Wydaje się raczej ochroniarzem i źródłem utrzymania dla wcielonego Boga.

On sam raczej nie odpowie, gdyż, delikatnie mówiąc, nie należał do gadatliwych i po odejściu do Pana ta cecha raczej nie uległa zmianie. Od ewangelistów dzieciństwa – Mateusza i Łukasza – wiemy, że nie był ojcem biologicznym i że nie jest to złośliwa plotka, a świadectwo cudu.

Wydaje się więc na pierwszy rzut oka, że Józef jest ślepym ogniwem, kimś w rodzaju krzyżówki ochroniarza ze źródłem utrzymania dla wcielonego Boga. Jednak obaj wspomniani autorzy, podając genealogię Jezusa, umieszczają w niej milczącego rzemieślnika z Nazaretu. Były celnik nazywa go „mężem Maryi, z której narodził się Jezus” (Mt 1,16), zaś Łukasz zapisuje, że Jezus był „jak mniemano, synem Józefa, syna Helego” (Łk 3,23).

Nie da się tego faktu wytłumaczyć potrzebą wskazania, że musiano potwierdzić pochodzenie Jezusa z rodu Izraela. Do tego wystarczyło, że narodził się z Izraelitki. Pochodzenie z rodu Dawida też można wyjaśniać pochodzeniem Maryi (por. Łk 1,27), choć tutaj dziedziczenie raczej szło w linii męskiej. Łukasza tłumaczy jeszcze fakt, że zaznacza, iż o ojcostwie Józefa jedynie „mniemano”, i podając genealogię Maryi jako Jezusową, sugeruje, że Józef został adoptowany przez teściów, by móc po nich dziedziczyć. Ale dlaczego Mateusz podaje genealogię Józefa, a nie Matki na początku swojej ewangelii? Genealogię, czyli spis ojców, którzy sprawili, że narodziło się kolejne pokolenie.

Nasuwa się tylko jedna odpowiedź: Józef jest uważany przez nich za ojca Jezusa. Nie biologicznego, ale legalnego – tego, który daje swojemu Synowi ludzką tożsamość. To Józef daje Mu imię i konkretną historię rodziny, będącą elementem historii Izraela. I na tym jego ojcowska rola bynajmniej się nie kończy.

W czasach Jezusa do tego, by dziecko należało do rodziny, nie wystarczyły same geny – ważniejsze było uznanie przez ojca. Miało to swoje pozytywne strony – można było wejść do rodu przez adopcję, oraz negatywne – jeśli dziecko urodziło się chore lub była to dziewczynka, biologiczny ojciec mógł odmówić jego uznania i nakazać porzucenie noworodka. To nie było jego potomstwo.

Jeśli uznał swoje ojcostwo, brał na siebie konkretne zobowiązania wobec potomka. Jest ich sześć:

  • Dziecko zaczynało nosić jego imię. Jezus jest w oczach ludzi synem Józefa (choć Marek Ewangelista podaje, że według niektórych był jedynie synem Maryi, por. Mk 6,3), przynależy do konkretnego kręgu krewniaczego, potrafi wymienić swoich przodków i wskazać korzenie rodu. Tym samym ojciec był źródłem tożsamości, ale też jeśli potomek nie prowadził się zbyt szlachetnie, szargał przez to także noszone przez siebie imię przodka.
  • Ojciec był opiekunem i obrońcą. To Józefowi we śnie Bóg przekazuje informacje o zagrożeniu i wskazówki działania (por. np. Mt 2,13–15), tym samym też potwierdzając ojcowską funkcję, jaką powierzył Józefowi. Ten wiernie czuwa nad Maryją, szuka dla niej miejsca na poród, potem zabiera Ją z Dzieckiem do Egiptu, a kiedy przychodzi czas powrotu z wygnania, w trosce o nich nie idzie do Betlejem, ale do Nazaretu.
  • Ojciec stanowił prawa, według których toczyło się życie jego rodziny. Izraelici mieli o tyle prościej, że to była kwestia przyjęcia lub odrzucenia Przymierza. Józef jest określony jako mąż sprawiedliwy, więc prawem w jego domu jest Tora. Cudowne zapętlenie: w domu cieśli z Nazaretu człowiek nadaje prawo dane przez Boga samemu Bogu.
  • Ojciec był w swoim domu sędzią. Wtedy nie znano jeszcze trójpodziału władz i prawodawca najczęściej był też sędzią. To dotyczyło także życia domowego: ojciec stanowił zasady według których ono się toczyło, on osądzał, czy ktoś ich przestrzega, czy nie. On wreszcie egzekwował ich przestrzeganie. Nie wolno mu było zasłonić się starożytnym odpowiednikiem gazety lub monitora – rozsądzał spory, karał lub darował karę, pośredniczył między „stronami” sporu. Łukasz zamyka swój opis odnalezienia dwunastoletniego Jezusa w świątyni zwrotem, że potem wrócił On do Nazaretu i był poddany rodzicom (por. Łk 2,51). I w tym poddaństwie mieści się także bycie „podsądnym” Józefa.
  • Ojciec był wychowawcą. W Izraelu wprowadzenie synów w wiarę należało do obowiązków ojca (por. Wj 12,26; Pwt 6,7), a jeśli zawiódł w tym zakresie, winien się wstydzić (Syr 22,3-6). Stąd zapewne wzięło się stosowanie wobec mistrzów znających świetnie pisma tytułu „ojcze” – można powiedzieć, że wyspecjalizowali się w jednej z ról, które przynależało do ojcostwa. Jezus świetnie zna Prawo i proroków, zapewne duży udział ma w tym Jego włąsne studium, jednak zapewne otrzymał też od Józefa dobre podstawy lub też wsparcie w edukacji – łaska buduje na naturze, nawet w przypadku, kiedy w jednej osobie są dwie natury.

Przy tej cesze warto wskazać jeszcze jeden ważny aspekt: Józef uczy Jezusa zawodu. W tamtej kulturze dziedziczyło się go po ojcu, ten miał za zadanie wprowadzić swojego syna w tajniki wykonywania danej pracy. Mistrz ciesiołki z Nazaretu wkłada w ręce Jezusa narzędzia, uczy rodzajów materiału, z którym przyjdzie Mu pracować, pokazuje techniczne rozwiązania. Po kilku latach już obaj mają tak samo stwardniałe ręce, oczy wyczulone na te same detale, mięśnie przyzwyczajone do tych samych ruchów. W ten sposób Józef daje też Jezusowi źródło utrzymania i określa też Jego miejsce w społeczności.

  • Ojciec był odpowiedzialny za więź jego rodziny z Bogiem. JHWH jest Bogiem ojców, bo to oni decydują o wejściu w Przymierze. I oni także troszczą się o to, by to Przymierze było zachowywane. Józefa widzimy w świątyni, kiedy przychodzi z Maryją złożyć ofiarę za Pierworodnego (por. Łk 2, 22-24), wiemy też, że przestrzegał wymogu pielgrzymowania do Jerozolimy na święto Paschy (por. Łk 2,41). Obrzezał Syna, nadał Mu imię objawione we śnie. Troszczy się o to, by Syn, którego uznał za swego, był w jedności z Bogiem (jakkolwiek dziwnie to brzmi w kontekście Boga-człowieka).

Wszystkie wymienione tutaj cechy ojca Józef wiernie realizuje. Tym samym JEST wobec Jezusa ojcem – kimś, kto kształtuje Jego człowieczeństwo, wprowadza Go w świat, określa Jego miejsce w społeczności. Nie wiedząc o tym, Józef jest nawet kimś więcej niż tylko legalnym opiekunem swojego Syna.

Otóż jak on przyjął i ukształtował na swoje podobieństwo człowieczeństwo Wcielonego Boga, tak potem Bóg przyjmuje i kształtuje na swoje podobieństwo ducha każdego, kto jednoczy się z Chrystusem. I jak prawdziwe było ojcostwo Józefa wobec Bożego Syna, tak prawdziwe jest ojcostwo Boga wobec każdego chrześcijanina. Rzecz jasna, są to analogie, nie tożsamości, ale uzyskany obraz jest czytelny.

Człowieczeństwo Jezusa jest najmocniejszym słowem, jakie udało się wypowiedzieć Józefowi. Nic dziwnego, że poza tym był raczej milczący.