Twoja wiara nie jest tylko twoją sprawą.

Wiara chrześcijanina nie jest tylko jego sprawą prywatną. Żyjemy dzisiaj we wspólnocie wiary zwanej Kościołem, faktycznie jednakże w pewnej „diasporze”, która może obejmować również własnych krewnych. Mam tutaj na myśli nie tylko rozszczepienie wyznaniowe, o ile w naszym otoczeniu lub też wśród krewnych występują różnice wyznań chrześcijańskich, lecz tych, bardziej lub mniej licznych w naszym otoczeniu, którzy stali się właściwie niewierzącymi, niekiedy aż do wrogości, łącznie z oficjalnym wystąpieniem z Kościoła.

Gdyby to byli ludzie całkowicie nam obojętni, z którymi łączą nas jedynie sprawy zawodowe i konwencje towarzyskie, to byłoby to wszystko łatwe do zniesienia, lub inaczej: byłoby to tylko ciężarem na duchu i sercu, ogarniającym nas na myśl, jakże po dwóch tysiącach lat mało znane i kochane jest imię Chrystusa. Ale przecież często są to ci, którzy do nas „należą”, których kochamy, z którymi powiązani jesteśmy więzami krwi, wspólnoty życia i losu, miłości, i to pod wieloma względami bardziej niż z tymi, których nazywamy „domownikami w wierze”.

Ileż pytań wiąże się z taką sytuacją, ile trosk i bólu! Jak może drżeć serce matki, gdy pyta siebie, czy to jej wiara, czy też niewiara otoczenia zwycięży w sercach jej dzieci! Jak może zranić żart albo szydercza odmowa, gdy pochodzi od tych, których kochamy! Ile bolesnych pytań może powstawać, na które moralista w teorii zapewne łatwo mógłby odpowiedzieć, które jednak w praktyce pozostają bez jasnej odpowiedzi. Co może powiedzieć swojemu dziecku matka, gdy ojciec nie bierze udziału w świętowaniu pierwszej komunii, do której przygotowywała je w wierze i miłości? Co może odczuwać, gdy każdy wzrost miłości do ojca zwiększa zagrożenie dla wiary dziecka? Albo co ma zrobić ojciec, gdy jego córka wychodzi za mąż, nie przestrzegając przykazań Kościoła, tak że nie może on tego małżeństwa uznać za ważne przed Bogiem? Kiedy dyskrecja staje się tchórzostwem, a wyznanie wiary wścibstwem?

Zbyt łatwo wpada się w zacietrzewienie, bunt przeciwko autorytetom kościelnym, przeciwko księżom i współwierzącym, ponieważ swoim zachowaniem kompromitują chrześcijaństwo wobec niechrześcijańskich krewnych; złości pomieszanie wiary i przesądów odkrywane u współwierzących; mimo woli sprawdza się, czy dobro, które odnajduje się na zewnątrz w nauce, sztuce i szlachetnym człowieczeństwie można dostatecznie wyraźnie znaleźć także wewnątrz siebie.

Człowiek zawsze potrzebuje tysięcy rozważań, uzasadnień i apologii, przynajmniej wewnętrznie, aby dojść do zespolenia się z wiarą w konkretnym Kościele, ponieważ widzi się wszystko jednocześnie oczami innych, którzy są „na zewnątrz”, a których przecież kochamy. Najbardziej mgliste i najtrudniejsze jest jednak w tych relacjach pytanie o wieczne zbawienie tych właśnie, których kochamy. Patrzymy przecież na życie ze strony wiary, która wiąże nas ze sobą jako członki mistycznego ciała, jako obdarzonych łaską i zobowiązującą wolą Boga, i bylibyśmy pozbawieni miłości, gdybyśmy chcieli postępować tak, jakbyśmy nie mieli wypływającego z miłości obowiązku dbania o zbawienie tych, których opatrzność boska z nami związała. Jesteśmy wezwani przez słowo Boga, abyśmy „z bojaźnią i drżeniem” – to znaczy z czcią przed tajemnicą Boga – „zabiegali o własne zbawienie” (por. Flp 2,12). Jak łatwo człowiek oszukuje sam siebie i ucieka od swojej ostatecznej odpowiedzialności! Cóż moglibyśmy czynić innego, jak w świętej bojaźni nie myśleć o zbawieniu wiecznym innych, nam bliskich?

W tym miejscu musi wystarczyć powiedzenie kilku następujących słów. Najpierw musimy wewnętrznie przybliżyć sobie sytuację sąsiadowania wierzących i niewierzących. Według ludzkich miar nie można oczekiwać powszechnej przemiany w sensie przejścia do żywej wiary, nawet jeśli myślimy tylko o konkretnym, najbliższym kręgu. Będziemy zawsze obcymi, nawet wśród tych, których kochamy. Słowa Ewangelii o rozdwojeniu, które sam Chrystus przynosi do rodzin (Mt 10,21 i nast., 34 i nast.), o wybraniu Go przeciw własnemu rodowi nabierają dzisiaj znowu twardego tonu i praktycznego znaczenia.

Faktem pozostaje zawsze misja od Boga, zadanie i łaska. Osamotniony musi wciąż na nowo zdobywać wiarę, musi żyć o własnych siłach i nie może być socjologicznym produktem otoczenia. Wiara staje się pełną wysiłku, powątpiewania, troski, staje się drzewem z mniejszą liczbą liści i kwiatów, niż to było kiedyś; ale zaczyna mieć głębsze korzenie i koncentruje się na tym, co istotne. Ma bardziej osobisty, a mniej instytucjonalny charakter. Czy jednak taka wiara, jeśli jest współcześnie przeżywana, jest mniej autentyczna niż w barokowym albo średniowiecznym chrześcijaństwie? Czy wcześniej człowiek nie był dopiero wtedy żywo wierzącym, gdy zaczął odróżniać słowo Boga od słowa człowieka, gdy słuchał słowa swego sumienia, chociaż wszyscy wokół byli innego zdania?

Wiara chrześcijanina jest dzisiaj bardziej osobista, mniej zależna od otoczenia niż w minionych wiekach. Dlatego jest mniej odporna na zagrożenia. Słaby człowiek nie powinien tych zagrożeń lekkomyślnie wywoływać; ale tam, gdzie one są, ma także obietnicę wierności Boga.

Po drugie, o ile sytuacja diaspory jest tak bardzo obciążeniem dla wierzącego, to jest ona również łaską i nie można tej łaski odrzucać przez trzymanie się w miarę możliwości z daleka od bliźnich i krewnych. Można to wprawdzie dzisiaj sobie wyobrazić: każdy przecież sam zarabia na swój chleb. Nie powinno się jednak tego robić. Mogą istnieć ekstremalne przypadki tak wielkiego konfliktu i wrogości, że nie pozostaje nic innego, jak podobnie do Abrahama – wyprowadzić się z ziemi rodzinnej i z domu ojców (Rdz 12,1). Jednak na ogół trzeba strzec się przed tym, aby wiara nie stała się pretekstem do odmówienia rodzicom, krewnym iw ogóle bliźnim tego, co z woli Boga jest się im winnym z samej natury (por. Mk 7,9–13). Odpowiedzialność przed sobą i samodzielność wierzącego zakłada ponadprzeciętną miarę niezależności w osobistym myśleniu i odczuwaniu – takiego nastawienia nie powinno się jednak rozszerzać na te sprawy, którym lepiej tego oszczędzić.

W omawianym problemie na uwagę zasługuje to, że Paweł zaleca utrzymanie wspólnoty małżeńskiej, gdy jeden z małżonków staje się chrześcijaninem (o ile chodzi o stronę chrześcijańską); apostoł spodziewa się z tego powodu błogosławieństwa dla rodziny, nawet jeśli nie staje się ona, albo jeszcze nie staje się całkowicie chrześcijańską (1 Kor 7,14). Taka jednoczesna wierność Bogu w wierze oraz wobec bliźnich innych przekonań może jak miecz ranić serce; trzeba to jednak znieść. Jakieś kazuistyczne rozwiązanie nie jest tutaj możliwe. Gdy serce kocha dzielnie i bezinteresownie, znajdzie właściwą drogę – może mozolnie i wciąż próbując na nowo, ale nie jesteśmy tutaj powołani do czegoś więcej niż do nigdy niekończącego się zadania.

Po trzecie, pozostało powiedzieć skromne słowo na najtrudniejszy punkt tego tematu: troskao wieczne zbawienie naszych znajomych i bliskich, którzy nie podzielają naszej wiary. Można mieć dzisiaj wrażenie, że omija się u nas tę kwestię z zakłopotaniem, jakby tą sprawą miał się zajmować jedynie Kościół; przechodzi się więc wżyciu obok całego kompleksu konkretnych problemów.

Przede wszystkim jest oczywiste: nie znamy prawdziwej i określonej odpowiedzi w przypadku  żadnego człowieka. Żadnego. Również „dobrych katolików”, którzy umierają zaopatrzeni wszystkimi świętymi sakramentami. Co prawda na grobach tych, którzy zmarli jako wierzący w społeczności swego Kościoła, piszemy, że spoczywają w pokoju; piszemy tak, bo my i inni powołani jesteśmy do nadziei. Nie jest to jednak przewidywanie osądu Boga. Wszyscy, również dobrzy, wierzący chrześcijanie w milczeniu pogrążają się w tajemnicy Boga i nikt nie zna Jego wyroków. Również ziemski Jezus powiedział, że nie sądzi nikogo (J 8,15). Tę niepewność dotyczącą wszystkich może wypełniać nadzieja dla wszystkich.

Fakt, iż ktoś – dla nas uchwytny – zmarł w pokoju widzialnego Kościoła, jest dodatkowym powodem do nadziei na wieczny pokój dla niego, którego nie mamy w przypadku innych. Różnicę tę musimy przyjąć z milczącą pokorą. „Człowiecze! Kimże ty jesteś, byś mógł się spierać z Bogiem?” (Rz 9,20). Można jednak, a nawet trzeba również dla innych mieć nadzieję na ratujące miłosierdzie Boga. Przede wszystkim ogólnie ważne jest to, co przed ponad stu laty ogłosił Pius IX: „Musimy pewnie trzymać się tego, iż przez tę winę [brak przynależności do wiary Kościoła] przed oczyma Boga nie będzie dotknięty nikt, kto żyje w niedającej się przezwyciężyć nieznajomości prawdziwej religii. A kto ważyłby się sądzić, że mógłby podać przypadki, w których taka nieznajomość nie mogłaby już mieć miejsca? Jak rożne są przecież przypadki w zależności od różnic między narodami, krajami i sytuacją jednostki!”

Trzeba to powiedzieć nie tylko ze względu na dalekie pogańskie ludy i czasy; dotyczy to również tych, którzy żyją wśród nas. Każdy człowiek dysponuje według nauki Pisma i Kościoła wystarczającą łaską, aby działać w kierunku własnego zbawienia; każdy, komu przydarza się możliwość decyzji etycznej, traci przy tym zbawienie tylko z własnej winy – a każdy, kto znajduje zbawienie, znajduje je na drodze mającej w swojej istocie kierunek ku widzialnemu Kościołowi; nie wynika jednak stąd, że każdy w każdym przypadku musi mieć wystarczającą łaskę, która za jego życia mogłaby się przeobrazić w dotykalną przynależność do Kościoła. Ten, kto chciałby tak twierdzić, mówiłby zarazem, że każdy dorosły, który dłuższy czas przeżył wśród chrześcijan katolików i nie stał się katolikiem, z ciężkim grzechem zawiódł ofiarowaną mu łaskę. Twierdzenie takie nie tylko nie da się udowodnić, ale wykracza też przeciw miłości i przeciw poważaniu, jakie powinniśmy okazywać rozstrzygnięciom sumienia kogoś innego – aż do pozytywnego dowodu jego winy (którego przecież się nie spodziewamy).

Istnieje łaska boska skierowana przez Chrystusa do „wielu” (Mt 20,28; por. 1 Tm 2,6), to znaczy dla wszystkich stojących wobec Niego, od pierwszego do ostatniego człowieka, a więc łaska Boga w Chrystusie również poza widzialnym Kościołem. Błędem byłoby sądzić, że przyjęcie łaski miałoby w każdym przypadku już w ziemskim życiu skutkować przejściem do pełnej postaci wiary chrześcijańskiej. Może być więc tak, że ktoś w niedostępnej dla nas głębi sumienia z wiarą skłonił się już do Boga, ale ten proces zbawczy nie rozwinął się do pełnego katolickiego chrześcijaństwa.

Teologowie pytają, co w sposób konieczny należy do takiego daru łaski wgłębi serca; formułują to zwykle z uwagi na wymienione w Liście do Hebrajczyków 11,6 („Przystępujący (…) do Boga musi uwierzyć, że Bóg jest i że wynagradza tych, którzy Go szukają”) warunki, które może spełnić zgoła wielu żyjących „na zewnątrz”, i to tym bardziej, że wszelkie prawdziwe rozstrzygnięcie etyczne zawiera w sobie przynajmniej nieświadomie uznanie Boga. Istnieje niezakwestionowane ujęcie w teologii katolickiej, według którego potrzebna wiara dana jest wystarczająco również wtedy, gdy istnieje pełne czci nastawienie do wiary, chociaż dany człowiek nie dochodzi do poznania zbawczego posłania Chrystusa. W Liście do Rzymian czytamy: „Gdy poganie, którzy Prawa nie mają, idąc za naturą, czynią to, co Prawo nakazuje, chociaż Prawa niemają, sami dla siebie są Prawem. Wykazują oni, że treść Prawa wypisana jest w ich sercach, gdy jednocześnie ich sumienie staje jako świadek, a mianowicie ich myśli na przemian ich oskarżające lub uniewinniające. Okaże się to w dniu, w którym Bóg przez Jezusa Chrystusa sądzić będzie ukryte czyny ludzkie, według mojej Ewangelii” (Rz 2,14–16).

Jeśli się nad tym zastanowić, to nie będzie się uważać dobrych obyczajów „pogan” za „błyskotliwy nałóg”, jakby chodziło o jedynie naturalną dobroć, poprzedzającą zbawienie w Chrystusie; raczej dopuści się pełną możliwość, że chodzi o dobre obyczaje, które, niesione łaską Chrystusa, przynoszą wieczne życie. I nie można twierdzić, że dochodzi do tego tylko tam, gdzie człowiek w sposób wyraźny, jako wiedzę wyartykułowaną pojęciowo, ma w świadomości coś z łaski Chrystusa. Jeśli więc spotykamy w swoim otoczeniu człowieka, którego moralne postępowanie wzbudza w nas szacunek, to jest to zapewne ktoś, kto tylko nie wie, że działa w nim moc Boga w Chrystusie. Mówię „zapewne”, wystarcza to jednak, aby z ufnością mieć nadzieję. Przecież naprawdę nie wiemy więcej także osobie samych, a jednak mamy pełną ufności nadzieję.

W związku z tym nasuwa się pewne rozważanie a propos zasady scholastycznej: „Dobro zakłada nienaruszoną przyczynowość, zło wypływa z jakiegoś braku”. Często rozumie się to zbyt prosto i niesłusznie ściśle. Jest zasadniczo prawdziwe, że człowiek pod pewnym względem może zawieść Boga i przez to traci zbawienie, chociaż może w swoim życiu urzeczywistniał pewne częściowe wartości religijne i moralne.

Czy wobec tego po prostu fałszywe jest prastare wyobrażenie (współokreślające również teologiczne myślenie Ojców), według którego dobre i złe czyny ważone są na wadze? Czy człowiek w podsumowaniu swojego bytowania jest rzeczywiście złożony w taki sposób, że jedna „część” mogłaby być całkowicie zbawiona, a druga zupełnie potępiona, i wtedy jednak cały byłby potępiony, skazany na los odrzuconego?

Słuszniej byłoby liczyć na to, że człowiek, określony przez całość swojej istoty, dysponuje sobą w wolności (nawet jeśli nie w każdym momencie mu się to udaje). Jeśli tak jest, to możemy mieć nadzieję: gdy spotykamy człowieka, co do którego mamy wrażenie, że w jakimś punkcie porządku moralnego tak opowiedział się za dobrem, że w dłuższej perspektywie określa go to jako całość, to mamy dobre podstawy do nadziei, że te zachowania w jego życiu, których nie można uważać za dobre według chrześcijańskiej normy postępowania, subiektywnie jednak nie wyrastają z najbardziej wewnętrznej sfery jego istoty, z której jedynie może wypływać również subiektywnie ciężka wina.

Jak się natomiast rzecz ma z kimś dalszym lub bliższym nam, kto kiedyś był katolikiem, a teraz już nie jest i nie chce nim być? Czy nie jest to powiedziane przerażająco i bezlitośnie w Liście do Hebrajczyków: „Nie można bowiem tych – którzy raz zostali oświeceni, a nawet zakosztowali daru niebieskiego i stali się współuczestnikami Ducha Świętego, zakosztowali również wspaniałości słowa Bożego i mocy przyszłego wieku, a jednak odpadli – odnowić ku nawróceniu” (Hbr 6,4–6)?

Dołączmy tutaj tylko dwie uwagi dla pocieszenia tych, którzy słusznie martwią się utratą wiary wierzącego niegdyś bliskiego człowieka. Nie chodzi oto, aby ta pociecha miała usunąć całą troskę i nie o to, żebyśmy nie mieli obowiązku czynić wszystkiego, co możliwe, dla przywołania błądzącego z powrotem; chodzi tylko oto, czy również w tych przypadkach pozostaje jeszcze miejsce dla nadziei.

Najpierw: Gdy I Sobór Watykański mówi, że katolicy, którzy raz przyjęli wiarę Kościoła, nie mogą mieć uzasadnionego powodu do jej porzucenia lub powątpiewania4, to zakłada się przy tym świadomie przyjętą postawę wiary, którą się porzuca – a tej tak po prostu nie było u każdego, który kiedyś był katolikiem, a teraz już nie jest. Możliwa jest, przejawiająca się także w stosunkowo gorliwej młodzieżowej religijności, postawa wiary bardziej uwarunkowana przez środowisko, stanowiąca dopiero wstępny etap osobowej decyzji wiary, o której mówią przytoczone teksty. Może też być tak, że rozwój religijny faktycznie nie wykracza ponad środowiskowo uwarunkowany etap wstępny, nie osiągając owej osobowej dojrzałości, która byłaby warunkiem ciężkiej winy przy porzucaniu wiary. Przypadki te będą obecnie częstsze niż wcześniej; młody człowiek jest bowiem dzisiaj, nawet jeśli wzrasta w rodzinie chrześcijańskiej, poddany tak licznym czynnikom hamującym dojrzewanie religijności i prądom antyreligijnym, że często wydaje się wątpliwe, czy chrześcijaństwo nabyte w młodości osiągnęło taką głębię osobistego przekonania, że odejście od niego będzie ciężką winą.

Załóżmy jednak, że doszło do utraty wiary przez ciężką winę. Wyobraźmy sobie teraz tę osobę w dojrzalszym wieku albo blisko śmierci. Czy możemy wtedy powiedzieć: ta wina przeciw wierze może zostać z żalem zmazana tylko wtedy, gdy ta osoba przyjmie z powrotem wiarę w tej formie, w jakiej ją kiedyś porzuciła? Nie da się tego udowodnić. Można raczej wyobrazić sobie przypadki, kiedy powrót do realizowanej niegdyś wiary nie jest możliwy, a jednak ma miejsce zwrócenie się do Boga.

Najpierw z powodów psychologicznych: każda wolna decyzja, czy dobra, czy błędna, prowadzi do przyzwyczajeń myślowych, dróg skojarzeniowych, działań nawykowych, kompleksów uczuciowych itd., które są z tą decyzją związane, ale od niej rożne, i dlatego mogą trwać również wtedy, gdy wolna decyzja w jej początkowej istocie została wstrzymana przez decyzję przeciwną.

Tutaj też należy się jeszcze zastanowić nad następującą sprawą: według nauki teologicznej może istnieć skrucha włączająca, to znaczy taka, w której człowiek nie obejmuje bezpośrednio całego swojego poprzedniego postępowania jako takiego, odrzucając je, natomiast, bez wyraźnego rozpoznania odstępstwa jako winy, tak zdecydowanie akceptował dobro moralne, że przez to zaniechał i odrzucił poprzednią postawę w jej istotnym jądrze. Ileż dojrzewania moralnego i nabywania mądrości odbywa się w wieku dojrzałym w ten sposób!

Według tego wszystkiego nie jest nie do pomyślenia, że ktoś wgłębi swojego sumienia zdobywa dystans wobec wcześniejszej winy (o ile rzeczywiście porzucił wiarę) i odzyskuje zasadniczą postawę wiary, chociaż nie potrafi przezwyciężyć góry nagromadzonych wcześniej uprzedzeń wobec kościelnego chrześcijaństwa.

Przy tych rozważaniach nie wolno nam zapominać o jednej rzeczy: objawienie Boga mówi natemat szans zbawienia człowieka przede wszystkim to, co musimy wiedzieć dla naszej perspektywy, a nie to, co Bóg widzi swoim obejmującym wszystkich spojrzeniem. Nas dotyczy obowiązek dążenia do zbawienia i jesteśmy powołani do tego, by w sprawie swojej i innych czynić wszystko, aby zbawienie Boga już na tym świecie ukazywało się w widoczny sposób. Dlatego drogi przebaczenia, znane jedynie Bogu, pozostają dla nas zakryte. Nam powiedziano, co my musimy czynić. „Kiedyś, gdy uwolnieni od więzów cielesności będziemy widzieć Boga takim, jakim On jest, dopiero wtedy poznamy, jak głęboko i harmonijnie powiązane są boskie miłosierdzie i sprawiedliwość” (Pius IX).

Wszelako jeśli też mamy powody do nadziei, to nie jest to jeszcze usprawiedliwieniem, by dalej nic nie czynić. Poprzez naszą obojętność moglibyśmy zaniedbać przybliżenie wiary tym, których kochamy! Kościół i my, poszczególni wierzący, mamy w stosunku do innych zadanie nie tylko dlatego, że w przeciwnym wypadku mogliby oni zginąć, ale też Bóg chce, aby łaska i prawda Chrystusa były „znakiem” dla świata. Słowo i sakrament Kościoła mają znaczenie nie tylko dla zbawienia jednostki: każdy uczestniczy w posłaniu „do wielu” tak, jak potrafi ; i ten, kto się oddaje temu posłaniu do dyspozycji, może mieć nadzieję, że miłosierdzie Boga działa jeszcze i tam, gdzie my nie możemy dotrzeć. Może także milczeć, gdy mówienie byłoby bez sensu. Może ufać, że modlitwa, przykład i cierpliwe znoszenie podziałów, również we własnej rodzinie, jest sensownym sposobem duszpasterstwa, nie mniej ważnym niż bezpośrednie działanie.

Opacznym byłoby sądzić, że wiemy, iż wszyscy ludzie będą uratowani. Mamy zabiegać o zbawienie „z bojaźnią i drżeniem” (Flp 2,12), to znaczy w pełnej czci pokorze pozostawiając Bogu Jego tajemnicę. Jeżeli jednak w ten sposób rezygnujemy z chęci dowiedzenia się, co będzie, to jesteśmy wezwani do nadziei, nawet „nadziei wbrew nadziei” (por. Rz 4,18). „Bóg jest większy niż nasze serca i zna wszystko” (1 J3,20). Postawił On nas wczasach, kiedy wprawdzie wszędzie są chrześcijanie, ale żyją oni w diasporze. Nie może być inaczej, gdy Chrystus ma być „znakiem, któremu sprzeciwiać się będą” (Łk 2,34) aż do końca; a Apokalipsa przedstawia to w ten sposób, że walka niewiary przeciw wierze będzie się pod koniec raczej zaostrzać. Jesteśmy powołani, by znosić to w odpowiedzialności za wiarę, i możemy mieć nadzieję, ponieważ miłosierdzie Boga nie jest ograniczone naszą niedoskonałością.

Fragment książki Karla Rahnera „Czy wierzysz w Boga?”, która ukazała się w wydawnictwie „W drodze”.

Processed with VSCOcam with a5 preset