Kiedy chrześcijanin ma być lewicowy, a kiedy prawicowy.

W czasach oświecenia, zwłaszcza w jego wersji kontynentalnej, zjawisko religii, a więc dzielonej przez wspólnotę wiary w Boga, i ideologii, czyli chęci zaprowadzenia porządku społecznego opartego na prawdzie absolutnej, zdefiniowano jako tożsame i uznano za przeciwnika wolności.

Odpowiedzią na tak sformułowane zagrożenie był rozwój liberalizmu, którego przedstawiciele dążyli do uwolnienia życia publicznego od religii. Taka diagnoza przetrwała blisko 300 lat i – w zasadzie – w przestrzeni politycznej, a co więcej w przestrzeni kultury nadal obowiązuje w świecie Zachodu. Po doświadczeniach wojen religijnych i przy dużej naiwności, często połączonej ze sporą dozą pychy, myślicieli oświecenia można zrozumieć historyczny kontekst sformułowania takiej tezy.

Jak religię zastąpiono postępem

Jednakże dziś, po pierwsze, po doświadczeniach ideologii „naukowych”, zwłaszcza nazizmu i komunizmu, łatwo dostrzec, że zjawisko ideologizacji życia dotyczy nie tylko sfery religii. Po drugie, opisywanie społecznego wymiaru całego wielowymiarowego i skomplikowanego świata transcendencji jednym słowem „religia” jest nie tylko skrajnym uproszczeniem, ale wręcz intelektualnym nadużyciem.

Przejdź do strony Wydawnictwa „W drodze”

Ta niezwykle złożona rzeczywistość religijna – bez względu na to, czy chodzi o chrześcijaństwo (które przecież dzieli się na trzy wielkie i bardzo różne od siebie odłamy, a w każdym z nich istnieje całe spektrum postaw), czy o bardzo zróżnicowane wewnętrznie islam, animizm, buddyzm lub szintoizm – zostaje w ten sposób potraktowana en bloc jako monolit i jednoznacznie utożsamiona z totalitarnymi aspiracjami.

Natomiast inspirowane przez świeckie ideologie wydarzenia, w trakcie których w imię postępu wymordowano od końca XVIII wieku dziesiątki milionów ludzi (wystarczy powiedzieć, że liczba ofiar inkwizycji w Europie i jej koloniach w ciągu 500 lat istnienia trybunałów inkwizycyjnych jest znacznie mniejsza od liczby ofiar jednej tylko rewolucji francuskiej, trwającej kilka lat i to wyłącznie na terytorium Francji), traktuje się jako osobne i niepowiązane ze sobą fenomeny. Te dwa intelektualnie i historycznie fałszywe stereotypy kształtują po dziś dzień główny nurt myślenia na Zachodzie.

Jest to efekt religio progressionis, religii, a dokładniej ideologii postępu, która od połowy XVIII stulecia zdominowała kulturę Europy i jej byłych kolonii. Wtedy bowiem miejsce odrzuconej religii transcendentnej zajmuje immanentna religia postępu. Jej doktryna w zasadzie ogranicza się do tezy, że świat nieuchronnie zmierza ku postępowi, rozumianemu jako postęp społeczny, ekonomiczny, naukowy, kulturowy i etyczny, którego rezultatem jest przejście od okresu ciemności do okresu światłości, od ery zabobonu do epoki rozumu, od nędzy do bogactwa, od ignorancji do wiedzy.

Od tego czasu ocena fenomenu ludzkiej religijności jest straszliwie spłycona. Każda forma religii zostaje uznana za irracjonalny, zamknięty system, będący podstawowym przeciwnikiem wolności i rozumu oraz hamulcem postępu. W podobny sposób myśl liberalna i lewicowa podchodziła do różnych form konserwatyzmu.

W tak rozumianej rzeczywistości zarówno Kościół, jak i cały nurt konserwatywny – od czasów rewolucji francuskiej utożsamiany z prawicą – są uznawani za wrogów, bo sprzeciwiają się „nieuchronnemu” procesowi postępu ludzkości, walcząc o przetrwanie „obozu ciemności”. Z założenia bowiem razem bronią anachronicznego status quo, a remedium na jego przezwyciężenie jest myśl lewicowo-liberalna.

Według tej koncepcji myślenie prawicowe, ideologiczne i chrześcijańskie to mutacje tego samego ducha przeszłości i anachronizmu, w odróżnieniu od myślenia lewicowego i liberalnego (które różni się głęboko od klasycznego anglosaskiego liberalizmu!). Ta uproszczona analiza kultury, historii i życia społecznego od schyłku XVIII wieku po dziś dzień ma bardzo duży wpływ na rozumienie rzeczywistości w krajach Zachodu.

Chrześcijanin lewicowy, chrześcijanin prawicowy

Podobnie jak w przypadku liberalizmu, także termin „prawica” jest bardzo wieloznaczny i można tym mianem określić bardzo różne zjawiska moralne, polityczne lub ekonomiczne.

Prawicą nazywamy nurt republikański, który w wydaniu chadeckim dzieli wiele wspólnych idei i celów z Kościołem. Prawicę utożsamia się także z konserwatyzmem, zarówno w wydaniu monarchicznym, jak i demokratycznym. Często też – ona sama – utożsamia się z etosem nacjonalistycznym, powiązanym ściśle z ksenofobią. Prawicowym, zwłaszcza obecnie w Polsce, można również nazwać myślenie etatystyczne, będące rodzajem prawicowego socjalizmu, zgodnie z którym to państwo przede wszystkim steruje gospodarką.

Między innymi dlatego jestem przeciwnikiem definiowania się przez chrześcijan według kryteriów lewicowości czy prawicowości. Chrześcijanin powinien przede wszystkim definiować się w odniesieniu do Ewangelii. Jeżeli przez prawicowość rozumiemy poszanowanie cnót i wartości moralnych, to jest to koncepcja ewangeliczna. Gdy jednak ktoś myślenie prawicowe utożsamia z koncepcjami monarchistycznymi, to trzeba pamiętać, że postulaty powrotu do ancien régime’u zostały w zasadzie zapomniane w nauczaniu Kościoła.

Jeśli przez lewicowość rozumiemy wrażliwość społeczną, troskę o słabszych, to chrześcijanie powinni być lewicowi. Natomiast jeśli za rdzeń postawy lewicowej uważa się etatyzm, deprecjonowanie rodziny czy rozbudowany interwencjonizm gospodarczy, to należy pamiętać o tym, że są to koncepcje odległe od Ewangelii. Właściwą postawą jest zatem posiadanie ewangelicznych zasad moralnych połączone z wrażliwością na los słabszych, co symbolicznie można określić, by mieć prawe serce po lewej stronie.

Psychologicznie zapewne jest nam chrześcijanom bliżej do postaw konserwatywnych niż liberalnych w amerykańskim rozumieniu tego słowa. Jak bowiem przekonująco pokazuje Jonathan Haidt, matryca moralna liberałów koncentruje się na współczuciu wobec ofiar ucisku, natomiast matryca moralna konserwatystów jest bardziej wielowymiarowa. Uwzględniając wrażliwość na krzywdę oraz znaczenie wolności jednostki, docenia ona również rolę ludzkiej wierności i uczciwości oraz świętości i autorytetów w życiu społecznym, które razem wspierają kapitał etyczny tworzący wspólnotę wolnych ludzi.

„Ich poszerzony matriks moralny – pisze Haidt – powala im dostrzec zagrożenia kapitału moralnego, których liberałowie nie są w stanie zauważyć”. Można się zgodzić z tą diagnozą, pamiętając jednak, że celem chrześcijan w życiu społecznym nie jest obrona wspólnotowego kapitału moralnego, lecz znacznie więcej – transformowanie życia społecznego („transformowanie” podkreśla, że przemiana odbywa się z poszanowaniem wolności jednostki) wedle wartości ewangelicznych.

Kościół wobec prawicy

Kościół i prawica mają często podobne spojrzenie na kształt życia publicznego. Chodzi przede wszystkim o kontestację lewicowego myślenia o wszechmocy państwa i pragnienia „stworzenia” nowego człowieka.

Lewica chce tego dokonać przez ukształtowanie odpowiednich warunków społecznych, skierowaną ku temu celowi edukację, wpływ na media, a czasami przez przymus państwowy.

My, katolicy, uważamy, że ta droga jest niewłaściwa. Nie wierzymy też, że postęp jest automatyczny i nowe rozwiązania zawsze są lepsze od starych. Potrzebna jest ewolucja struktur, ale najważniejsza jest metanoia – przemiana ludzkiego serca. Bo tylko przemiana wewnętrzna, proces nawrócenia, wspierany przez działającego w nas Ducha Świętego, może trwale doprowadzić do tego, że staniemy się lepsi, bardziej sprawiedliwi, bardziej wyczuleni na biedę bliźniego.

Wierzymy też, że nie stworzymy królestwa Bożego na ziemi, natomiast lewicowość ciągle o tym marzy. Antyutopizm i antyetatyzm, przywiązanie do wartości moralnych, do ponadczasowych wartości etycznych to elementy, które z pewnością łączą nas z myślą prawicową. Wiąże nas z nią również inne rozumienie relacji jednostka – społeczeństwo.

Przeciwstawiając się wszelkim formom totalitaryzmu, nauczanie społeczne Kościoła podkreśla realne istnienie więzi i zobowiązań społecznych (dobro wspólne, solidarność), co w połączeniu z nauczaniem o grzechu pierworodnym (natura ludzka jest skażona grzechem, a przez to i nań podatna) z jednej strony sprzyja ograniczaniu władzy (pomocniczość, trójpodział władz), ale, ze strony drugiej, podkreśla też znaczenie dobrego prawa, dobrych obyczajów i edukacji etycznej.

Liberałowie natomiast sądzą – jak słusznie zauważa Haidt – że ludzie są z natury dobrzy i rozkwitają, kiedy usunie się ograniczenia i podziały.

Według chrześcijańskiej wizji człowieka jest to pogląd naiwny, a historyczna empiria potwierdza, że jest on bardzo niebezpiecznie naiwny. Stąd pewna zbieżność chrześcijaństwa z myślą konserwatywną. „Konserwatyści bowiem – oddajmy jeszcze raz głos Jonathanowi Haidtowi – mają zupełnie inne podejście do natury ludzkiej. Ich zdaniem ludzie potrzebują struktur lub ograniczeń zewnętrznych, aby zachowywać się przyzwoicie, współpracować i odnosić sukcesy. Do takich zewnętrznych ograniczeń należą przepisy prawa, instytucje, obyczaje, tradycje, państwa i religie”.

Nie oznacza to jednak automatycznej afirmacji konserwatyzmu, gdyż chrześcijanin zawsze najpierw powinien zadać sobie pytanie, co chce i co powinien konserwować. Jeśli chcemy utrwalać takie wartości jak dobro wspólne, solidarność lub taką instytucję jak rodzina, to mamy do czynienia z dobrym konserwatyzmem.

Natomiast jeśli chcielibyśmy odbudować nowożytną wersję Christianitas, konserwować czy raczej przywrócić coś, co minęło i odeszło, na przykład kulturę dominacji mężczyzn nad kobietami, w jakiś sposób cofnąć się w okres predemokratyczny, wówczas jest to niebezpieczna i nierealna mrzonka. Od czasu do czasu pojawiają się też wśród konserwatywnej prawicy głosy nawołujące do powrotu do jakiejś formy gospodarki autarkicznej (samowystarczalnej i zamkniętej). Jednak taki powrót jest niemożliwy, ponieważ dziś oznaczałoby to nawrót nędzy, cofnięcie procesu rozwoju ekonomicznego, który nieodwracalnie zmienił naszą rzeczywistość.

Podsumowując więc, tym, co powinno łączyć Kościół i prawicę, jest wspólna walka o rodzinę, o mądrze pojmowany patriotyzm, rozumienie pojęcia prawdy i sprawiedliwości, dobra oraz zła, wartości moralnych jako fundamentów życia społecznego – transcendentnych, a nie jako tworów kulturowych.

Gdy chodzi jednak o konserwowanie nieaktualnych struktur społecznych i powracanie do tego, co nieodwracalnie przeszło do historii, to Kościół powinien stanowczo oddzielić się od tego typu tendencji. Choć oczywiście można, a często nawet należy, myśleć o przeszłości z sympatią i szacunkiem, a nie z opartą na ignorancji pogardą, jak to często czyni lewica.

W Kościele też są integryści i progresiści

Przy tej okazji należy wspomnieć, że również wewnątrz Kościoła mamy do czynienia z dwiema przeciwstawnymi frakcjami: integrystyczną (ultrakonserwatywną) i progresistowską.

W życiu Kościoła są pewne niezmienne prawdy wiary, których nie wolno naruszać i których zawsze musimy bronić. Możemy się starać je interpretować w świetle osiągnięć współczesnej nauki, odczytywać w nieco odmienny sposób w różnych kulturach, ale nie wolno ich deformować pod hasłami postępu lub dostosowania się do współczesności. Natomiast samo życie Kościoła, formy liturgii czy sposób sprawowania urzędów mogą się bardzo zmieniać i na szczęście stale się zmieniają.

Drobnym, lecz barwnym przykładem mogą być wymogi etykiety podczas spotkania z papieżem, obowiązujące jeszcze w połowie ubiegłego stulecia. Podczas indywidualnej audiencji, podchodząc do papieża, trzeba było wówczas (dotyczyło to również kardynałów) trzy razy uklęknąć, a na koniec ucałować „but rybaka” siedzącego na podwyższeniu następcy Piotra, a potem rozmawiało się papieżem, klęcząc u stóp jego tronu. Jeszcze pół wieku temu nikogo też nie raziła tiara – noszona przez papieży od XIV wieku potrójna korona – czy wystawność ceremonii dworu papieskiego.

Dzisiaj, oglądane w telewizji sede gestatoria, czyli lektyka, w której noszono jeszcze Pawła VI, budzi zdziwienie i uśmiech. I dobrze. Taki zdystansowany stosunek do zewnętrznych form pełnienia papieskiej posługi charakteryzuje większość katolików, za wyjątkiem skrajnych konserwatystów, którzy nie potrafią zrozumieć, że odrzucenie przez papieży feudalnych oznak władzy nie oznacza zmiany eklezjologii – teologicznego znaczenia posługi biskupa Rzymu w Kościele Powszechnym. I uważają to za wyraźny dowód poważnego kryzysu, za zerwanie ciągłości w Kościele.

Jednak trzeba jasno powiedzieć, że dążenie do konserwowania tego, co było, jedynie po to, żeby ocalić status quo ante, są absurdalne. Doskonale wskazuje na to papież Franciszek, który jako Argentyńczyk widzi zagrożenie wynikające z obecnego w Kościele europocentryzmu, przejawiającego się niekiedy takimi bezsensownymi postulatami jak ten, że należy uczyć łaciny plemiona indiańskie w Ameryce Południowej lub Eskimosów w Grenlandii, aby pełniej przyjęli wiarę chrześcijańską, ponieważ jedynym językiem Kościoła powinna być łacina.

Takie konserwatywne postulaty grzeszą ogromną naiwnością intelektualną, bo przecież początkowo to greka była językiem Kościoła i dopiero w połowie IV wieku ówcześni „nowinkarze” zaczęli preferować lepiej zrozumiałą dla wiernych łacinę. Nie ma też żadnych poważnych argumentów przemawiających za tym, by właśnie potrydencką formę sprawowania liturgii i rządów w Kościele uznać za jedynie słuszną i ponadczasową – a to jest „dogmat” dzisiejszych kościelnych konserwatystów.

Nie wiązać się z żadną partią

Widać na tym tle, że istnieje duże zagrożenie instrumentalnego potraktowania chrześcijaństwa zarówno przez prawicę, jak i przez lewicę.

Na podłożu ideowym większą kompatybilność znajdziemy z prawicą, z kolei jeśli chodzi o wrażliwość społeczną, to bliższa nam będzie lewica. To między innymi dlatego Kościół nauczający musi się poruszać na poziomie metapolityki, który jest poziomem moralnych i etycznych podstaw życia publicznego, nie wiążąc się z żadnym konkretnym porządkiem politycznym.

Trzeba także pamiętać, że nawet pewna bliskość wartości czy zbieżność niektórych celów nie może doprowadzać do utożsamiania Kościoła z jakąś formacją polityczną. Kościół nieuchronnie zostaje wtedy wykorzystany do celów niezwiązanych z głoszeniem Ewangelii. Przykładem niech będzie pomoc Akcji Francuskiej na przełomie XIX i XX wieku, kiedy papieże, wybitni teologowie, media katolickie i wielu wiernych wspierało ten ruch przeciw agresywnie lewicowej, silnie antyklerykalnej nowej Francji.

Taki alians polityczny zawsze jednak doprowadza do momentu, gdy w celu utrzymania sojuszu, osiągnięcia politycznego zwycięstwa, trzeba iść na kompromis z własnymi zasadami, a dzieło Ewangelii utożsamić z programem politycznym. O ile takie podejście można zrozumieć, kiedy kieruje się nim polityk, to jest ono nie do zaakceptowania w Kościele. Pamięć o tym jest o tyle ważna, że logika stricte polityczna jest sugestywna, zazwyczaj bazuje na słusznym oburzeniu moralnym i kusi doraźnym sukcesem.

Nawet jeśli chcemy osiągnąć słuszny cel, to mimo wszystko nie można go w prosty sposób przełożyć na język polityki. Można mniej lub bardziej sympatyzować z danymi poglądami, ale zawsze trzeba pilnować nieprzekraczania linii demarkacyjnej między Kościołem a polityką, zwłaszcza że ta granica nie jest łatwo definiowalna. Człowiek jest bowiem jednością, dlatego też niemożliwe jest ścisłe odseparowanie w jego duszy poglądów społeczno-politycznych od moralno-religijnych. Spotykają się one w każdym z nas i zawsze będą tworzyć problemy graniczne.

Dlatego, asekurując się dla dobra Ewangelii, nie należy wchodzić w proste polityczne sojusze. To rozgraniczanie jest obowiązkiem bezwzględnie podkreślanym w nauce społecznej Kościoła, niestety przedstawiciele Kościoła w dzisiejszej Polsce niekiedy o tej zasadzie zapominają.

Wystarczy przypomnieć uchwały II Polskiego Synodu, które wyraźnie podkreślają, przywołując słowa Jana Pawła II, że „prawo prezbitera do ujawniania własnych wyborów politycznych ograniczają wymogi jego posługi kapłańskiej”, a ksiądz „tym bardziej powinien unikać ukazywania swojego wyboru jako jedynie słusznego”. Jako kapłan powinien natomiast zrobić „wszystko, co możliwe, by nie przysparzać sobie wrogów na skutek zajmowania takich stanowisk w dziedzinie politycznej, które pozbawiałyby go wiarygodności i powodowały oddalenie się wiernych powierzonych jego pasterskiej misji”.

Ten dystans do polityki jest potrzebny również dlatego, że – jak przypomina Jan Paweł II w „Centesimus annus” – świat polityki demokratycznej ma ogromne zalety, wśród nich sztukę budowania kompromisów, która wspiera pokój społeczny. Ale demokracja może niekiedy wesprzeć kompromisy niemoralne, może też stać się terrorem większości. I wtedy głos Kościoła powinien być wolny od uwikłań politycznych, jednoznaczny i bezkompromisowy.

Fragment książki o. Macieja Zięby OP „Kłopot za kłopotem. Katolik w dryfującej Europie”, która ukazała się w wydawnictwie „W drodze”. Tytuł, lead i sródtytuły pochodzą od redakcji Dominikanie.pl.

fot. flickr.com / DrabikPany

Processed with VSCOcam with hb2 preset

Processed with VSCOcam with hb2 preset