Co czuje dziecko pozbawione własnego ojca i matki?

Dziecko wie, że warunkiem przychodzenia na świat dzieci są tata i mama, którzy żyją razem, a nawet śpią razem. Wie, ale i życzy sobie tego. Scenariusz ten jest u podstaw jego tożsamościowego romansu: złączyli się i oto jestem, jestem wcieleniem ich spotkania, jego owocem.

Zdarza się, że w wyniku kolei losu opowieść staje się przeszłością. Dziecko zastanawia się, dlaczego jednego z jego rodziców brakuje? Czy mimowolnie (zgon?), czy własnowolnie (odszedł, itd.)? Dziecko jest pozbawione taty lub mamy, ale nie zostało pozbawione tego, że miało własnego tatę i własną mamę. Przestali być razem, ale byli, choćby przelotnie.

Rodzice – pojęcie nieaktualne

gender family już samo pojęcie rodziców przestaje być aktualne. Zmiany pozwalają na wszelkie konfiguracje rodzinne, pozbawione jednak dynamiki rodziny. Tam, gdzie są już tylko ci mniejsi i ci więksi, w celu stworzenia rodziny nie trzeba się zatrzymywać nad przypadkowym elementem typu „dwoje rodziców odmiennej płci”; to sposób, który można uznać za dobry w przeszłości. Dziecko nafaszerowane zostanie informacją o tym, jak przyszło na świat, i będzie mogło „wybrać” sobie płeć.

Dziecko, które nigdy nie miało własnego ojca i własnej matki u początku przyjścia na świat, nie jest obojętne na taką sytuację. Nie przeżywa jej jednak w kategoriach wyzwolenia, ale odczuwa swoje przyjście na świat jako coś wybrakowanego. Szuka, na czym by mogło oprzeć

swoją rację bytu. Może być dzieckiem poczętym faktycznie przez samego mężczyznę (nieobecna jest kobieta, którą by uczynił matką), przez kobietę, która staje się matką bez mężczyzny, którego by uczyniła ojcem. U podstaw swego istnienia nigdy nie miało dwojga rodziców.

Z punktu widzenia życia emocjonalnego dziecko oczywiście rozumie, że jego poczęciem kierowało pragnienie, lecz poza kontekstem spotkania we wzajemności, w którym ukryta jest zdolność rozrodcza. Pragnienie dziecka niezaprzeczalnie było, ale skonfrontowane z niemożnością ziszczenia się w formie prokreacji (czyli jako wzajemny dar dwojga płci). Jak będzie umiało pojąć zawartą tu sprzeczność, a przede wszystkim pogodzić się z nią?

Praktyka szwedzka dowodzi lekceważenia tej kwestii. Równa się uznaniu, że dziecko takie będzie w lepszej sytuacji, i korzystne dla niego będzie posiadanie jednego rodzica lub rodziców homoseksualnych. Tego typu opcja pomija fakt, że przyjście na świat dzieci wiąże się w ich rodzącej się psychice z istnieniem taty i mamy żyjących razem. Jest skoncentrowana na istniejących możliwościach, tak jakby jedność dwojga rodziców była tylko jednym ze sposobów robienia dzieci. Uznaje fakt, że dla zapłodnienia równorzędne są również inne „metody”. Lekceważy jednak ten najważniejszy fakt, że dzieci muszą stworzyć wewnętrzny scenariusz swego przyjścia na świat, ustanawiając początek swej indywidualnej historii.

Problem powstaje przy adopcji podejmowanej przez „osobę żyjącą w pojedynkę”, zgodnie z możliwością stworzoną dla osób „powyżej 28 roku życia żyjących samotnie”, które mogą być kandydatami na rodziców. Problem nie dotyczy wyłącznie faktycznej nieobecności drugiego rodzica (najczęściej ojca); dotyczy braku wzajemności daru, który łączy pragnienie matki z pragnieniem ojca.

Zagrożenie wiąże się z konsekwencją w postaci poczucia wszechmocy; to idealizacja „dobrej matki adoptującej”, która przychodzi niczym dobra wróżka, tak różna od „kobiety, która porzuciła i nie stała się matką”. Później odczucie to zmienia się niemal nieuchronnie w idealizację kobiety, która porzuciła, a prześladowanie tej, która adoptowała, z powodu potrzeby afirmacji psychicznej u dziecka.

Brak ojca utrudnia działania mediacyjne w takiej relacji, co prowadzi do starcia (ewentualna osoba towarzysząca nie pełni funkcji trzeciego oddzielającego, chyba że dziecko jest z nią związane więzią synowską). Dziecko pozbawione jest źródłowego scenariusza swego przyjścia na świat, a to zmienia „stosunek między zrodzonym i jego rodzicielami, zasadę zobowiązań, które wobec nich powziął oraz warunki wejścia w posiadanie samego siebie na bazie pierwotnej zależności”.

Komplikuje to możliwość spłaty przez niego zaciągniętego w dzieciństwie długu, i często prowadzi do jego odrzucenia (to powód częstych wniosków o „odnalezienie pierwotnej matki”). Skąd ta nieobecność przy niej mężczyzny? Zastrzeżenia nie dotyczą dobrej woli kandydatek; dyskusyjne jest raczej to, że społeczeństwo powiela praktykę, obarczoną znanymi zagrożeniami, które obracają się tyleż przeciwko dziecku, co przeciwko kobiecie, która w ten sposób została matką.

Przypadek związku homoseksualnego jest bardziej złożony, polega bowiem nie tylko na braku drugiego rodzica. Brak ten jest zamaskowany, jego miejsce jest zajęte, ale w sposób niedopuszczający możliwości urodzenia dziecka, ono bowiem nie może się począć ze związku między mężczyznami lub między kobietami.

Nie chodzi tu o problem na płaszczyźnie wychowania, dla którego obojętne są cechy seksualne rodziców, jak już wspomnieliśmy. Chodzi natomiast o jego poczęcie i przyjście na świat, o to, co z tego wynika dla powstania jego racji bytu; dziecko dobrze wie, że różnica jest

radykalna: związek homoseksualny jest odrzuceniem tej osoby, która z jego drugim rodzicem stworzyłaby relację prowadzącą do narodzin dziecka. Odrzuca wzajemne dzielenie się niepełnością, to które niesie z sobą rodzenie się dzieci na gruncie istoty płci. Homoseksualny towarzysz zajmuje miejsce tego (lub tej), który byłby (która byłaby) jego drugim rodzicem.

Również i tutaj nie chodzi o zalety osobiste. Zastanowić się należy nad postawą społeczną.

Oranina zadaje pytania

Sytuacja Orianny, choć tu pokażemy ją skrótowo, pozwala to zrozumieć. Orianna została poczęta bez matki, z zapłodnienia surogatki spermą ojca, w kraju, w którym taka praktyka jest uznana przez prawo. Ojciec wychowuje córeczkę z pomocą własnej matki, dziadkowie Orianny mieszkają niedaleko ich domu. Mężczyzna pozwolił córce poznać się z matką surogatką. Oranina bardzo się interesuje tematem ciąży; zapewnia, że chciałaby kiedyś zostać „genikologiem”; to bardzo treściwy termin, który zdradza całe bogactwo jej refleksji wokół tematu „jak?”, poszukiwań na temat macierzyństwa, które kryją głęboko tkwiące pytanie o to „dlaczego nie miałam matki?”.

Poszukuje odpowiedzi u ojca: swego pragnienia dziecka nie podzielił z żadną kobietą, która mogłaby być jej matką. Pewnego dnia dziewczynka się zwierza: „Mojej mamy nie ma nigdzie”. Jej ojciec miał matkę (Orianna dobrze zna swoją babcię) i niańkę (która często składa wizyty w ich domu, a czasami nawet przychodzi popilnować Orianny); czy było aż tak wiele (dosłownie: zbyt wiele) tej macierzyńskiej obecności przy nim? Jaka to wielka różnica z nią samą, której „matka” pozostała tam (Orianna ma poczucie, że matka surogatka jest „prawdziwą fałszywą” matką). Dla niej to, co macierzyńskie, zdaje się streszczać w ojcu, tak, że wydaje się pochłaniać; po jej stronie jest zbyt rozproszone, tak bardzo, że aż nieuchwytne. Bystra dziewczynka zastanawia się nad związkiem między tym nadmiarem po jednej stronie i rozproszeniem po drugiej, a wszystko podszyte jest pytaniem: „dlaczego odrzucił on obecność kobiety, która wspólnie z nim mogłaby dzielić ten plan mojego przyjścia na świat?”.

Na to zasadnicze pytanie poznanie samego „jak?” (matka surogatka) nie stanowi odpowiedzi. Sprytna dziewczynka zauważyła niezwyczajność swojej sytuacji: dzieci mają ojca i matkę, a ona nie. Te jej myśli powodują zbliżenie obu pytań: „dlaczego?” z „jak?”, a raczej „dlaczego nie?”: dlaczego brakuje kobiety w jego życiu, on przecież chciał, żeby na świat przyszło dziecko? Bliska jest już kiełkująca odpowiedź na pytanie: „Kim jest matka? Kim jest kobieta?”.

Przykład Orianny pokazuje zmagania dziecka próbującego poradzić sobie z tym, że nigdy nie miało matki. Czy kobiecość- matczyność jest dla mężczyzny niebezpieczna, że mój ojciec nie dopuścił do relacji z kobietą, choć tak bardzo miał nadzieję na dziecko? Kategoria macierzyństwa ukazuje się jaskrawo jako coś za dużo i coś wcale.

Rozważania Orianny zostały ułatwione dzięki temu, że jej ojciec swoje życie osobiste, w tym przypadku homoseksualne, trzymał z dala od relacji z córeczką (oraz że umiał zwrócić się o pomoc dla niej, gdy pojawiły się pewne trudności). Nie dążył do tego, by miała dwóch tatusiów, co umożliwiło jej swobodne, nieskrępowane rozważania.

Reguła „fałsz-fałsz”

Podczas posiedzeń, w których brałem udział w ramach komisji parlamentarnych Zgromadzenia Narodowego i Senatu, a potem w ramach forum bioetycznego zorganizowanego przez Ministerstwo Zdrowia, problem ten skomentowałem następująco: przyznanie drogą ustawową miejsca osobie, towarzyszowi lub towarzyszce, homoseksualnej oznacza wprowadzenie w myślenie dziecka reguły „fałsz-fałsz”.

Oznacza to uniemożliwienie myślenia na zasadzie „prawda-fałsz”, które nie zamyka drzwi dla wątpliwości i rozważań. To, że rodzic prowadzi życie homoseksualne jest jedną kwestią: to dotyczy jego (jej) życia uczuciowego. Dziecko szanuje życie uczuciowe rodzica, o ile jego własne życie uczuciowe jest respektowane. Jeśli w miejsce drugiego rodzica zostaje mu narzucony homoseksualny towarzysz lub towarzyszka, z umownego powodu „niedyskryminowania” tego związku, wówczas jego wolność myślenia o swoim przyjściu na świat zostaje zablokowana.

Prawo głoszące, że związek homoseksualny w sferze przyjścia na świat dziecka jest porównywalny ze związkiem kobiety i mężczyzny, uświęciłoby wszechwładzę jednej płci w płodzeniu dzieci i byłoby narzędziem dla wyparcia spotkania dwóch rodzajów, które stoi u podstaw rodzenia dzieci, i w którym zachodzi dzielenie się brakami – źródło upłciowienia. Powstałby model wszechmocy społecznej.

Fakt, że niektóre społeczeństwa, szczególnie anglosaskie, zatwierdziły praktyki nawiązujące do wspomnianego modelu nie upoważnia do uznania społeczeństw tych za „postępowe” w sferze obyczaju. Ma to po prostu związek z inną koncepcją więzi rodzinnej, która bazuje na prawie do dziecka, i z której wynikają inne mechanizmy regulujące. Regulacji tych bynajmniej nie można uznać za lepsze, ponieważ nie opierają się na mechanizmach właściwych dla rodziny. Konsekwencją praktyk, które udzielają pierwszeństwa roszczeniom

dorosłych przed potrzebami dzieci, jest choćby merkantylizacja, która w sposób nieunikniony wpływa na stosunek do dziecka, nie tylko do dziecka, którego praktyki dotyczą, ale do wszystkich dzieci, ponieważ prawo ma zastosowanie do wszystkich rodzin. Kwestia matki surogatki wywołuje zaś jeszcze inny problem. Nie można jej przyrównać do adopcji, o ile ta rozumiana jest zgodnie z procedurą francuską, implikuje bowiem porzucenie dziecka, nie jako fakt umożliwiający adopcję, ale jako część planu.

Czy prawo może stanowić rękojmię dla planowanego porzucenia dziecka w celu uzyskania umownej korzyści? Prawo wspiera je w krajach (na przykład w Stanach Zjednoczonych), które adopcję organizują na zasadzie przeniesienia praw do dziecka. Taka zasada nie panuje we Francji, a wątpliwości dotyczą tu wszystkich sytuacji, nawet adopcji na rzecz pary mężczyzna-kobieta, w której kobieta cierpi na niepłodność i trzeba temu zaradzić.

Ponadto praktyka ta pozwala homoseksualistom pominąć macierzyństwo żeńskie, co pozbawia dziecko dwojga połączonych rodzajów, pod którymi rozumie się to, co matczyne, i to, co ojcowskie. Wiadomo, że zalegalizowano ją w Stanach Zjednoczonych, by zadośćuczynić zasadzie parytetu, by homoseksualiści mieli ten sam dostęp do dziecka, co lesbijki (które mają dostęp do inseminacji). Oto rozstrzygnięcia społeczeństw, które zgadzają się na prawo dorosłych do dziecka wedle upodobań. Nie do uniknięcia są tego następstwa, i zasługują na rozważenie przed podjęciem jakichkolwiek pochopnych kroków.

fot. flickr.com / Entrer dans le rêve

Fragment książki Christiana Flavigny „Kłótnia o gender”, która ukazała się w wydawnictwie „W drodze”. Tytuł i śródtytuły od redakcji Dominikanie.pl. 

Przejdź do strony Wydawnictwa „W drodze”

Processed with VSCOcam with a6 preset