Jak przekraczaliśmy siebie (każdy z osobna i wszyscy razem).

Forum Młodzieży Dominikańskiej na Jamnej: 173 gimnazjalistów i licealistów, siedmiu duszpasterzy, jedna siostra zakonna, 10 prowadzących warsztaty, czterech wolontariuszy, trzy panie kucharki oraz dwa psy i cztery osły, malowniczo porykujące na pobliskiej  polanie.

Zimny prysznic a życie duchowe

O wakacjach na Jamnej wśród dominikańskich duszpasterstw przez cały rok krążą legendy.

– Jeszcze zanim tu przyjechałem, dużo słyszałem o tutejszych widokach, cudownej oranżadzie i okazji do poznania nowych ludzi. Jest ich tylu, że największym problem okazało się poznanie imion nowo poznanych osób – mówi Michał. – Dobrze, że mieliśmy grę terenową, która to ułatwiła, zwłaszcza, gdy w pewnym momencie się zgubiliśmy i musieliśmy znaczyć nowe ścieżki.

– Po powrocie z Jamnej do domu najbardziej tęsknię za momentem, gdy o szóstej rano okazuje się, że jednak woda nie tylko jest, ale jest ciepła! Wszyscy są wtedy szczęśliwi, cieszą się, wychodzą i gadają. Mimo, że się nie znają, niemal się przytulają – żartuje Jan Paweł.

Powtarzająca się w rozmowach kwestia zimnych pryszniców to stały element jamneńskiego folkloru. Choć nasi opiekunowie radzą nam a to kąpać się o szesnastej, a to zawile tłumaczą techniki takiego mycia się, by zużyć jak najmniej gorącej wody z bojlerów, logistyka nieustannie nas przerastała.

Do tego stopnia, że w naszej miejscowej gazetce ściennej „Jamnofaza” przeprowadziliśmy nawet śledztwo próbujące ustalić, gdzie leży problem. Co prawda doszliśmy do pewnych wniosków (bynajmniej nie tylko takich, że mamy do czynienia z cudem niezamarzania wody mającej poniżej zera stopni), które opublikowaliśmy w artykule pod znamiennym tytułem „Zaufaj Panu i wejdź do kabiny”, ale postanowiliśmy nie zachowywać ich dla potomności. I zamiast nawoływać do wodnej rewolucji, wolimy się wsłuchiwać w dobiegające z łazienki pieśni, których śpiewanie ma ponoć zbawienny wpływ na radzenie sobie z zimną wodą.

Poza tym wielu z nas podpisałoby się pod stwierdzeniem Dominiki: że „zimne prysznice na Jamnej znacznie wpływają na życie duchowe”. – Pozwalają bowiem przekraczać swoją wygodę, każą się przełamać. A przez to uświadamiam sobie, że gdy raz zdołam przekroczyć siebie, uda mi się i drugi – tłumaczyła w prowadzonej przez nas rubryce „Ludzie Jamnej”.

Jak być wygranym (nawet mimo przegranej)

Stwierdzenie to nabrało w tym roku szczególnej aktualności, ponieważ hasło tegorocznego Forum brzmiało: „Przekroczyć siebie”. To jemu najwięcej miejsca poświęcali duszpasterze w głoszonych codziennie kazaniach. Zachęcali nas do spojrzenia na przykład św. Piotra „wygranego, choć przegranego” (o. Maciej). Analizując historię o wzburzonym jeziorze Genezaret, przekonywali, że „każda przeszkoda (»fale«) są dla nas okazją, żeby jak apostołowie krzyknąć z wiarą: „Kyrios, Panie, Ty jesteś naszym Zbawicielem, pomóż nam!” (o. Paweł). Tłumaczyli, że właśnie nasze poczucie bezsilności i bezradności wobec naszego grzechu i przyznanie się przed sobą i przed Bogiem pozwala Bogu na wkroczenie w to miejsce z Jego działaniem (o. Tomasz).

Wyjazd na Jamną był także okazją do ciągłego przekraczania siebie podczas odbywających się rano i po południu warsztatów: biblijnych, liturgicznych, rodzinnych, teatralnych, pisania ikon, wokalnych i dziennikarskich.

Biblia po hebrajsku

Podczas warsztatów biblijnych nie tylko czytaliśmy wybrane fragmenty Pisma, ale też staraliśmy się je rozumieć w kontekście zarówno religijnym, jak i kulturowo-historycznym. Dowiedzieliśmy się na przykład, że dla ludzi Starego Testamentu „Przymierze” nie było zwykłym porozumieniem, ale ścisłą więzią, w której ludzie dbali o siebie nawzajem i byli gotowi na poświęcenie dla innych.

Psalmy interpretowaliśmy nie jako dzieło literackie, ale jako wyraz relacji z Bogiem. A ponieważ w hebrajskim każde słowo ma wiele znaczeń, dlatego czytaliśmy też teksty w oryginale, szukając w nich ukrytych przesłań, o których wcześniej nie wiedzieliśmy. Jeden z Psalmów nauczyliśmy się nawet śpiewać po hebrajsku na melodię chasydzką (to był też popisowy numer podczas wieczoru podsumowującego Forum).

„Jamnofaza” z ręką na pulsie

Owoce pracy na warsztatach dziennikarskich pokazywaliśmy na bieżąco na naszym „analogowym Facebooku”, czyli gazetce ściennej „Jamnofaza”. Codziennie publikowaliśmy „temat dnia”, taki jak wywiad z siostrą Noemi czy infografika „Ile pochłaniamy” (m.in. 180 kilogramów mięsa, 231 litrów oranżady). Mieliśmy też stałe rubryki: „Warsztatownia” z newsami o tym, co się dzieje u innych, „Wynieś z kościoła”, dzięki której mogliśmy sobie przypomnieć, co danego dnia było mówione na kazaniu, „Ludzie Jamnej” z krótkimi wypowiedziami naszych koleżanek i kolegów (ich portrety robiliśmy własnoręcznie!).

Wielką popularnością cieszyły się kwestionariusze „100 pytań do duszpasterza”, w których pytaliśmy naszych ojców m.in. o to, czego się od nas uczą (o. Paweł: „Najważniejsze to być autentycznym. Kiedy ktoś zaczyna mówić jak z książki, to się wycofujecie i nie jesteście tym zainteresowani”), z czym sobie najgorzej radzą (o. Benedykt – z odbieraniem telefonów, o. Krzysztof – ze śpiewaniem), jakimi byli nastolatkami (o. Rafał był kiedyś punkiem z długimi włosami i w glanach) oraz jaki fragment Pisma Świętego lubią najbardziej (o. Jacek nawet daje swoim podopiecznym do powieszenia na lustrze cytat zaczynający się od „Dziękuję Ci, że mnie stworzyłeś tak cudownie”).

Ikona zależy od osobowości twórcy

Podczas warsztatów ikonopisarskich każdy z uczestników stworzył ikonę Chrystusa, która ostatniego dnia została uroczyście poświęcona. Ale zanim mogło to nastąpić, uczyliśmy się rysunku i odpowiednich proporcji, za pomocą żółtka kurzego, białego wina i pigmentów rozrabialiśmy farby i przenosiliśmy dzieło na deskę. A potem przekonywaliśmy się, choć istnieje schemat pisania ikon, każda jest nieco inna, ponieważ tworzą je ludzie o różnej osobowości.

Ponieważ warsztaty pisania ikon odbywały się na kościelnym chórze, podczas gdy piętro niżej ćwiczyła schola, nie tylko mieliśmy zapewniony dobry nastrój, ale w ogóle cała praca nabierała dodatkowego kontekstu.

Liturgia – temat do dyskusji

Na warsztatach liturgicznych, wbrew pozorom, było dużo dyskutowania, bo choć doktryna się nie zmienia, to liturgia często. I tak na przykład w szóstym wieku spowiedź przewidywała wyjście na środek kościoła i wyznanie swoich grzechów przed wszystkimi. Dobrze było też się dowiedzieć, że psalmu nie powinno się śpiewać spoza ambony.

Ważną częścią warsztatów była praca nad tekstem Josepha Ratzingera „O istocie liturgii”. Według późniejszego Benedykta XVI, liturgia nie istnieje bez wspólnoty, dopełnia się tylko w niej. Żeby lepiej zrozumieć tekst, mieliśmy za zadanie streszczać go innym osobom. To zdecydowanie ułatwiło sprawę.

Zakochani – i co dalej

Prowadzący warsztaty rodzinne wyszli od tego, że wszystkie uczucia – choć dzielą się na przyjemne i trudne – są dobre. Ważne jest natomiast, co my z nimi zrobimy. Wspólnie zastanawialiśmy się nad tym, jak rozwiązywać konflikty z rodzicami (bardzo pomogło odgrywanie scenek).

Ale też: jak radzić sobie z dorastaniem i co robić, gdy się zakochamy (chłopaki szczególne zainteresowanie wykazali tematem „jak się zbliżyć do dziewczyny, żeby nie uciekła”).

Sporo było o różnicach między rozmową dwóch koleżanek a rozmową dwóch kolegów na temat zakochania i o tym, czy przyjaźń między kobietą a mężczyzną jest możliwa (tu zdania były wyraźnie podzielone).

Widzu, skup się!

Warsztaty teatralne, co ważne, nie były lekcjami aktorstwa, ale nauką, jak zrealizować spektakl: od pomysłu do premiery. Budowaliśmy klimat przestawienia na podstawie zdjęć, muzyki i filmów, dopasowywaliśmy muzykę do scen. Przekonywaliśmy się, że na scenie nie powinno być zbyt dużo symboli, bo może to rozpraszać widza i ćwiczyliśmy postawę aktorską, w której powinno się być lekko skierowanym w stronę widowni.

Wszystko, czego się nauczyliśmy, wykorzystaliśmy w spektaklu „Ja to mam szczęście”, który wystawiliśmy pod koniec pobytu na Jamnej. Choć aktorzy na scenie nie mówili ani słowa, za pomocą muzyki (od „Tej ostatniej niedzieli” po Kaczmarskiego), gestów i odpowiednio dobranych rekwizytów (np. obrusów, których zmiana pokazywała upływ czasu) przestawili historię tego, jak zmieniała się Polska w dwudziestym wieku.

Pieśni i piosenki w czterech językach

Warsztaty wokalne dla wielu z nas były na początku dużą zagadką, bo Bartek, który je prowadził, jeszcze rok wcześniej przyjeżdżał na Jamną jako uczestnik Forum Młodzieży. Uważnie przyglądaliśmy się więc, jak sobie radzi w nowej roli. Szybko uznaliśmy, że „Młody daje radę”.

My na początku niekoniecznie – pierwszego dnia z czterech pieśni, których próbowaliśmy się nauczyć, wyszła nam ledwie jedna, ale potem było już tylko lepiej. Kilka pieśni, m.in. „Stabat Mater”, uczyliśmy się po polsku i po łacinie, a oprócz utworów sakralnych, takich jak pieśń „Nieście chwałę, mocarze”, ćwiczyliśmy także m.in. „Viva tutte levezzose” oraz „Everybody sing freedom”. Ten ostatni utwór trafił też do repertuaru minikoncertu, który daliśmy na zakończenie pobytu na Jamnej.

Co powiedziała Julia

Pewnie każdy z uczestników Forum ma dziś w pamięci swoją własną Jamną, ale chyba każdy podpisałby się pod tym, co w naszej ściennej gazetce powiedziała Julia: – Nie wiem, jaką jedną jamneńską rzecz chciałabym zachować na co dzień. Gdybym mogła, najchętniej wszystko bym zachowała. Chociaż nie, nie wszystko, bo gdybym w codzienności miała zimne prysznice, marmoladę, ciasne pokoje i lemoniadę, nie doceniałabym ich na Jamnej. Na pewno chciałabym zachować obecną atmosferę. Taką atmosferę, że nic nie musisz, wszyscy sobie bezinteresownie pomagają i czujesz prawdziwą wolność.