzenie jej do garści próśb, odkładanie jej na tak zwany lepszy czas (który nigdy nie przychodzi) i zwyczajne „nie chce mi się” – to dla wielu z nas chleb powszedni.

Nie modlę się, bo… Zawsze jest jakaś klasyczna wymówka

Jedni mówią: „Nie potrafię się modlić, ważniejsze jest, by żyć, jak Bóg przykazał.”  Inni są nieco sfrustrowani swoją słabą wolą i szukają jakiegoś usprawiedliwienia. Często słyszałam: „Będę się modlić, gdy naprawdę poczuję natchnienie. Wymuszona modlitwa nie może się Bogu podobać”.

Snuje się za takimi sentencjami klasyczne: „Nic nie czuję, gdy się modlę” oraz: „Bóg nie daje mi wystarczającej łaski” albo: „żeby się naprawdę modlić trzeba się najpierw naprawdę nawrócić”. To bardzo popularne refleksje na temat modlitwy.

Co więcej, spore grono wiernych przyczynę braku motywacji do pracy nad życiem duchowym upatruje w tak zwanym „skostnieniu” Kościoła. Lubimy narzekać na duszpasterzy bez zapału, nudne kazania, parafie w których jedynym urozmaiceniem są przedświąteczne rekolekcje. Biorąc pod uwagę tłumy chętnych na spotkania charyzmatyczne, msze o uzdrowienie, można dojść do wniosku, że panuje tam bardziej napędzająca wiarę atmosfera.

A może do „prawdziwej” modlitwy trzeba szczerego nawrócenia?

Moja sinusoida wiary. Czy tak musi być?

Prawdopodobnie większość z nas przynajmniej raz w życiu doświadczyła jakiegoś silnego sakralno-emocjonalnego wstrząsu – czy to na pielgrzymce, rekolekcjach, czy na wyjątkowo pięknie sprawowanej liturgii.

O ile dla niektórych mógł być to punkt zwrotny w wierze, to uważna obserwacja rzeczywistości pokazuje, że nasze pobożne postanowienia wynikające z nadzwyczajnego przeżyć, częściej giną po czasie w szarej rzeczywistości niż fundamentalnie coś zmieniają. Kiedy znów zagląda nam w oczy zniechęcenie często interpretujemy je jako przejaw oddalenia się od Boga i czekamy, że powtórzą się wyjątkowe chwile.

Wielu, przewidując utratę temperatury wiary, asekuracyjnie jeździ po kraju za charyzmatykami, by „poczuć” Boga. Niestety trudno całe życie intensywnie dorzucać do ogniska. Najczęściej kończy się tak, że siadamy zmęczeni, z poczuciem wypalenia i nie wiemy co robić z naszą wiarą.

Linia ciągła – lepsze rozwiązanie

Szczególne chwile w życiu religijnym powinny być dla nas przede wszystkim zaproszeniem do przemiany naszej codzienności, a nie szczytem życia wewnętrznego. Łatwo zwątpić w sens wiary gdy to, co braliśmy za więź z Bogiem – uczucia, emocje, relacje z ludźmi, autorytety duszpasterskie – z jakich powodów zaczyna szwankować.

Życie doskonale pokazuje, że można cały okres szkoły i studiów być związanych z jakąś grupą przykościelną, a po wejściu w zwyczajną walkę o byt, mieć co najwyżej życzliwą obojętność wobec Kościoła.

Przed tą sinusoidą wiary, której nie należy mylić z naturalnym zmaganiem się ze słabościami i ciągłym nawracaniem się, chroni codzienna modlitwa bez względu na okoliczności i nastrój. Modlitwa buduje układ odpornościowy przeciwko falom chłodu z zewnątrz i z wewnątrz.

Ta codzienna praktyka będzie mi przypominać, że w tym, co robię, nie chodzi wyłącznie o mnie i dobre spędzenie czasu. Gdy potrafię codziennie znaleźć czas, by zamknąć drzwi za sobą i być tylko z Nim, maleje ryzyko pomylenia priorytetów. To  stanięcie przed Bogiem właśnie w takim nastroju w jakim jestem i z całym bagażem codzienności, a nie chwilową potrzebą zajrzenia do mojego wnętrza.

Odkładanie modlitwy na lepszy czas,  pozbawia nas szansy na prawdziwą świadomość tego, że Ktoś realnie jest w naszym życiu. W Biblii postacie takie jak Abraham, czy święty Paweł i wiele innych, usłyszały głos Boga w spektakularny sposób. Jednak ich dalsze życie nie było potem wspominaniem jednego wydarzenia, ale rozpoczęciem konkretnej wędrówki z Bogiem – każdego dnia.