Tak Bóg umiłował świat, że dał swojego Syna Jednorodzonego; każdy, kto w Niego wierzy, ma życie wieczne.

fot. flickr.com / Magdalena Roeseler

Wideo na niedzielę:

 Ojciec Janusz Chwast i Boska.tv przedstawiają «Boskie Słowa»

Pan Jezus przez swoją mękę uwalnia nas od zła, ale nie „tylko” to – Jezus chce nas podnieść z ciężkiego życia, chce nas wynieść z tego łez padołu, chce nas podnieść, żebyśmy nie byli przygnieceni. Chce nas wywyższyć do chwały Ojca. To jest Jego miłość, Jego miłosierdzie.
Jeżeli chcesz żyć, mieć życie wieczne, jeśli nie chcesz zginąć, nie chcesz, żeby zniszczyły cię twoje grzechy, żeby twoje życie było podłe – jeżeli chcesz doświadczyć zbawienia, ogromu miłosierdzia Bożego, Jego łaski, to potrzebna jest ci wiara – uwierzenie w to, że Jezus jest Mesjaszem, Zbawicielem – i zawierzenie Mu swojego życia.


Ojciec Jacek Szymczak w cyklu „Moja niedziela”

To nie nasze uczynki, nawet nie wyrzeczenia wielkopostne nas zbawiają, ale miłość Ojca, który dał swojego Syna, abyśmy żyli.

Nagrania kazań na niedzielę:

 

Niech mi język przyschnie do gardła, jeśli nie będę o tobie pamiętał
Niech mi język przyschnie do gardła, jeśli nie będę o tobie pamiętał

Komentarze z miesięcznika „W drodze”:
Prawda o nas

Łukasz Popko OP

2 Krn 36, 14-23 • Ps 137 • Ef 2, 4-10 • J 3, 14-21

W Ewangelii Jana czytamy o świetle i ciemności, brak tam półcieni. Nie znaczy to jednak, że jest to wizja oderwana od świata. Jan jest wielkim realistą, odnosząc się do życia ludzkiego, mówi o ruchu. Człowiek ma dwie możliwości: albo idzie w stronę światła, albo nie. Wierzący to ten, który idzie ku światłu, niekoniecznie ten, który już doszedł. Nie chodzi nawet o to, czy idzie szybko i najkrótszą drogą. Wiara jest więc u Jana kierunkiem ruchu, kierunkiem życia. Pismo Święte mówi o drogach wielu ludzi, którzy wyruszyli, od Abrahama począwszy, a na Pawle skończywszy. Czytamy o ich drogach, po których szli czasem sprawnie, czasem zygzakiem.

Historia jest umiejętnością odwrócenia głowy i odczytania śladów, które już zostawiliśmy. Ponieważ jesteśmy zanurzeni w czasie, doświadczamy w czasie nie tylko siebie, ale i Boga. Potrzebna była więc Judejczykom i nam historia Królestwa Judy, żeby zrozumieć, kim jesteśmy: jak jesteśmy uparci, jak możemy być bezczelni, pyszni, nieodpowiedzialni. Ale przede wszystkim ta historia była nam potrzebna, żebyśmy poznali, kim jest Bóg: jak jest cierpliwy, miłosierny, jak przebaczający, jak konsekwentny, szanujący wolność. Słowem, jak nas kocha.

Być może ktoś mógłby zarzucić Bogu Starego Testamentu, że był stanowczym sędzią, który ustalał zasady i z daleka się przyglądał, czy ludzie zdali egzamin. Na pewno nie da się tego powiedzieć o Bogu w Jezusie. Teraz wchodzi w czas jako Syn Człowieczy.

Potomkowie Izraela, idąc przez pustynię, oskarżyli Boga, że ich oszukał i wywiódł tam na śmierć. Nie ma życia poza Tym, który jest Życiem. W swoim miłosierdziu Bóg ich ukarał, żeby przestrzec ich przed śmiercią. Zesłał na nich węże o jadzie palącym. Aby wrócić do życia, czyli być zbawionym, wystarczyło spojrzeć na miedzianego węża, którego Mojżesz umieścił na wysokim palu. Grzesznik, aby żyć, musi zwrócić twarz na symbol przedstawiający Bożą karę, a więc uznać swoją winę i to, że jego życie jest tylko w Bogu (Lb 21).

Patrzeć na Jezusa ukrzyżowanego jak Izraelici na węża na pustyni to rozpoznać siebie jako umierającego, jako kogoś, kto ginie z własnej winy i potrzebuje zbawienia. Nie można wierzyć w Jezusa, nie znając prawdy o sobie.

 

Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę
Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę

Słowo miłości

Marek Pieńkowski OP

2 Krn 36, 14-23 • Ps 137 • Ef 2, 4-10 • J 3, 14-21

Dzisiejsze teksty przypominają dwie kluczowe prawdy Bożego objawienia. Obie niezwykle ważne, ponieważ zakreślają główne linie naszego ludzkiego pojmowania rzeczywistości.

Najpierw prawda o Bogu: że jest „bogaty w miłosierdzie”. Może najprościej powiedzieć, że miłosierdzie to po prostu miłość Boża (a więc sama Jego istota: objawiono nam przecież, że Bóg jest miłością!) rozważana w relacji do naszej ludzkiej grzeszności. Słyszymy dziś, że Bóg w swoim miłosierdziu „posłał Syna nie po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony”. Bóg pragnie, aby zostało w pełni naprawione i wzbogacone to, co popsuliśmy przez grzech, i dlatego posyła Zbawiciela; gdyż sami z siebie nie jesteśmy w stanie przywrócić zaburzonego ładu.

Równocześnie słyszymy, że „łaską jesteśmy zbawieni przez wiarę”. Dlatego, po przyjęciu w wierze tej zasadniczej prawdy o Bogu – miłosiernym Ojcu, trzeba przyjąć (w końcu także w wierze…) zasadniczą prawdę o człowieku.

Powiedziano bowiem o nas samych, że „jesteśmy dziełem Bożym, stworzeni w Chrystusie Jezusie dla dobrych czynów, które Bóg z góry przygotował, abyśmy je pełnili”. W tym jednym zdaniu odkrywamy dwie niezwykle ważne sprawy.

Po pierwsze, sens mojego życia to nie tyle sprawa tego, czy zrobię większą czy mniejszą karierę zawodową (z czego nie wynika, że nie należy jej robić!); nie tego, czy będę bardziej czy mniej zamożny, a nawet, czy będę bardziej czy mniej zdrowy. Sens mojego życia zależy przede wszystkim od tego, ile w tym życiu zrobię dobra.

Po drugie, Bóg z góry przygotował dla każdego z nas dobre czyny, które mamy pełnić; a to oznacza, że nikt nie jest z góry skazany na bezsens. Życie każdego człowieka może mieć głęboki sens, jeśli tylko stara się on czynić jak najwięcej dobra.

To nie znaczy, że raz na zawsze jesteśmy bezpieczni, poza zagrożeniem zła, destrukcji i bezsensu; gdyż zaniedbanie dobra, a tym bardziej czynienie zła, niszczy i w końcu prowadzi do degradacji; co więcej – nie tylko osobistej, ale też społecznej i politycznej, o czym świadczy zarówno historia ludu Izraela (2 Krn), jak i… historia Kościoła.

Bóg jest „bogaty w miłosierdzie”. W szczególności oznacza to, że słowo Boże, nawet jeśli jest trudne do pojęcia, nawet jeśli wymaga od człowieka przekraczania samego siebie w wypełnianiu go, jest słowem miłości. Bóg i dziś „lituje się nad swym ludem”. Słowo Boże niesie w sobie moc: możemy tą mocą przemieniać nasze życie.

 

Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu
fot. flickr.com / @Tuncay
Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu

Na granicy

Tomasz Zamorski OP

2 Krn 36, 14-23 • Ps 137 • Ef 2, 4-10 • J 3, 14-21

Napięcie między tym, co dane, a tym, co wypracowane, zapewne jest nieusuwalne. Podobnie wygląda zależność między oddaniem się Bogu a wzięciem w swoje ręce własnych spraw. Albo inaczej – ile trzeba stracić, jak bardzo trzeba się pogubić, by dać się odnaleźć Bogu? Ile postawić pytań, z iloma trudnościami i wątpliwościami się zmagać, by w końcu ufnie podążać za Nim, dokądkolwiek prowadzi?

Próbując zmierzyć się z tymi pytaniami, warto pamiętać, że świat, w którym żyjemy, nie jest ani gotowy, ani skończony – on dopiero się staje. Każdego dnia na nowo się wydarza, dlaczego więc z nami miałoby być inaczej. W głębi serca uczymy się zgody na to stawanie się, a więc też na niezadowolenie ze stanu obecnego, które jednak pozwala szukać i podążać dalej. I nie chodzi o narzekanie na swój los, o stagnację albo otępienie w połowie drogi. Idzie raczej o jakieś „więcej”, o głębię, za którą tęsknimy.

Kiedy więc przychodzi czas Nikodema, a jest to czas pytań i życiowych zawirowań, szukasz trwałości. W chwili, gdy wszystko okazuje się płynne i niepewne, a ty sam stajesz na granicy światła i ciemności, wtedy pytania stawiane Jezusowi mają najwyższy status ważności. A od odpowiedzi na nie zależy dalszy ciąg życia.

Jaką odpowiedź otrzymuje Nikodem? Jezus najpierw wskazuje drogę, którą sam musi przejść. Wskazuje na wywyższenie, przez które należy rozumieć ukrzyżowanie. Stanie się ono znakiem nadziei, podobnie jak za czasów Mojżesza wywyższenie węża na pustyni. Spojrzenie na ten znak ocalało od śmierci, teraz ta moc jest ukryta w Jezusie. On sam i całe Jego życie opowiada o tym, że Bóg nie przestaje kochać grzeszników. Nie chce ich potępiać, ale ratować, leczyć, zbawiać, rozświetlać ciemności. Na granicy niepewności Nikodem otrzymuje wsparcie. Nie dostaje pobożnej recepty na łatwy los, ale mądrość Mistrza. Droga ucznia nie będzie łatwiejsza czy prostsza niż ślad zostawiony przez Jezusa. Ślad zaś jest wyraźny: zanim przyjdzie światło, jest noc. Zanim doświadczysz nowego życia, musisz umrzeć. Ciemność to etap drogi, na którym uczysz się trwania przy Nim mimo wszystko. To gorzki smak chrześcijańskiego spełnienia i niespełnienia jednocześnie. Smak czekania na koniec czasu, na eschatologię, ale to również sposób, by słów Chrystusa i Jego życia zbyt łatwo nie zamienić w pobożne bajki ku „pokrzepieniu serc”. Pozostaje więc droga, osobista, niepowtarzalna, często przemierzana w ciemności. Na tej drodze nie bój się jednak pytać. To jak chwytanie się światła, choć niekiedy nikły jego płomień.