To nieprawda, że lepiej grzeszyć i żałować.

Kontynuujemy nasze rozważania na temat pięciu warunków sakramentu pokuty i pojednania. Jeden z Braci przypomniał mi, że na karcie tytułowej pewnego pobożnego dzieła włoskiego jezuity Giovanni Manniego, wydanego w 1808 roku w polskim przekładzie, znajduje się taki oto tytuł: „Pistolet na zabicie grzechu śmiertelnego bez kurka i rurki”. Tytuł został nadany nie przez samego autora, lecz przez wydawcę, który sam podpisał się żartobliwie: „Wydano w drukarni Wiosny pod Papugą na Nowy Rok”.

Ów prześmiewczy tytuł nawiązuje do bardzo długich i kwiecistych tytułów osiemnastowiecznych wydań różnych pism religijnych i nie tylko.

Dusza w moich rękach

Proponuję, żeby ten tytuł – z przymrużeniem oka – wykorzystać ponownie, skoro copyright już wygasł, i tak zatytułować nasz cykl dominikańskich kazań wielkopostnych. W świecie, który nas dziś otacza, jest mnóstwo wojen, ludzie wciąż strzelają i walczą ze sobą nawzajem, a chociaż my nie będziemy tutaj ani strzelać, ani walczyć przeciw komuś lub nawet czemuś, to jednak chcemy zawalczyć, o kogoś i o coś – o siebie i o naszą miłość do Chrystusa i do Boga. Właśnie tak: bez kurka i rurki, ale skutecznie!

Na środku tej dłoni, którą widzimy na naszej kartce, jest cytat z Psalmu 118 (a według numeracji hebrajskiej, jaką mamy w Biblii Tysiąclecia, z Psalmu 119), którego werset 119 przypomina nam: anima mea in manibus meis semper, „dusza moja jest zawsze w moich rękach”.

Tak jest po hebrajsku, tak jest po łacinie w Wulgacie, ale polski tłumacz przełożył to zdanie jako: dusza moja jest wciąż w niebezpieczeństwie. Być może sformułowanie mieć duszę w swoich rękach faktycznie jest odpowiednikiem polskiego powiedzenia mieć duszę na ramieniu, które znaczy bać się, obawiać się czegoś.  Postanowiłem jednak wziąć te słowa w ich podstawowym znaczeniu, czyli: dusza moja jest zawsze w moich rękach, z którym współgra dalszy ciąg tego wersetu: lecz [albo i] prawa Twego nie zapominam.

Naprawdę, moja dusza jest w moich rękach, bo ja mam bardzo dużą odpowiedzialność za siebie samego. I właśnie dlatego mam wziąć się w garść, jak mówi inne nasze powiedzenie. A skoro tak, to odwołuję się do prawa Bożego, które dla Psalmisty oznacza Bożą obecność, żebym nie został z tak wielkim skarbem sam, żebym go nie upuścił, albo żebym pod ciężarem tej odpowiedzialności nie upadł. Bardzo dużo zależy ode mnie, dobro mojej duszy naprawdę jest w moich rękach. Dlatego – jak mówiliśmy tydzień temu – egzaminuję moje sumienie, żeby sprawdzić czy działałem zgodnie z nim, i żeby się przy okazji mojemu sumieniu przyjrzeć – sprawdzić czy ono jest dobrze uformowane, czy czasem się nie myli. A właśnie po to, żeby to sprawdzić, potrzebny mi jest Pan Bóg i prawo Boże.

Pamiętacie pierwszy warunek sakramentu pokuty? Jest nim rachunek sumienia – a trzy pierwsze palce na tej dłoni wskazują nam konieczność zwrócenia się do Boga: najpierw składam Mu dziękczynienie, potem wzywam Ducha Świętego, żeby mnie oświecił i dopiero wtedy egzaminuję sumienie – przed tronem Chrystusa, przedstawionego jako Sędzia.

Dalej mamy już kolejny, drugi warunek dobrej spowiedzi, czyli żal za grzechy. Gdy już wezwę swoje sumienie na egzamin, gdy przyjrzę się temu, co zrobiłem źle, to jestem wezwany do tego, żeby żałować. No właśnie, jestem wezwany

Oczywiście my sami, z własnego doświadczenia, wiemy doskonale, że ten żal – chociaż wydaje się, że powinien pojawiać się od razu i spontanicznie, jak tylko zobaczymy, że popełniliśmy coś złego – wcale nie zawsze się pojawia. Z różnych powodów, czasami dlatego, że z tym grzechem wiążą się miłe wspomnienia. Na przykład, upiłem się wprawdzie i upodliłem, ale świętowaliśmy z kolegą jego urodziny i to pamiętam, a nie to, że się upiłem. Każdy z Was znajdzie sobie łatwo inny przykład. Czasami żal się w nas nie budzi, bo nie widzimy, a sami nie jesteśmy w stanie tego zobaczyć, czym tak naprawdę, obiektywnie – wobec Bożej miłości i dobroci – jest nasz grzech. Ale nawet wówczas, gdy żal nie pojawia się w nas spontanicznie, to jesteśmy wezwani do tego, żeby żałować.

Emocje i skrucha

Katechizm Kościoła Katolickiego mówi o żalu za grzechy, że jest to ból duszy z powodu obrazy dobrego Pana Boga i znienawidzenie tego zła, którego człowiek się dopuścił (zob. KKK 141). Czym jest więc ten ból duszy, jak mamy to rozumieć? Zauważcie, że mowa tu jest o bólu duszy, a nie o tym, że komuś jest przykro i smutno. Odpowiednie emocje nie zawsze, a zwłaszcza nie od razu towarzyszą naszemu nawróceniu, ale najważniejsze jest to, że sam ten żal, o którym jest mowa w Katechizmie, nie jest przede wszystkim emocją. Jest on nie tyle poczuciem żalu, co uświadomieniem sobie, że człowiek zrobił coś, co wobec dobroci Pana Boga jest złem, jest jej zaprzeczeniem, zaciemnieniem.

Wiele osób, przystępujących do spowiedzi, oskarża się o to, że nie są w stanie również emocjonalnie żałować swoich grzechów. Wtedy spowiednik najczęściej wpada w przerażenie, bo myśli sobie: „O Boże, jeśli on nie żałuje, to przecież ja nie mogę udzielić mu rozgrzeszenia! No bo przecież to jest jeden z warunków spowiedzi”. Zwykle następują wówczas negocjacje, takie wyciskanie żalu z penitenta.

Ale wydaje mi się, że wielu z nas uspokoi to, że zrozumiemy jak łatwo mylimy emocjonalne przeżywanie żalu czy odrazy do grzechu ze świadomą skruchą – wyznaniem, że źle postąpiliśmy i postanowieniem, że teraz bierzemy za to odpowiedzialność. A biorę ją na siebie, gdy stwierdzam: „Żałuję, naprawdę żałuję, że tak się stało”.

Być może moje uczucia jeszcze do tej świadomości nie dorosły, bo one mogą być wciąż uwikłane w inne aspekty tego czynu, na przykład w jakieś okoliczności, które mu towarzyszyły. Wówczas mogę jeszcze nie czuć tego, co już doskonale wiem, czyli tego, że ja po prostu zrobiłem źle. Moje uczucia dogonią kiedyś tę świadomość, która je teraz poprzedza, one do niej dojrzeją. Kiedy dojrzeją? Co może w tym pomóc?

Jak już sobie uświadomię, że to co zrobiłem, naprawdę jest złem i grzechem, jak zobaczę mój czyn w świetle Bożej dobroci i Bożej miłości, to w którymś momencie stosowne uczucia mnie z pewnością dopadną, nawet jeśli nie od razu, jeżeli dopiero po jakimś czasie, to tak właśnie się stanie. Być może pewne złe rzeczy były związane z silną przyjemnością, zabawą czy inną radością – i zazwyczaj właśnie dlatego nie jesteśmy w stanie ich emocjonalnie żałować. Ale gdy będziemy się starali być jak najbliżej Pana Boga, to nawet samo wspomnienie tego zła, jakie zostało przez nas popełnione, w pewnym momencie nami wstrząśnie, również naszymi emocjami i one się do tego żalu przyłączą. Mówię Wam to z doświadczenia.

Ale żeby nie mówić tylko o sobie, przywołam tu słowa nieżyjącego już, wybitnego polskiego kompozytora Wojciecha Kilara. Gdy w jednym z wywiadów opowiadał o swoim życiu, dziennikarz zapytał go o pobyt w Paryżu, w latach siedemdziesiątych. Z podtekstem, że on musiał tam wówczas nieźle zaszaleć, w kręgach paryskiej bohemy na Montmartrze, i z nadzieją, że usłyszy jakieś zwierzenia, które uczynią jego wywiad jeszcze bardziej atrakcyjnym. Tymczasem Kilar odpowiedział mniej więcej tak: „Wie pan, tego okresu w moim życiu to ja po prostu, bardzo się wstydzę”. Zamiast skorzystać z okazji, żeby się nieco poprzechwalać, gdzie to on nie bywał i na co sobie pozwalał, spokojnie przyznał, że ma czego się wstydzić, kiedy tamten okres wspomina.

To jest właśnie ten moment, gdy docierają do nas odpowiednie uczucia – doganiają nas i dopadają, czasami natychmiast, ale nieraz i po wielu latach. Bowiem racjonalnie znacznie szybciej zdajemy sobie sprawę, jak to z nami jest, a nawet tego żałujemy, i to jest ból duszy – czyli świadomość zła. Ten żal zostaje przeze mnie wyrażony, zgodnie z moją wolą, gdy zdecyduję się to wyznać. Jednak uczucie żalu niekoniecznie temu towarzyszy, ale i ono dotrze do mojej świadomości, wcześniej czy później.

Gdy się swojemu grzechowi przyglądamy, starając się jednocześnie być w naszym życiu coraz bliżej Pana Boga, to coraz wyraźniej widzimy zło i brzydotę grzechu i zmieniają się także nasze uczucia wobec grzechu, bo Pan Bóg nie chce, żebyśmy szli za jakimś fałszywym bogiem. Jeśli jednak za nim pójdziemy, to obrażamy Boga prawdziwego – tak jak plama, przez samo swoje zaistnienie, jest w pewnym sensie obrazą dla białego obrusa. Grzesząc, nie zawsze – a nawet rzadko kiedy, mamy bezpośrednią intencję obrażania Pana Boga. Chcemy tylko zrobić sobie przyjemność, albo zawalczyć o swoje – na przykład, gdy jesteśmy skąpi, nieuczciwi czy agresywni, a nie obrażać Boga. Ale właśnie wezwanie do żalu za grzechy pozwala nam uświadomić sobie to, że każdy mój zły czyn jest w sposób obiektywny, od moich bezpośrednich intencji niezależny, obrazą nieskończenie dobrego Boga. Tak samo, jak dziura w spodniach jest swoistą obrazą dla spodni, a plama jest nią dla obrusa.

Intencja nie jest decydująca, mogę nie mieć świadomej intencji obrażania Pana Boga, ale wybierając fałszywe dobro, czyli uznając zło za dobro – samym tym wyborem Pana Boga obrażam. To słowo jest wieloznaczne i dlatego możemy mieć z nim pewien kłopot. Jednak prawda jest taka, że gdy wybieram zło, to tym samym odwracam się od Pana Boga, a to jest wielka szkoda dla mnie i wielki afront wobec Niego – wobec Boga, który mówi mi, gdzie jest dobro i jak mam postępować. Ja bardzo często wiem, co jest dobre, a mimo to postępuję źle i wtedy zachowuję się tak, jakbym odwracał się do Niego plecami – a to może zostać nazwane obrazą.

A zatem, żal za grzechy jest to ból duszy z powodu obrazy dobrego Boga i znienawidzenie grzechu. Katechizm Kościoła Katolickiego wspomina również o żalu doskonałym i niedoskonałym (KKK 1452-1453. 1492). Żal niedoskonały to jest taki żal, który odczuwam, ponieważ się boję, że coś mi się stanie albo boję się piekła, albo nawet Pana Boga, który może mnie ukarać za to, że ja czynię zło. Taki żal jest świetnym początkiem, nie patrzmy więc na niego z góry, z pogardą! On jest nazywany niedoskonałym, ale to nie znaczy, że nie ma żadnej wartości. Taki żal bardzo często wystarcza do nawrócenia i do tego, żeby pójść do spowiedzi, aby wyznać grzech. Ale my jesteśmy wezwani do czegoś więcej, do żalu, który nazywa się żalem doskonałym. I my wszyscy, przynajmniej tak było za moich czasów, uczyliśmy się na katechezie takich wierszyków, które nazywają się Akt wiary, Akt nadziei, Akt miłości – i właśnie Akt żalu:

Ach, żałuję za me złości,

jedynie dla Twej miłości!

Bądź miłościw mnie grzesznemu,

całym sercem skruszonemu!

Ten ostatni wiersz ma jeszcze dwie inne wersje: dla Ciebie odpuszczam bliźniemu albo do poprawy dążącemu. Każdy z tych trzech wariantów wyraża coś ważnego, ale cały ten Akt żalu – taki prosty, dziecinny wierszyk, którego nauczyliśmy się przed Pierwszą Komunią świętą i może jeszcze przy pacierzu go sobie przypominamy – tak naprawdę jest to formuła, która podpowiada nam, jak można wyrazić żal doskonały.

Dziecinny wierszyk, do którego my przez całe życie mamy dorastać! Do tego jedynie dla Twej miłości… Tu już nie chodzi o karę, nie chodzi o lęk, to jest wyznanie: Panie Boże, ja Ciebie kocham i dlatego żałuję, że źle zrobiłem! Dla Ciebie odpuszczam bliźniemu – dla Ciebie, nie dlatego, że być może ja również zachowałem się źle i on mi odpowiedział tym samym. Nie dlatego, że savoir-vivre tak uczy, bo dobre maniery nie wystarczą, aby przebaczyć komuś, kto mnie naprawdę mocno skrzywdził. Ale mówię: Dla Ciebie, dla Ciebie, bo Cię kocham, odpuszczam bliźniemu i Ty odpuść mnie całym sercem skruszonemu, do poprawy dążącemu

Akt żalu doskonałego jest czymś, do czego musimy dorastać, bo to wcale nie jest takie proste, nawet jeśli wierszyk mówi się gładko, jeśli zna się go na pamięć. Ale taki akt żalu doskonałego ma wielką moc, tak wielką, że sam w sobie daje odpuszczenie grzechów. Kościół zastrzega jednak, żeby człowiek nie odpuszczał sobie zbyt łatwo, żebyśmy nie podchodzili do tego lekkomyślnie. Akt doskonałego żalu odpuszcza grzechy przy jednoczesnym mocnym postanowieniu, że jednak pójdziemy do spowiedzi. Ale odpuszcza naprawdę, jeśli wzbudzimy w sobie taki żal za grzechy – niezbyt łatwy do osiągnięcia, którego motywem rzeczywiście jest miłość do Pana Boga, która wymaga pewnej dojrzałości duchowej. Spowiedź sakramentalna jest wtedy takiego żalu potwierdzeniem.

Nie jesteś sam

I wreszcie, my w tym naszym żalu nie jesteśmy sami. Gdyby człowiek sam tylko miał stanąć przed Panem Bogiem, aby odżałować za swój grzech, byłoby to absolutnie niewystarczające, bo cóż może znaczyć mój żal wobec wszechmogącego, absolutnie doskonałego Dobra? Co ja mogę nim osiągnąć, czy nawet wyrazić? A gdybym nawet próbował, ze wszystkich sił, dorosnąć wielkością mojego żalu do ogromu zła, które wyrządziłem grzesząc, to by mnie ten żal zabił, unicestwił. Na szczęście jednak nie jesteśmy z tym naszym żalem sami.

Jest z nami Jezus Chrystus i Jego ofiara na Krzyżu. Właśnie dlatego słyszymy dzisiaj w liturgii słowa:

Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam? On, który nawet własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał, jakże miałby wraz z Nim i wszystkiego nam nie darować? (Rz 8,31b-32)

On dla nas umarł, On dla nas zmartwychwstał – On się za nami przyczynia. My w tym żalu nie jesteśmy sami, a jeżeli spojrzycie na tę dłoń, na naszym obrazku wielkopostnym, to zobaczycie, że tam akt żalu dokonuje się wobec Ukrzyżowanego. Ten człowieczek klęczy i patrzy na Krzyż. W moim żalu za grzechy ma mi towarzyszyć Jezus Chrystus, z Jego ofiarą krzyżową. Oczywiście, ten żal będzie głębszy, jeżeli ja sobie uświadomię, że na tym Krzyżu jest również mój grzech, ale jednocześnie – w tym Krzyżu jest także moja nadzieja, że On ten mój grzech wziął na siebie. Gdy ja za niego żałuję i biję się w piersi, mówiąc jedynie dla Twej miłości, to w Krzyżu Chrystusa znajduję otuchę i pomoc, by żal mnie nie zabił.

Zobaczcie, jak to fantastycznie wymyślono, układając Gorzkie żale! Zaczynają się od Pobudki: „Gorzkie żale przybywajcie…”; potem jest rozważanie jednej z części Męki Pana Jezusa: „Żal duszę ściska, serce boleść czuje…” i jest omówiony wierszem odpowiedni fragment Jego Męki, a na zakończenie rozmawiamy z Maryją. A co się znajduje w środku – za każdym razem powtarzane?

Jezu przez ulice przed sąd Kajfasza za włosy targany
– Jezu mój kochany!
Jezu od Malchusa srogiego ręką zbrodniczą wypoliczkowany
– Jezu mój kochany!
Jezu od fałszywych dwóch świadków za zwodziciela niesłusznie podany
– Jezu mój kochany!
I potem następuje wybuch miłości:
Bądź pozdrowiony, bądź pochwalony!
Dla nas zelżony i pohańbiony,
Bądź uwielbiony, bądź wysławiony,
Boże Nieskończony!

Fantastycznie to ktoś wymyślił! Tu, w Warszawie powstały Gorzkie żale… Jak patrzymy na Ukrzyżowanego Chrystusa i żałujemy naszego grzechu, to w nas po prostu musi się zrodzić miłość do Niego. A wówczas my już przestajemy patrzeć na ten nasz grzech, na tę naszą małość, tylko patrzymy na wspaniałość Jego ofiary i mówimy: Jezu Kochany, kocham Cię, kocham… Bądź uwielbiony! Bądź wywyższony!

I dokonuje się coś takiego, pojawia się taki dziwny moment w naszym żalu za grzechy, że już nam nie jest ich żal. Nie w tym sensie, żebyśmy mieli nie żałować, że popełniliśmy zło, tylko w tym, że nie jest nam szkoda tego, co nas w grzechu pociągało. Bo my czasami lubimy oglądać się za siebie, tak sobie powspominać: No, ale kiedyś to było fajnie, szkoda trochę tych grzechów… Jest nawet takie zuchwałe powiedzenie: Lepiej zgrzeszyć i żałować, niż żałować, że się nie zgrzeszyło. Strasznie głupie powiedzenie, jak by się tak nad nim dobrze zastanowić. Nie, nie jest lepiej zgrzeszyć i żałować. Rozumiemy, że powiedzenie to ma napiętnować pewien rodzaj świętoszkowatości, ale i tak – nie jest lepiej zgrzeszyć!

Lepiej jest nie zgrzeszyć… Jeden z moich przyjaciół powiedział: „Nie znoszę was, dominikanów, bo wy nawet o własnych grzechach ładnie potraficie opowiadać!”. Opowiadać może i potrafimy, ale kiedy spojrzymy na Chrystusa, żałując za nasze grzechy, także za te, które mogłyby wydawać się takie atrakcyjne, tak ubarwiające życie – takie niby do pochwalenia się nimi, to wcale nie jest nam ich szkoda, my to wszystko chcemy porzucić, bo przed nami jest On, który nas od nich zbawia. Nasza Miłość.

Wiecie jaki ze mnie frankofil i że lubię estradę, więc na koniec – piosenka, która mi się w związku z żałowaniem przypomina, słynna piosenka Edith Piaf Non, je ne regrette rien. Bardzo często rozumie się ją jako taki egzystencjalistyczny manifest kogoś, kto się zbuntował i nie zamierza okazać skruchy: „Nie, ja niczego nie żałuję”. Ale nie o tym jest ta piosenka! Poprawne tłumaczenie brzmi: „niczego mi nie szkoda” – niczego, co jest już za mną, ani dobrego, ani złego. Nie żal mi nawet dawnych miłości. A dlaczego? Bo dzisiaj zaczyna się moje życie i moja radość z Tobą. Ona to oczywiście śpiewa do mężczyzny, ale i ja to sobie czasami podśpiewuję, a myślę wtedy… o Panu Bogu.

I myślę, że w tym naszym żalu za grzechy też przychodzi taki moment, gdy my się tak bardzo zachwycamy Chrystusem, który nas zbawia, i który daje za nas swoje życie, że my Mu naprawdę możemy powiedzieć: „Wiesz co? Nie szkoda mi tego wszystkiego, zostawiam to! Zostawiam, bo dzisiaj moje życie, moja radość zaczyna się z Tobą”. Amen.

Publikujemy drugie z serii kazań, wygłoszonych przez o. Pawła Krupę OP podczas niedzielnych mszy świętych o godzinie 14 w kościele św. Dominika na warszawskim Służewie w dniach od 22 lutego do 22 marca tego roku. Zgodnie z postanowieniem wspólnoty służewskich dominikanów, w tegorocznym Wielkim Poście 2015 wszyscy niedzielni kaznodzieje głosili kazania o pięciu warunkach dobrej spowiedzi. 

O. Paweł dziękuje Jolancie Malczewskiej-Kawalec za spisanie nagranych kazań. Niewielkie skróty i śródtytuły pochodzą od redakcji Dominikanie.pl.