Ranimy się słowami. Ale możliwość ranienia się myślami byłaby jeszcze gorsza.

„…że bardzo zgrzeszyłem myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem”

Wyznajemy na początku mszy, recytując akt pokutny. Formuła ta obejmuje złe myśli, złe słowa i złe czyny, ale także dobro, którego nie podjęliśmy.

Grzechy dotyczące mowy i uczynków są jednak łatwiejsze do uchwycenia niż grzechy myśli lub zaniedbania, które wydają się dość ulotne. Wszak – mówimy sobie – od samego myślenia żadna krzywda się nikomu nie dzieje. A z oskarżaniem o zaniedbania nie ma co przesadzać, bo przecież nie da się robić wszystkiego. Ważne, że niczego złego nikomu nie wyrządziliśmy…

Grzech niszczy relacje

Grzech w swym najgłębszym znaczeniu zakłada wiarę w Boga. Ktoś, kto w Boga nie wierzy, będzie mówił raczej o błędach lub wyrządzonym złu. Świadomość grzechu nie polega jedynie na zdaniu sobie sprawy, że wyrządziliśmy jakieś zło innym lub sobie samemu, ale przede wszystkim na zobaczeniu, że osłabiliśmy relację z Bogiem, naszym Stwórcą i Zbawicielem.

Listopadowy numer Miesięcznika „W drodze”

A zatem grzech należy rozpatrywać nie tyle na płaszczyźnie rzeczy, lecz w perspektywie relacji z Bogiem, a potem z bliźnimi, z samym sobą, z całym stworzeniem.

Katechizm Kościoła katolickiego podkreśla, że rzeczywistość grzechu poznajemy dopiero w świetle objawienia: „Bez tego poznania Boga […] nie można jasno uznać grzechu; pojawia się pokusa, by wyjaśniać go jedynie jako wadę w rozwoju, słabość psychiczną, błąd, konieczną konsekwencję nieodpowiedniej struktury społecznej itd.” (KKK 387).

Dlatego Jezus mówi, że kiedy przyjdzie Duch Święty, to „przekona świat o grzechu” (J 16,8). Właśnie! Bez światła Bożego jesteśmy ślepi i nie widzimy zła, które popełniamy.

Problem polega na tym, że chcemy być ślepi i uciekamy od Boga, bo instynktownie czujemy, że jedną z konsekwencji spotkania Go jest zobaczenie własnych grzechów.

Kiedy zaniedbuję Boga i bliźniego

Bywają zaniedbania, które nie owocują jakimś widocznym złem, co najwyżej ktoś się trochę zdenerwuje naszą opieszałością lub lenistwem, ale są też zaniedbania skutkujące bardzo poważnymi konsekwencjami. Niedbałość może nawet przyprawić kogoś o utratę życia. Stąd w różnego rodzaju profesjach istnieją ściśle określone procedury, aby niczego, nawet nieświadomie, nie zaniedbać.

Warto sobie uświadomić, że istotą sprawy nie jest wierność przepisom, lecz drugi człowiek. Ten, kto nie przestrzega sensownych zasad bezpieczeństwa, nie tylko łamie owe zasady, ale także naraża drugiego człowieka. Ostatecznie chodzi zatem o relację z innymi ludźmi. Chodzi o świadomość, że moja postawa ma wpływ na innych ludzi, że ode mnie inni jakoś zależą.

Człowiek, który coś zaniedba, a potem z przerażeniem patrzy na skutki swego zaniedbania, często się tłumaczy: „Nie chciałem. Nie zdawałem sobie sprawy, że to się może tak skończyć”.

Zapewne jest prawdą, że nie chciał, ale problem może być głębszy niż brak wyobraźni. Zaniedbania wynikają często z braku odpowiedzialności. A czym jest odpowiedzialność? To myślenie o innych, dawanie adekwatnej odpowiedzi na słuszne oczekiwania drugiego. Odpowiedzialność polega w gruncie rzeczy na postrzeganiu tego, co mówimy i robimy w perspektywie relacji z innymi, również z tymi, których osobiście nie znamy.

Brak odpowiedzialności natomiast skrywa w sobie lekceważący stosunek do ludzi, brak należytej troski o tych, którzy w jakiejś mierze zostali mi powierzeni.

Z grzechem zaniedbania mamy zatem do czynienia nie tylko wtedy, kiedy wynika z niego jakieś konkretne zło, ale także w sytuacjach, w których na szczęście nic się nie stało, choć mogło.

Ponadto grzech zaniedbania nie polega jedynie na zaniedbaniu rzeczy, którą powinniśmy podjąć, a nie podjęliśmy, lecz także na tym, co do takiej sytuacji prowadzi, a mianowicie na zaniedbywaniu rozwijania w sobie właściwych, opartych na odpowiedzialności relacji z ludźmi.

Wydaje się, że teologia moralna rozprawia przede wszystkim o tym, czego nie wolno robić i co należy robić. Zaniedbanie odnosiłoby się do tej drugiej kategorii: nie robimy czegoś, co zrobić powinniśmy.

Moralność jednak to nie tylko zakazy i nakazy. Dużo większe pole ludzkich wyborów, podlegające ocenom moralnym, stanowi to, co nie jest ani nakazane, ani zakazane, ale po prostu możliwe. Można by powiedzieć, że to w pewnej mierze sfera czasu wolnego: możemy pójść na spacer, przeczytać gazetę albo z kimś porozmawiać. Mamy więc wybór między różnymi opcjami, które wydają się neutralne z moralnego punktu widzenia.

Jednak w dłuższej perspektywie pojawiają się poważne pytania. Czyż wiele dyskusji, sporów w naszych rodzinach nie dotyczy właśnie tego, co nie jest konieczne, ale możliwe? Jak spędzamy wakacje, niedzielne popołudnie czy też wolny wieczór? W tę sferę wolnych wyborów może się wciskać grzech zaniedbania, nie dlatego, że nie robimy czegoś, co jest oczywistym wymogiem życia rodzinnego czy też wynika z zasad pracy, którą wykonujemy, ale że zaniedbujemy określone możliwości.

Święty Tomasz zbudował swą teologię moralną nie na zakazach i nakazach, ale na pojęciu cnoty, która polega na umiejętności podjęcia i realizacji jakiegoś dobra pośród innych możliwych dóbr.

Cnota wymaga zatem twórczego podejścia do rzeczywistości. Dojrzały chrześcijanin nie zastanawia się ciągle, co jest grzechem i czy przekroczył już jakieś granice, czy też jeszcze nie, ale stara się być cnotliwy, a więc dobrze wykorzystywać sferę wolnych decyzji, nie zaniedbywać dobra.

Przy czym w konkretnym życiu nie da się raz na zawsze precyzyjnie określić, jak i co należy wybierać, np. ile czasu ojciec ma poświęcić dzieciom, a ile może przeznaczyć na czytanie wiadomości w internecie. Potrzeba codziennego rozeznawania, w zależności od sytuacji, by czegoś nie zaniedbać. Podstawowym kryterium takiego rozeznawania jest kształt naszych relacji z innymi, przede wszystkim z najbliższymi, za których ponosimy największą odpowiedzialność.

Do tej pory mówiliśmy o zaniedbywaniu dobra, które powinniśmy lub moglibyśmy uczynić. Inną stroną zagadnienia byłyby zaniedbania w pokonywaniu zła w nas i wokół nas.

Grzech zaniedbania ukazuje najpełniej swój charakter w odniesieniu do przykazania miłości Boga i bliźniego. Wszak miłość nie polega jedynie na tym, byśmy nie wyrządzali drugiemu zła. Nie wystarczy też czynić dobra, do którego jesteśmy niejako zobowiązani z racji sytuacji rodzinnej czy też zawodowej.

Ten, kto miłuje, robi wiele ponad to, co konieczne. Ten, kto kocha Boga, nie zaniedbuje Go, ale stawia w centrum swoich życiowych wyborów. Ten, kto kocha drugiego człowieka, jest gorliwy w czynieniu mu dobra „nadobowiązkowego”.

Rachunek sumienia z zaniedbania trzeba zatem łączyć z pytaniem o miłość, o kształt naszych relacji z Bogiem i ludźmi.

Dobrze, że inni nie czytają naszych myśli

Kiedy mowa o zgrzeszeniu myślą, wielu kojarzy to z tzw. myślami nieczystymi. Problem w tym, że sfery czystości i nieczystości ogranicza się niekiedy do kwestii zachowań seksualnych. To błąd!

Jezus w Kazaniu na górze powiedział: „Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą” (Mt 5,8). Człowiek czysty ma czyste spojrzenie, czyli postrzega rzeczywistość taką, jaka ona jest, a w konsekwencji potrafi zobaczyć Boga obecnego i działającego. Ten natomiast, kto ma nieczyste spojrzenie, widzi wszystko przez pryzmat swych złych emocji, utrwalonych negatywnych postaw, podejrzeń. Dla kogoś takiego Bóg może być co najwyżej ideą, ale nie kimś realnie doświadczanym.

Tym, co nas może oczyścić, wyprowadzić z brudnej ślepoty, jest słowo Boże. Dlatego Jezus mówi do apostołów: „Wy już jesteście czyści dzięki słowu, które wam głosiłem” (J 15,3). Ostatecznie czystość polega na czystej relacji z Chrystusem.

W Ewangelii o uzdrowieniu w szabat czytamy, że Jezus „znał ich myśli” (Łk 6,8). Wiedział, że faryzeusze i uczeni w Piśmie szukają powodu, aby Go oskarżyć. Zdawał sobie sprawę z ich obłudy. W tej perspektywie można powiedzieć, że istotą złego, grzesznego myślenia nie są erotyczne fantazje, ale hipokryzja, zakłamanie, knucie przeciwko drugiemu.

Moglibyśmy powiedzieć, że myśli same w sobie nie wyrządzają drugiemu zła. Tym bardziej że – w przeciwieństwie do Jezusa – ci, o których myślimy, naszych myśli nie przenikają. Jednak złe myślenie może z nas uczynić „groby pobielane”. I kwestią czasu jest już tylko to, kiedy z tych grobów zacznie się wydobywać cuchnący zapach.

Myślą niewypowiedzianą nie zabijamy, ale przecież u początków zabójstw, a także ludobójstw, często znajduje się właśnie myśl, opinia, idea.

Ludzie nie czytają – na szczęście – nawzajem w swoich myślach. Taka umiejętność byłaby przekleństwem rozbijającym ludzkie relacje. Ranimy się słowami. Możliwość ranienia się myślami byłaby czymś jeszcze gorszym.

Warto zatem w czasie rachunku sumienia uświadamiać sobie, że Bóg zna nasze myśli. I warto czasem z tego powodu się zawstydzić. Nie po to, by czuć się śledzonym przez Wszechwiedzącego Policjanta, ale by prosić o łaskę stopniowego porządkowania i uzdrawiania naszego myślenia.

W procesie porządkowania własnych myśli ważne jest rozróżnienie pomiędzy myślami przelotnymi, które pojawiają się bez udziału naszej woli i wobec których sami się dystansujemy, a myślami, które świadomie i dobrowolnie podejmujemy, rozwijamy, „kołyszemy”.

Grzech nie polega na pojawieniu się złej myśli, ale na tym, co z taką myślą robimy. Choć z drugiej strony, częste pojawianie się złych myśli, na przykład osądów, pokazuje nam, że jest w nas coś nie-Bożego, zgniłego, co daje początek złym myślom.

Podobnie rzecz wygląda z negatywnymi uczuciami, które same w sobie grzechem nie są, ale pokazują nam, że w naszym sercu jest coś do uzdrowienia, a ponadto mogą prowadzić do grzechu, jeśli się im poddajemy.

A co z tobą?

Nie wystarczy świadomość popełnienia grzechu, wyznanie go i prośba o przebaczenie. Trzeba jeszcze nawrócenia, otwarcia się na łaskę czynienia dobra w miejsce popełnionych grzechów. Odpowiedzią na grzechy zaniedbania powinno być m.in. poczucie większej odpowiedzialności za kształt różnych aspektów życia społeczno-kościelnego. W encyklice Christifideles laici Jan Paweł II podkreślił, że „nowe sytuacje […] domagają się dzisiaj ze szczególną siłą zaangażowania świeckich. Bierność, która zawsze była postawą nie do przyjęcia, dziś bardziej jeszcze staje się winą. Nikomu nie godzi się trwać w bezczynności” (nr 3). Papież Franciszek, podczas mszy świętej w Filadelfii, pytał: „A co z tobą?”.

W ten sposób apelował do wiernych świeckich o większe zaangażowanie. Dziś potrzeba szczególnie zaangażowania na polu rodziny, szkoły i Kościoła.

Odpowiedzią na grzech myśli jest m.in. to, co nazywamy nawróceniem intelektualnym i nawróceniem serca. Jakże często mamy pewność, że nasze myślenie i odczuwanie są słuszne, adekwatne do rzeczywistości.

A może tak wcale nie jest? Pozwólmy Bogu i ludziom to zakwestionować. Może wówczas nasze myślenie stanie się lepsze, głębsze, bardziej odpowiadające temu, jak rzeczywiście jest…

Tekst Dariusza Kowalczyka SJ pochodzi z miesięcznika „W drodze” 11/2015. Tytuł, lead, śródtytuły i skróty pochodzą od redakcji Dominikanie.pl. 

Processed with VSCOcam with hb1 preset