Po pierwsze, trudności z przeżywaniem i wyrażaniem złości. Po drugie, strata, czyli odejście kogoś ważnego lub utrata czegoś istotnego, np. pracy.

 Z ojcem Tomaszem Gajem OP rozmawia Magdalena Pajkowska:

Magdalena Pajkowska: Jak daleka jest droga od marudzenia do depresji?

– Tomasz Gaj OP: Nie każdy maruda zmaga się z depresją. Istnieje jednak związek między marudzeniem-samokrytycyzmem a stanami depresyjnymi. Nic dziwnego. Jeśli ciągle powtarzamy sami sobie komunikaty: „Nie wyjdzie ci… Nie dasz rady… Inni są lepsi od ciebie i nigdy ich nie dogonisz… Nie wykorzystałeś już tylu szans w życiu, więc wszystko stracone…”, to obniżamy swój nastrój, narażając się na depresję. Najczęściej nieświadomie podcinamy sobie skrzydła. Bolesny efekt jest jednak taki, że nie możemy później wzbić się ku życiu.

Dlaczego warto mówić o depresji?

– To jeden z głównych problemów zdrowotnych na świecie. Wiele już o niej wiemy, ale wciąż jest bardziej skomplikowana, niż nam się wydaje. To taki worek, do którego można wrzucić wiele różnych rzeczy. Mogą się tam znaleźć ciężka depresja, która jest chorobą i ma swój przebieg, obraz i leczenie, ale również stany obniżonego nastroju, które w różnym stopniu dotykają każdego z nas.

Nie do końca znane są przyczyny depresji. Wymienia się powody biologiczne (brak określonych substancji w mózgu), psychologiczne (trudności w radzeniu sobie z emocjami) i społeczne (relacje z innymi).

Czy każdy w swoim życiu przeżywa takie stany?

– Depresja to choroba cywilizacyjna. Jest związana z samotnością. Dziś akcent bardziej przesuwa się z „my” na „ja”. Dawniej ludzie żyli w bliższych relacjach, w rodzinach wielopokoleniowych. Teraz często jesteśmy pozbawieni naturalnego środowiska, które mogłoby nam pomóc przeżyć różne trudne wydarzenia w naszym życiu.

Od jakiego momentu należy szukać pomocy?

– Przyszedł do mnie ktoś i mówi: „Mam depresję”. „Skąd wiesz?”. „Bo zrobiłem sobie test w Internecie”. To nie tak! Nie można stawiać powierzchownej diagnozy. Może to przynieść więcej szkody niż pożytku. To, co nas motywuje do szukania pomocy, to cierpienie, którego nie możemy unieść. Moim zdaniem ważniejsze jest zrozumienie przyczyn i tym zajmuje się psychoterapeuta, natomiast lekarz farmakologicznie leczy skutki.

Skąd bierze się depresja?

– Psychologicznie mówi się o dwóch sytuacjach, które mogą być źródłem depresji. Po pierwsze, trudności z przeżywaniem i wyrażaniem złości. Po drugie, strata, czyli odejście kogoś ważnego lub utrata czegoś istotnego, np. pracy. To prowadzi do smutku.

Do smutku czy do rozpaczy?

– Tu dotykamy zasadniczej różnicy. Smutek jest naturalną reakcją, rozpacz jest już reakcją depresyjną. Doświadczam straty i jest mi bardzo smutno, straciłem kogoś, kogo kochałem. Wchodzę w normalny proces żałoby, czyli przyjęcia straty i przeżycia olbrzymiego smutku, który musi jakiś czas trwać. Natomiast depresja jest to patologiczna i nieprzeżyta żałoba. Zamiast zdrowego smutku pogrążam się i trwam w nieprzemijającej rozpaczy. Odczuwam beznadzieję, bezsilność, brak woli i sił do życia.

Od którego momentu możemy mówić o depresji, a nie o zwyczajnym przygnębieniu?

– To zależy od długości i intensywności objawów. W codzienności doświadczamy różnego rodzaju stanów depresyjnych, ale ich natężenie nie jest na tyle duże, by nazywać je chorobą.

Jest kilka kryteriów opisujących depresję: stan przygnębienia, który trwa co najmniej dwa tygodnie; utrata przyjemności z tego, co robisz; zmiany w wadze ciała; utrata energii; uczucie braku własnej wartości albo poczucie winy; kłopoty z koncentracją lub podejmowaniem decyzji; myśli o śmierci; kłopoty ze snem.

Czy są cechy charakteru, które ułatwiają działanie depresji?

– Powiedziałbym raczej o niezdrowych sposobach radzenia sobie z emocjami. Stare powiedzenie psychoterapeutyczne mówiło: „Albo ekspresja, albo depresja”. Autentyczne przeżywanie uczuć pomaga. Depresję można opisać takimi słowami jak: bezbarwność, szarość, przepaść, czarna dziura, martwota, pustka. To stan, w którym umiera prawdziwe życie emocjonalne, a właściwie chowa się pod warstwą beznadziei.

Czy płacz jest wyrażaniem emocji?

– Zdrowy płacz – tak. Płaczliwość – nie. Gdy coś boli, gdy jest mi smutno, gdy mam powód – płaczę. To mija.

„Żegnaj, smutku, witaj, smutku…” – pisał Paul Éluard.

– … i życie toczy się dalej. Smutek przychodzi i odchodzi. To zdanie świetnie pokazuje dynamikę uczuć. Są i odchodzą – jak fala. Z płaczliwością jest inaczej. Człowiek nie wie, czemu płacze. Nie umie podać konkretnego powodu, tylko mówi: „Płaczę, bo jest mi źle, beznadziejnie, nic nie mogę zrobić”.

To oznaczałoby skłonność do uogólniania?

– Uogólnianie to inny mechanizm obronny sprzyjający depresji. Pytamy: „Ale co jest beznadziejne? Konkretnie”. Osoba w stanie depresyjnym odpowie, że wszystko. Ja jestem beznadziejny, moje otoczenie jest beznadziejne, nie mam przyszłości.

To takie zaburzenie postrzegania świata?

– Nazywamy to triadą depresyjną: negatywnie myślę o sobie, o świecie i o przyszłości. Osoba w depresji patrzy na wszystko przez czarne okulary.

Czy krytykowanie siebie sprzyja depresji?

– Depresja nie spada na nas jak jastrząb z nieba. Tworzymy ją przez swój sposób bycia, radzenia sobie z uczuciami, podejście do siebie i świata. Najczęściej jest to proces, który trwa wiele lat i odbywa się nieświadomie. Przypomina mi się historia, która wydarzyła się niedawno w naszym klasztorze. Któregoś dnia z kotłowni zaczęła buchać para. Okazało się, że nikt nie zwrócił uwagi na kocioł, na który latami spadała jedna mała kropla. W końcu blacha nie wytrzymała i piec wybuchł.

Podobnie z depresją. Nadmierna surowość i krytykowanie siebie, które są niezauważone jak kropla, mogą doprowadzić do stanów depresyjnych.

Dotykamy tu drugiego źródła depresji – nieumiejętności radzenia sobie ze złością. Osoba, która nie umie zdrowo przeżywać gniewu, ciągle kieruje go przeciwko sobie i bezustannie siebie krytykuje. Ma tendencję do obwiniania się za rzeczy, którym nie jest winna. Jest to rodzaj ataku na samego siebie. Może to w skrajnym wypadku doprowadzić do targnięcia się na własne życie.

Jak powinno wyglądać wspieranie chorego przez bliskich?

– Nie pomaga ten, kto także pogrąża się w smutku. Pomaga ten, kto żyje i pokazuje drogę ku życiu. Najgorsze według mnie jest mówienie: „Weź się w garść”, ale szkodliwe jest też bagatelizowanie.

Co zatem pomaga?

– Towarzyszenie w bliskości i zrozumieniu. Ponadto próba wydobywania spod beznadziei żywych uczuć, których osoby w depresji unikają. Trzeba też uczyć taką osobę zdrowej miłości do siebie.

Co to jest zdrowa miłość do siebie?

– To taka miłość, jaką kocha mnie Bóg. Potrafię kochać innych, bo potrafię kochać siebie. Zdrowa miłość zauważa, docenia i pozwala sobie na przeżywanie wszystkich uczuć. W depresji jest dokładnie odwrotnie. Ważny jest również stosunek do porażki – potrafię ją przyjąć, wyciągnąć wnioski i iść dalej, bez gnębienia siebie. W stanie depresyjnym każdy błąd jest dodatkowym argumentem do obwiniania się. Zdrowa miłość do siebie pozwala też mądrze, z radością przyjąć sukces. Osoba w depresji nie ucieszy się nim.

Czy można mówić o duchowym podłożu depresji?

– Ojcowie pustyni nie mówili o depresji, ale o acedii – duchowym zmęczeniu, paraliżu duszy. Ewagriusz z Pontu twierdził, że najlepszym lekarstwem na to jest cierpliwość.

Pomaga, a nawet chroni przed depresją, również zdrowa religijność. Jej cechy to miłość, wolność i otwartość. Chora religijność zaś może depresję utrwalić. Jeśli człowiek negatywnie postrzega świat, podobnie będzie patrzeć na Boga. Będzie to Ktoś, kto czyha i widzi tylko zło, grzech. Może tu pomóc… nawrócenie, czyli zmiana mojego myślenia o Bogu.

Czy jest to łaska czy praca?

– Współpraca. Bóg daje nam takie sytuacje, które nagle robią wyrwę i w moim schemacie myślenia pojawia się jakaś przestrzeń. Mogę ją przegapić albo wykorzystać jako szansę, przewietrzyć moje życie i pozwolić wpaść promieniowi słońca do mojej ciemnej piwnicy.

 

Rozmowa ukazała się w miesięczniku „Tak Rodzinie” 9/2015, wydawanym przez zgromadzenie Sióstr Loretanek.

takRODZINIE_winieta

 fot. flickr.com / leafbug