Odkryj jak działa Trójjedyny Bóg w twoim życiu.

Karl Rahner, jeden z niezwykle wpływowych teologów XX wieku, stwierdził kiedyś, iż dogmat trynitarny jest tak odległy od praktyki wiary przeciętnego chrześcijanina, iż gdyby jutro zniknął z Credo, w życiu większości z nas nic nie trzeba byłoby zmieniać. Jest to oczywiście rozumowanie równie błędne jak i to, że skoro większość z nas nie zna zasad dynamiki Newtona, to gdyby jutro przestały obowiązywać, nic by się dla nas nie zmieniło.

Dogmat trynitarny przenika całe chrześcijańskie wyznanie wiary. Jedyny problem polega na tym, iż zazwyczaj nie wiemy, w jaki sposób przekłada się na zwykłą, codzienną praktykę wiary, czyli po prostu – na nasze życie moralne. Spróbujmy się zatem przyjrzeć przynajmniej kilku konkretnym prawom życia, które wydają się być naturalną konsekwencją tajemnicy Trójjedynego Boga.

Bóg jest wspólnotą

Bóg chrześcijan jest Wspólnotą kochających się doskonale osób. Jest to pierwsze stwierdzenie, które powinniśmy sobie uświadomić, mówiąc o Trójcy Świętej. Odniesienie i wrażliwość wspólnotowa powinny być zatem jedną z podstaw chrześcijańskiego życia. Właśnie z tego powodu tak wielką rolę w naszym dążeniu do Pana Boga musi odgrywać Kościół.

Nie da się wierzyć w Boga i nie wierzyć w Kościół. Albo inaczej – nie da się wierzyć w Trójjedynego Boga, Boga który jest wspólnotą, i nie wierzyć, iż drogą dojścia do takiego Boga jest właśnie konkretna wspólnota wiary. Jeśli chcemy sprawdzić, na ile wiara trynitarna ma wpływ na nasze życie, warto sobie postawić pytanie o nasz stosunek do Kościoła. Ale nie tylko.

Czy aby nie jest tak, iż uciekamy od każdej realnej formy wspólnoty, czyli od takiego rodzaju związków między ludźmi, które są koniecznie trwałe w swoim istnieniu, choć zmienne w formie? Miłość małżeńska może się zmieniać, lecz musi trwać. Przyjaźń bywa szorstka, bywa miła, ale tak czy inaczej musi trwać, aby można było mówić o przyjaźni. Miłość realizowana na drodze powołania zakonnego czy kapłańskiego może przechodzić różne trudności, ale podana w wątpliwość zostaje dopiero wówczas, gdy zostaje zerwana.

Wydaje się, iż największym współczesnym antydogmatem wobec dogmatu trynitarnego jest źle pojęty indywidualizm.

Inni koniecznie potrzebni

Nie może się nazwać ojcem nikt, kto nie ma dziecka. To dziecko sprawia, iż ktoś staje się rodzicem. Podobnie trudno mówić o kimś, że jest dzieckiem, jeśli nie byłoby rodzica. Osoby w Bogu, których imiona zostały objawione jako imię Ojca, Syna i Ducha Świętego, łączy ścisła relacja wzajemnych odniesień i doskonałych zależności. Ojciec może być Ojcem przez Syna, Syn – dzięki Ojcu. Duch Święty zależy zaś zarówno od Ojca, jak i od Syna, gdyż to relacja między Ojcem i Synem wprost odnosi do Ducha Świętego.

Brzmi to wszystko na poły skomplikowanie, na poły banalnie, ale rzecz jest ważna, a w istocie także bardzo prosta. Arystoteles, odkrywając tę tajemnicę na płaszczyźnie ludzkich relacji, twierdził wprost, że człowiek jest istotą społeczną. Nie chodzi tu o fakt, iż człowiek potrzebuje życia towarzyskiego czy płytkich związków, ale o wielką prawdę, iż możemy stać się w pełni ludźmi tylko poprzez wejście w relacje z innymi. Nie sposób stać się w pełni człowiekiem – w pełni sobą – bez udziału innych ludzi.

Wielkim grzechem wobec tej prawdy jest przekonanie, że najbardziej i najpełniej realizujemy się na przykład poprzez pracę. Ten, kto rezygnuje z życia rodzinnego czy przyjaźni tylko po to, aby zrealizować się zawodowo, popełnia fundamentalny błąd. O ile bowiem zrealizuje się jako pracownik, o tyle nie zrealizuje się jako człowiek. To mniej więcej tak jakby pucować namiętnie karoserię samochodu, który nigdy nigdzie nie pojedzie, bo ma zupełnie zepsuty silnik.

Dający i obdarowany

Tajemnica Trójcy Świętej opiera się na tajemnicy daru. Każda z Osób Boskich jest pełnym darem z siebie dla innych, a jednocześnie przyjmuje pełnię daru, którymi są pozostałe Osoby. Warto w tym kontekście zapytać, jak kwestia dawania wygląda w naszym życiu. Warto zacząć od dawania najprostszego – rzeczy i przedmiotów. Jak często potrafię komuś coś dać? Nie chodzi o wielkie rzeczy, ale tak po prostu, na ile potrafię używać przedmiotów i pieniędzy do tego, by sprawiać radość innym ludziom.

Ostatecznie trzeba też postawić pytanie, na ile potrafię i chcę dawać samego siebie. I na ile potrafię brać, co również nie jest proste. Być może w relacjach zawsze staram się być tym, który daje, który się poświęca, który niczego nie potrzebuje, a wiele wnosi. Jeśli ktoś nie potrafi brać, zwykle swoimi darami próbuje wzbudzać poczucie winy w innych, a poczucie krzywdy w sobie.

Znamy doskonale z własnego doświadczenia albo z obserwacji te wszystkie sytuacje, w których padają zdania: „Tyle dla ciebie poświęciłam i co z tego mam?”, „Z tylu rzeczy dla ciebie zrezygnowałem i co mi z tego przyszło?”. Tego typu słowa, a w zasadzie oskarżenia, wypominające, iż ktoś przyjął dar, który przecież sami daliśmy – wynikają albo z głębokiego poczucia, że nasz dar nie został doceniony, albo z poczucia niesprawiedliwości, iż więcej dajemy, niż otrzymujemy.

Czasami te „wypominki” nie są niczym innym, jak zwykłym szantażem emocjonalnym, który w zasadzie opiera się na dosyć absurdalnym zarzucie: „Powinieneś czuć się winny, że odebrałeś mój dar, że pozwoliłeś mi się obdarować”.

A przecież prawdziwy dar zawsze związany jest – i musi być – z ofiarą. Jeśli chcemy przeciwstawić się tej tendencji, co rzeczywiście stanowi niemały wysiłek duchowy, musimy stale uświadamiać sobie, iż sami jesteśmy ciągle obdarowywani zarówno przez Boga, jak i przez innych ludzi.

Niestety, kokieteria: „Chcę dawać i nie oczekuję, że sam też coś dostanę” nie wystarczy na długo. Zresztą kiedy Piotr pyta Pana Jezusa – wydawałoby się dosyć interesownie – co zyskają apostołowie, skoro zostawili wszystko, aby pójść za Chrystusem, nie spotyka się z krytyką. Wręcz przeciwnie, Jezus w odpowiedzi na pytanie Piotra składa bardzo konkretną obietnicę.

Aby wchodzić w dobre relacje z innymi, trzeba się nauczyć dawać, ale aby dar mógł być rzeczywiście darem, nie zaś zakamuflowaną pożyczką na wysoki procent, koniecznie trzeba nauczyć się brać. Umiejętne dawanie oraz branie to awers i rewers tajemnicy relacji miłości, która zaczyna się i osiąga doskonałość w Bogu Trójjedynym.

Równość

W relacjach wewnątrz Trójcy nie ma ważniejszego, nie ma mniej ważnego. Herezja subordynacjonizmu próbowała ustalić porządek w Bogu za pomocą ustanowienia hierarchii, ale porządek w Trójcy wyznaczany jest przez jedność natury, nie zaś przez hierarchizację osób.

Jak to powinno przekładać się na nasze życie? Trzeba zadać sobie proste pytanie. Czy jestem w stanie wchodzić i angażować się w relacje równorzędne, gdzie wszystkie osoby są sobie równe?

Wbrew pozorom, nie jest to takie proste. Jako ludzie mamy w sobie silną tendencję do popadania w skrajności i albo dominujemy w relacjach, w które wchodzimy, albo też – gdy bardzo nam na jakichś związkach zależy – jesteśmy w stanie podporządkować się wszelkim pomysłom i tendencjom grupy, byle tylko nie wypaść poza jej krąg.

Wchodząc w relację stajemy się więc albo tyranem (na naszą miarę oczywiście), albo niewolnikiem w sposobie myślenia i zachowania wobec tych, na których nam zależy. Innymi słowy, albo domagamy się podporządkowania, albo wyznajemy zasadę: „Jeśli wszedłeś między wrony, musisz krakać jak i one”.

Dobro lubi się udzielaćĆ

Bóg – doskonała wspólnota, całkowicie „samowystarczalna” – w żadnym sensie nie potrzebował człowieka ani świata. Stworzenie nie musiało mieć miejsca, bo Bóg wcale nie był zmuszony, aby powołać je do istnienia. Bóg, zupełnie niezależny wobec stworzenia, za nikim ani niczym nie tęsknił, miał wszystko.

Dlaczego więc stworzył świat? Bo dobro – także, a może przede wszystkim wynikające z relacji miłości – ma w swojej naturze to, że się pomnaża. Przez to właśnie, że Bóg jest wspólnotą, mógł On stworzyć świat bezinteresownie. Wszak nie potrzebował człowieka czy stworzenia w ogóle, aby móc coś czy kogoś kochać, czy też aby mieć towarzystwo.

Kiedy ludzkie wspólnoty i relacje są dobre, swój korzeń mają w Bogu, są również otwarte. Gdy są oddalone od Trójjedynego, stają się hermetyczne, zamknięte, niczym krąg wzajemnej adoracji. Pojawia się wówczas na przykład zazdrość – „Jesteś moim przyjacielem, a poświęcasz tyle czasu, biegając w sprawach człowieka, którego ledwo znasz”.

Skrzywione ludzkie relacje zawsze najlepiej poznać po tym, co z nich wynika na zewnątrz. Jeśli jakaś relacja oddziela mnie od innych ludzi, jeśli zamyka mnie na kogokolwiek, jeśli rodzi w moim sercu zazdrość, jeśli dobro relacji nie jest w stanie wydostać się na zewnątrz relacji – bez wątpienia jestem na ślepej drodze i zmierzam w stronę towarzystwa wzajemnej adoracji albo jakiegokolwiek typu zamkniętego kręgu.

Porządek

Skoro więc jedność w Trójcy nie opiera się na hierarchii, ale na jedności natury, jak naśladować tę właśnie jedność w naszym życiu? Najprościej – poprzez próbę wprowadzenia porządku do naszego życia. Nie chodzi tu już tylko o relację, ale o zwykłą codzienność.

Kardynał Mercier podał swojego czasu krótką, ale niezwykle cenną definicję porządku jako jedności w rozmaitości. Próba uporządkowania naszego życia to próba wprowadzenia do niego jakiejś konkretnej jedności, przewodniego motywu.

Paradoksalnie, próba naśladowania życia Trójcy w tym świecie to próba porządkowania rzeczywistości i wprowadzania jedności, ale takiej, która nie niszczy tego, co różne. Jedność nie może oznaczać unifikacji. Różnorodność zaś nie może być bałaganem.

To zasada, która obowiązuje na wszystkich płaszczyznach naszego życia. I jest chyba najtrudniejszą do wprowadzenia.

Fragment książki o. Janusza Pydy OP „Zbiór pism ulotnych”, wydanej przez Fundację „Dominikańskie Studium Filozofii i Teologii”.