Nie ma innej drogi do prawdziwej dojrzałości, jak podejmowanie samodzielnych wyborów. Nawet za cenę błędów.

U Romana Guardiniego, w jego Wyznaniu wiary, natrafiłem na słowa, które są jak balsam dla duszy:

„Miłość Boga nie chce mieć szybko tego, co może urzeczywistnić się jedynie w długim czasie. Pozwala na zabawę, cieszy się z rozkwitania i marnotrawstwa, dopuszcza to, co zbędne i z pozoru głupie. Zostawia czas na niepewność, zwlekanie i niezdecydowanie. Nie interweniuje, gdy to, co żywe, znajduje się w zawieszeniu i uwikła się w problemy, lecz czeka, aż znowu się uwolni i odnajdzie właściwy kierunek”.

Ten co szukał sensu

Zanotowane przez Guardiniego słowa są naznaczone osobistym doświadczeniem. Był austriackim księdzem o włoskich korzeniach, podczas wojny naziści zabronili mu prowadzenia wykładów. Uczył studentów teologii, bardziej jednak jako myśliciel i twórca niż naukowiec.

Przeczytaj omówienie październikowego „W drodze”

Ten niezwykły erudyta i koneser kultury, a także mistrz literackiej frazy, wśród swoich dzieł zostawił też niewielką książeczkę, zatytułowaną O sensie melancholii. Na jej stronach odnosi się do własnego cierpienia, które dzisiaj zwykliśmy nazywać depresją. Opisując ból, przywołuje obraz lasu – w jego gęstwinie ukryta jest maleńka polana ze skrawkiem światła, z której na zewnątrz, ku pełni światła, prowadzi mnóstwo dróg. Ale cierpiący człowiek nie wie, w którą stronę ruszyć, a rosnący z każdą chwilą strach coraz bardziej paraliżuje jego ruchy.

Ci, którzy osobiście znali Guardiniego, wspominają, że w swoim zagubieniu potrzebował niekiedy pomocy studentów, by dotrzeć na własne wykłady. Kiedy więc mówi o czekaniu Boga, który „nie interweniuje, gdy to, co żywe, znajdzie się w zawieszeniu”, można przypuszczać, że opowiada o własnym spotkaniu z Jego działaniem.

Guardini, choć cierpiał, nie był jednak znużony. Jak prawdziwy pasjonat szukał sensu i mimo bólu niepewności ruszał przecież w drogę. Jego sposobem na ciemność były właśnie twórcze poszukiwania.

Ojciec też był marnotrawny

Jezus jak nikt inny wie, w jaki sposób Bóg poszukuje człowieka. Tyle razy czytałem zanotowaną przez św. Łukasza opowieść, którą zwykliśmy nazywać przypowieścią o synu marnotrawnym. Gdy czytam ją teraz, dzięki inspiracji mistrza Guardiniego uderza mnie coś, co umykało w dotychczasowej lekturze. Ojciec nie interweniuje wobec zagubienia młodszego syna.

Jednak przypowieść o miłosierdziu pojawia się jako trzecia w kontekście odpowiedzi Jezusa na oburzenie faryzeuszów, że przyjmuje grzeszników i jada z nimi. Bliska obecność ludzi grzesznych przy Jezusie była dla faryzeuszów skandalem nie do przyjęcia.

Zanim więc Mistrz z Nazaretu zacznie opowiadać o marnotrawnym, najpierw pokazuje zabłąkaną owcę i zagubioną drachmę. Kontrast między poszukiwaniem owcy i zagubionej drachmy a brakiem interwencji Miłosiernego Ojca po odejściu młodszego syna wyznacza horyzont myślenia o Bożym działaniu. Bo jednak szuka, chociaż nie rusza w pościg za synem!

Mielibyśmy zatem do czynienia z szukaniem, które nie jest szukaniem?

Wydaje się, że Ojciec działa wobec zagubionego syna poprzez rysy podobieństwa, jakie w nim złożył. Rysy podobieństwa – tak pierwszy raz nazwałem te synonimy Bożego działania, przyglądając się uczniom idącym do Emaus. Wcześniej dostrzegałem jedynie ich spuszczone głowy i wzrok utkwiony w ziemi. Dlatego myślałem o nich z odrobiną wyższości.

Aż przy kolejnej lekturze przyszło olśnienie, połączone z własnym doświadczeniem trudności otwierania serca, gdy ponoszę klęskę i jestem załamany. A oni są przecież w epicentrum burzy – zawalił się cały ich świat, nadzieja legła w gruzach, zabito Jezusa.

Potocznie się mówi, że uciekają do Emaus, chociaż w narracji św. Łukasza nie znajdziemy takiego słowa. Może dopiero ich powrót do Jerozolimy po spotkaniu Zmartwychwstałego wskazuje, że ruch w przeciwnym kierunku był czymś na kształt ucieczki. Jak więc niezwykle zachowują się ci uciekinierzy klęski! Ile w nich nadzwyczajnego piękna – przyjmują między siebie nieznajomego, odpowiadają na sugerujące brak orientacji pytania, nie obrażają się, gdy przybysz ich strofuje, zaczynając od niezwykle mocnego słowa „o, nierozumni”, wreszcie przymuszają go do przyjęcia gościny, gotowi ponieść koszty posiłku i noclegu.

Tego wszystkiego nauczyli się od Jezusa, chodząc z Nazarejczykiem od Galilei po Jerozolimę. Codzienność z Nim odcisnęła się w ich twarzach, zaznaczyła w gestach, ciele, nawet rytm krwi i oddech pulsował Jego nauczaniem – bądźcie gotowi zawsze przyjmować niespodzianki Bożego Słowa. Wygląda na to, że w ogóle nie zdają sobie sprawy z tego, jak bardzo są podobni do Jezusa. Pewnie nawet nie zauważyli, kiedy przyswoili sobie Jego słowa: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”.

Ten, którego zwykliśmy nazywać marnotrawnym, jest także podobny do Ojca. Spędził z Nim tyle lat, jego twarz, tembr głosu, ruchy i ciało opowiadają o bliskiej zażyłości. Ale najważniejsza pieczęć podobieństwa zostaje w nim odciśnięta w chwili, gdy prosi o przypadającą na niego połowę majątku. Wie, że może o to poprosić i dostanie – jego starszy brat bał się nawet zażądać jednego koźlęcia, by móc ugościć przyjaciół. A młodszy się tego domyślił – to jego piękno! W odpowiedzi na swoją prośbę doświadcza hojności, wręcz rozrzutności Ojca.

Jest ona tak bardzo zadziwiająca, że można by tę Ewangelię nazwać „Przypowieścią o Ojcu marnotrawnym”. Bo przecież On wie, że syn jest jeszcze niedojrzały, że zmarnuje to, co na niego przypada. I ani chwili się nie waha – w geście zaufania przekazuje mu połowę majątku. Jakby mówił, parafrazując przytoczone na początku słowa Guardiniego: Możesz zmarnować ten majątek, ja Tobie ufam. Choć Ojciec wie, że syn jest niedojrzały, traktuje go jednak w dojrzały sposób.

Zakon mi też zaufał

W Konstytucjach dominikańskich jest przedziwny zapis, który mówi, że braci po ślubach wieczystych uważa się za dojrzałych. Mój Boże – myślę sobie teraz, gdy wspominam pierwsze chwile po ślubach czy potem po święceniach kapłańskich! Niewiele tam było dojrzałości.

A jednak zakon, idąc za Ojcem hojnie rozrzutnym, obdarzał mnie zaufaniem, przekazując talent majątku duchowego, wiedząc i równocześnie przyjmując na siebie ryzyko, że mogę go zmarnować. Niedojrzała jest ta dojrzałość, a jednak jej dojrzewanie wspiera się na obdarzaniu zaufaniem na wyrost. Ewangelię marnotrawnego syna i ojcowskiej hojności można by zatem nazwać także przypowieścią o bar micwie – tradycyjnym w Izraelu geście, kiedy to ojciec uznawał, przyjmował syna jako dojrzałego.

Niedojrzała dojrzałość, którą Ojciec zna, przyjmuje i obdarza zaufaniem. Ten gest przekazania połowy majątku odciśnie w synu niezatarte rysy – najpiękniejsze podobieństwo do Ojca. To dlatego Ojciec nie musi za nim biec. Czeka cierpliwie – co oczywiście oznacza cierpienie, bo taki jest źródłosłów słowa „cierpliwość”. Czeka, aż rysy podobieństwa przemówią w synu. Jakby mówił do niego: Mam do ciebie zaufanie, możesz obrać właściwą drogę, jesteś przecież moim synem, podobnym do Mnie. Gdyby sparafrazować słowa świętej Faustyny: „Jezu, ufam Tobie”, można by usłyszeć Ojca mówiącego do mnie w chwilach zagubienia: Wojciechu, ufam tobie..

Doświadczenie wolności i zaufania jest zatem przestrzenią podobieństwa mojego wnętrza do Boga Ojca. Zrozumieją to z łatwością ci, których wychowywano w rodzinach – często w najlepszej wierze – z przesłaniem: Tylko niczego nie popsuj, nie zrób sobie krzywdy.

Lekiem na paraliżujący strach blokujący działanie, które może się zakończyć porażką, jest doświadczenie wolności i zaufania. Rozważając wcześniej przypowieść o miłosierdziu, myślałem, że Ojciec jest smutny, gdy pozwala synowi odejść z połową majątku. Dziś przypuszczam, że odczuwał dumę i drżenie równocześnie. Ja takie właśnie uczucia odnajdywałem w sobie, czytając Guardiniego: „Bóg pozwala na zabawę, cieszy się z rozkwitania i marnotrawstwa, dopuszcza to, co zbędne i z pozoru głupie. Zostawia czas na niepewność, zwlekanie i niezdecydowanie. Nie interweniuje…”.

Ojciec wiedział przecież, że dojrzałość syna jest niedojrzała, że przekazując mu talent, obdarzył go zaufaniem na wyrost, ale równocześnie wiedział, że nie ma innej drogi do prawdziwej dojrzałości, jak tylko obdarzenie zaufaniem. A potem przyszły chwile oczekiwania, które nie miały nic wspólnego z obojętnością.

Ewangelia lekkoatletyczna

Widać to wyraźnie w przypowieści, gdy powracający syn pojawia się na horyzoncie, na tyle blisko, że Ojciec może go dostrzec. Święty Łukasz powie, że wybiegł naprzeciw niego – dlatego lubię nazywać tę Ewangelię lekkoatletyczną. Bóg, który biega – tak opowiada o Nim Jego Syn, Jezus Chrystus! Ileż w tym ruchu tęsknoty i radości! Za chwilę zaowocują one pełnym czułości gestem zarzucenia rąk na szyję i ucałowaniem syna.

A starszy syn? On też, dzięki szalonej i nieobliczalnej odwadze młodszego brata, przeżyje swoją bar micwę – błogosławieństwo dojrzałości. Wracając z pola, zapyta sługę o powody muzyki i tańca. Gdy usłyszy, że Ojciec wyprawił ucztę, ponieważ odzyskał syna, obrazi się. Młodszy roztrwonił przecież majątek! Zbankrutował! Zmarnował tyle lat życia! Ojciec wyjdzie mu naprzeciw, cierpliwie tłumacząc tajemnicę miłosierdzia.

I to wtedy właśnie starszy syn usłyszy wspaniałe błogosławieństwo, że wszystko, co jest Ojca, należy do niego. Ojciec wie oczywiście, że starszy syn też jest niedojrzały, że potrafi się obrazić, a mimo to kieruje do niego pełne zaufania słowa – możesz wziąć z mojego, co chcesz, bo to jest twoje.

Starszy syn, starszy brat na zawsze zapamięta te słowa. To one odcisną w nim najpiękniejsze rysy podobieństwa do Ojca.

Tekst Wojciecha Prusa OP zamieszczonego w miesięczniku „W drodze” 10/2015. Tytuł, lead, śródtytuły i skróty pochodzą od redakcji Dominikanie.pl.