Kto by chciał Mi służyć, niech idzie za Mną; a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa.

fot. flickr.com / woodleywonderworks

Wideo na niedzielę:

 Ojciec Paweł Krupa i Boska.tv przedstawiają «Boskie Słowa»

Mesjasz to jest ktoś, kto ofiaruje siebie. W przedziwny sposób Mesjasz-Zwycięzca jest Mesjaszem, który przegrywa, jest Mesjaszem upokorzonym. W Chrystusie to się dokonuje w sposób ostateczny – to Bóg sam w pewien sposób ponosi klęskę, umiera na krzyżu. Rzecz niesłychana. Ale to właśnie będzie Jego zwycięstwo, zwycięstwo ostateczne – bo Życie zwycięży ostatecznie, ale poprzez śmierć i cierpienie. Nie jest łatwo to przyjąć, ale kiedy to zrozumiemy – zrozumiemy najważniejszą rzecz w naszym życiu.

Nagrania kazań na niedzielę:

 

Będę im Bogiem, oni zaś będą Mi narodem
Będę im Bogiem, oni zaś będą Mi narodem

Komentarze z miesięcznika „W drodze”:
Operacja na sercu

Jan Andrzej Kłoczowski OP

Jr 31, 31-34 • Ps 51 • Hbr 5, 7-9 • J 12, 20-33

W kamiennym sercu nie ma życia, trzeba je wymienić – czyli dokonać przeszczepu. Chore, ale jeszcze nie skamieniałe, można poddać terapii z nadzieją na odzyskanie zdrowia. W języku biblijnym serce to centrum człowieka, to ono myśli, czuje, to w jego wnętrzu rodzą się decyzje. Prorocy uważnie przypatrują się sercu, badają jego stan, wnikliwie opisują jego stany chorobowe. Widzą więcej, bo Boże natchnienie wzmacnia zdolność do głębszego wniknięcia w tajemnicę każdego człowieka: „Bóg przenika serce” (Jr 17, 10). Prorocy – przemawiając w imieniu Boga – jak lekarze stawiają diagnozę: „Ten lud zbliża się do Mnie tylko w słowach, i sławi Mnie tylko wargami, podczas gdy serce jego jest z dala ode Mnie” (Iz 29, 23). Człowiek o kamiennym sercu jest człowiekiem pustym, nawet wtedy gdy uważa się za religijnego, wykonuje tylko jak manekin wyuczone gesty.

Konieczna jest transplantacja – wszczepienie nowego serca. Ale ta trudna operacja ma własną logistykę, przedziwną procedurę. Bóg nie chce przymuszać, On zachęca czy mówiąc inaczej: Bóg uwodzi. Przemawia jak oblubieniec do ukochanej: „Dlatego chcę ją przynęcić, na pustynię ją wyprowadzić i mówić jej do serca” (Oz 2, 16). Bądźmy jednak czujni, ta mowa do serca nie jest zwykłą pogwarką, jest trudnym zabiegiem, bowiem: „żywe jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca” (Hbr 4, 12).

A ważne jest także, jaki Bóg mówi. Jeżeli słowo jest ostrym mieczem, to jaka jest ręka, która ten miecz trzyma? Przeczytajmy uważnie dzisiejszą Ewangelię, Jezus w niej zapowiada, że gdy będzie wywyższony nad ziemię, wszystkich do siebie przygarnie. Wywyższony został na krzyżu, a ręka, którą przygarnia, jest przebita. Przygarnia kamienne serce do przebitego serca. Czy je skruszy? Czy powstanie nowe serce, czy się przyjmie i zapuści korzenie?

 

Gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie
Gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie

Bardziej być

Michał Pac OP

Jr 31, 31-34 • Ps 51 • Hbr 5, 7-9 • J 12, 20-33

Kochamy swoje życie. Najlepiej, żeby było długie i szczęśliwe. Choć często to życie szczęśliwe rozumiemy jako życie przyjemne, wygodne, materialnie ustabilizowane, pozbawione trudu i cierpienia. I zabiegamy o to, aby coraz wygodniej żyć i coraz więcej mieć.

Jan Paweł II w czasie homilii na Westerplatte w 1987 roku przestrzegał, by pragnienie, ażeby „więcej mieć”, nie przeszkodziło w tym, aby „bardziej być”. Zwracając się zwłaszcza do ludzi młodych, mówił tak: „Wasze powołania i zawody są różne. Musicie dobrze rozważyć, w jakim stosunku – na każdej z tych dróg – pozostaje »bardziej być« do »więcej mieć«. Ale nigdy samo »więcej mieć« nie może zwyciężyć. Bo wtedy człowiek może przegrać rzecz najcenniejszą: swoje człowieczeństwo, swoje sumienie, swoją godność. To wszystko, co stanowi też perspektywę »życia wiecznego«”.

Postawa „więcej mieć” to postawa brania, zagarniania. To nieumiejętność dzielenia się z innymi tym, co posiadamy – nie tylko rzeczami materialnymi, ale również dzielenia się swoim czasem, swoją miłością. To postawa egoistyczna – kochanie jedynie siebie samego i swojego życia.

Postawa „bardziej być”, a więc postawa człowieka dojrzałego, w sposób nierozerwalny wiąże się z miłością innych. A w prawdziwej miłości, bardziej od tego, aby brać i mieć, myślimy o tym, aby dawać i się dzielić. Dopiero gdy zaczynamy w swoim życiu realizować słowa Pana Jezusa, że „więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu”, dopiero gdy zaczynamy żyć nie tylko dla siebie, ale i dla innych, gdy zaczynamy kochać nie tylko siebie, ale i innych, dopiero wtedy zaczynamy „bardziej być”.

Trzeba sobie jednak jasno powiedzieć, że to jest trudne, gdyż wiąże się z przekraczaniem własnego egoizmu, zakorzenionego w nas pragnienia, by „więcej mieć”. Jeśli zdobędę się na odwagę, aby „bardziej być” – być dla innych, czyli kochać – wtedy będę mniej mieć, wtedy będę w jakiś sposób obumierać. Prawdziwa miłość wiąże się z obumieraniem, z rezygnacją z siebie.

„Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity”. Decyzja należy do mnie, a raz podjętą, muszę nieustannie ponawiać. Plon obfity – to nie tylko ziemskie szczęście w najgłębszym tego słowa znaczeniu, ale i obietnica zachowania swego życia na życie wieczne. Prośmy Pana Jezusa o odwagę wybierania postawy „bardziej być” i o siłę do wierności tej postawie w codziennych sytuacjach naszego życia.

 

Jeżeli ziarno pszenicy obumrze, przynosi plon obfity
Jeżeli ziarno pszenicy obumrze, przynosi plon obfity

Obumieranie

Dominik Jurczak OP

Jr 31, 31-34 • Ps 51 • Hbr 5, 7-9 • J 12, 20-33

Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy, wpadłszy w ziemię, nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity.

Piewców sukcesu można dziś znaleźć niemal wszędzie. Ze sztucznym uśmiechem na twarzy doradzają, jak uniknąć kryzysów, jak szybko i łatwo zrealizować marzenia, jak przekraczać, co nieprzekraczalne. Od młodości bombardowani informacjami, że należy inwestować w siebie, gromadzić różne doświadczenia, zdobywać kolejne tytuły, pniemy się po szczeblach kariery. Panicznie boimy się porażki. Paraliżuje nas lęk, że przegramy wyścig, że podłożą nam nogę, że nie podołamy. Skoncentrowani na własnym „sukcesie” nie dostrzegamy, że w maratonie tym wcale nie biegniemy razem, lecz absolutnie sami, że innych – świadomie bądź nie – wykosiliśmy gdzieś po drodze. Gratulowano nam osiągnięć i nadzwyczajnych wyników. Chwalono, a nawet stawiano za wzór. Obiecywano bowiem pełnię szczęścia! W zamian, tymczasem, otrzymaliśmy doskwierającą samotność, głuche ściany i wydoskonalone ego. A przecież mieliśmy owocować…

Ziarno, by przyniosło plon, musi zostać najpierw rzucone w ziemię. Truizm. Paść w ziemię to wiedzieć, kim się naprawdę jest, to znać swój etap i swoje miejsce w życiu. Ziarno wyrasta natomiast na glebie, którą Pan przygotował każdemu z nas. Grunt to odkryć ten etap i to miejsce.

Ziarno, by przyniosło plon, musi także obumrzeć, inaczej zostaje tylko samo. Samotne. Kresem obumierania nie jest więc śmierć, lecz życie i związana z nim obietnica obfitości. Z czego zatem mamy obumierać? Z tego, co nie jest naszą ziemią, ze wszystkich iluzji i dążeń, które mają budować wyłącznie nas. Mamy obumierać ze wszystkiego, co nie jest wolą Pana. Potrzeba nam bardzo obumierania z naszej teologicznej zarozumiałości i triumfalizmu, również tego kościelnego.

Nie ma się co łudzić: nie jest to proces łatwy, choć nauczono nas odruchów obronnych oraz „poprawnych” odpowiedzi. Wmówiono nam, że istnieją sposoby, by tę dychotomię zagłuszyć. Prawdziwy chrześcijanin jednak przed obumieraniem nie ucieknie, bo chrześcijaństwo zakłada przejście przez śmierć do życia. Nie samemu, lecz z Nim, podążając Jego śladami.

Nie bez powodu zasłaniamy dziś w kościołach krzyże, bo potrzebujemy na nowo uczyć się spoglądania na śmierć – nie jako cel, lecz jako na konieczny etap, który w Nim i z Nim mamy przejść, którego kresem jest prawdziwe życie i chwała.