Tak zrobił św. Ludwik Bertrand.

Marzyło mu się męczeństwo. Pragnienie było tak żarliwe, że nawet objęcie funkcji magistra nowicjatu nie do końca je zaspokoiło. Umartwiał więc się postami, biczowaniem, ale i to było za mało. Postanowił więc wyjechać na misje.

Kolumbia

A było to wiek XVI, nie tak dawno odkryte Ameryki kusiły do ewangelizacji i potencjalnie stanowiły całkiem sympatyczne miejsce męczeństwa w pięknych okolicznościach egzotycznej przyrody.

Po wielu latach próśb wreszcie udało się Ludwikowi Bertrandowi dopiąć swego – otrzymał zgodę na wyjazd. Trafił do Kolumbii i rozpoczął wędrówki ewangelizacyjne ze słowem po tamtejszych drogach.

Poliglota, który znał tylko hiszpański

Nie znał indiańskich narzeczy, ale świadkowie zeznawali później, że nie było bariery językowej pomiędzy głoszącym a odbiorcami. Dlatego też na wielu obrazach św. Ludwik jest przedstawiany w otoczeniu zasłuchanych Indian.

Co więcej, podobno dar obejmował nie tylko to, co mówił dominikanin, ale także wypowiedzi tubylców – misjonarz miał ich doskonale rozumieć bez tłumacza.

Obawiam się, że właściciele szkół językowych nie byliby zachwyceni, gdyby ten dar objął wszystkich chrześcijan.

Obrońca Indian

Porozumienie między stronami było tak skuteczne, że dla Bertranda w pewnym momencie bliżsi się stali rdzenni mieszkańcy Ameryki Południowej niż napływowi kolonizatorzy. Szczególnie, że ci ostatni przybyli tam, by się szybko i skutecznie wzbogacić, czemu miało służyć m.in. głoszenie wszem i wobec, że Indianie nie są ludźmi.

W obronie ich człowieczeństwa zdecydowanie stanęło dwóch dominikańskich misjonarzy: Bartolomeo de Las Casas i właśnie św. Ludwik Bertrand. Ponieważ obaj nie ograniczyli się jedynie do pisania tekstów, ale walczyli też o sprawiedliwość dla Indian za każdym razem, kiedy widzieli, że ich prawa były naruszane, nie byli zbytnio kochani przez swoich chciwych współziomków.

Kielich z wężem

Ci w pewnym momencie mieli tak dosyć działalności św. Ludwika, że postanowili pomóc mu w zrealizowaniu marzenia o męczeństwie. Poczęstowano go zatrutym winem, jednak Bóg najwyraźniej miał inną koncepcję Ludwikowej świętości – dominikanin spożył zawartość kielicha i nie wywarła ona zbyt dużego wrażenia na jego układzie pokarmowym tudzież reszcie organizmu.

Z tego względu najczęściej jest przedstawiany z kielichem, z którego wystaje wąż – symbol trucizny.

Spowiednik

W Ameryce spędził siedem lat, ostatecznie jednak podróże misyjne tak zniszczyły jego nogi, że musiał wrócić do Europy. Tutaj zasłynął jako spowiednik, a jedną z jego duchowych podopiecznych była św. Teresa z Ávila. Wsparł ją w reformowaniu zakonu karmelitów, a penitentka – tak wierzę – pomogła mu zrozumieć, że czasem pragnienie męczeństwa realizuje się, wybierając życie. W końcu to ona w jednym ze swoich wierszy napisała: „Umieram tym, że umrzeć nie mogę”.

Odszedł do Pana mając niewiele ponad pięćdziesiąt lat, oczywiście w opinii świętości. O ile za życia nie zaznał męczeństwa innego niż dobrowolnie wybrana asceza, to jego relikwie posmakowały zniszczenia – spalono je podczas wojny domowej w Hiszpanii w latach trzydziestych XX wieku.

Św. Ludwik Bertrand – krzyż misyjny, kielich z wężem, księga, Indianie.

Data wspomnienia: 9 października