Okazją do spowiedzi jest grzech, a niedziela to nie czas na pokutę.

Szczerze, jak na spowiedzi wyznaję, że już od dawna nie wzbudza we mnie żadnego entuzjazmu widok kolejek przed konfesjonałami, szczególnie gdy ustawiają się w przedświątecznym orszaku. Co więcej do szewskiej pasji doprowadzają mnie cudze zachwyty nad niezliczoną rzeszą wiernych napływającą wówczas zewsząd i o każdej porze, aby uczynić zadość katolickiemu obowiązkowi i tradycji.

Przecież tak właśnie być powinno! Czy nie w ten sposób księża nauczają? Przecież wtedy właśnie organizują specjalne masówki pokutne, aby ku chwale Bożego Miłosierdzia wyspowiadać wszystkich do tego chętnych. Przecież lepiej, że ludzie w ogóle przychodzą i spowiadają się niż mieliby – jak na zlaicyzowanym zachodzie podobno się stało – uznać wyznanie grzechów w Kościele przed kapłanem za szkodliwy przeżytek.

Tak formułowane i powszechnie podzielane argumenty nie przekonują mnie wcale, a trapi za to obawa nadchodzącej klęski. Wieszcze ją z podobnych powodów dla jakich przewiduje się krach każdej ekstensywnej gospodarki z natury swojej pozbawionej wystarczających środków na inwestycje. I nawet racja, iż choćby jeden szczerze spowiadający się grzesznik wart jest organizowania około-świątecznej zbiórki pokutnej, nie pomaga mi w przezwyciężeniu gnębiącej mnie troski. Tym nie mniej gotów jestem nawrócić się jeśli błądzę w tym, co tu wypisuję.

Niedziela poza pokutą

Przypominania, że niedziela to Dzień Pański (Dies Dominica) nigdy dosyć. Ona jest najbardziej pierwotnym dniem świątecznym chrześcijan, ustanowiona przez zmartwychwstanie Jezusa, które wyjawia ostateczny sens wszystkiego. Wiara, liturgia, doświadczenie religijne, wiedza, moralność, świętowanie i codzienne życie są od niego wprost zależne. Ono prędzej czy później rozwiązuje zagadkę ludzkiej egzystencji.

Dla pierwszych pokoleń Kościoła była to wystarczająca przesłanka do wyłączenia niedzieli z dni pokutnych Wielkiego Postu. Bo nie można lamentować, pokutować, smucić się ani pościć wówczas gdy jest święto – Dies Dominica.

Wystarczy tu odwołać się do ewangelicznego epizodu wskrzeszenia Łazarza, aby słusznie spodziewać się, jakiej próbie zostaniemy na pewno poddawani. Życie jest napięciem pomiędzy niespełnionym oczekiwaniem Marty i Marii, zawiedzionych w miłości (Panie ten, którego kochasz choruje – Gdybyś tu był nasz brat by nie umarł), a niespodziewanym spełnieniem miłości ofiarowanym przez Boga (Oto jak go miłował – Łazarzu wyjdź na zewnątrz).

Radość świętowania rozpoczyna się z chwilą przyjścia Oblubieńca – rzekomo spóźnionego, który zmusza do opuszczenia miejsca rozpaczy. Dzień Pański jest czasem, kiedy Zmartwychwstały przychodzi, aby odmienić koleje naszego losu, stanowi żywą obecność, która zmienia wszystko. Jednak kiedy On przychodzi nie wszystkie Panny są gotowe na weselne gody Baranka. Te, które nie miały oliwy w lampach nie weszły na świąteczną ucztę. Podobnie jak człowieka bez stroju weselnego Pan kazał wyrzucić z uczty na zewnątrz niej.

Dlatego też dochodzę do wniosku, że istniejąca praktyka spowiedzi świętej w niedzielę jako zwyczajnego sposobu jej celebrowania w szczególności podczas Eucharystii to wyjątkowo szkodliwa praktyka. Głupie Panny wyszły, co prawda na spotkanie Oblubieńca spodziewając się radości weselnych, jednakże zostały odesłane z kwitkiem.

Zatem kiedy my księża zaszczepiamy w ludziach przez niedzielną spowiedź przekonanie, że zawsze zdążą na ucztę, wyrządzamy im w ten sposób wielką krzywdę. Pozbawiamy ich fundamentalnej czujności, do jakiej wzywa Oblubieniec. Czynimy ich głupcami, czyli kimś trwającym w złudzeniu niezdolnym do właściwej oceny własnej sytuacji – „Lecz Bóg rzekł do niego: Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, coś przygotował?” ( Łk 12:20).

Jeśli się mylę, a obecna powszechnie w naszych polskich kościołach praktyka spowiadania w niedzielę jest słuszna, to proponuję przynajmniej nie nauczać, że łaska uświęcająca jest do zbawienia koniecznie potrzebna. Widocznie nie jest potrzebna skoro zawsze się zdąży.

Uprzedzając przezornie ewentualny kontrargument odwołujący się do przypadku Dobrego Łotra, który zdążył za pięć dwunasta pojednać się z Bogiem proponuję uczciwą lekturę tego fragmentu Ewangelii. Otóż, jakoś zapominamy o pierwszym łotrze rozpoznając siebie tylko w drugim, co nie jest słuszne ponieważ – Serce jest zdradliwsze niż wszystko inne i niepoprawne – któż je zgłębi? (Jr 17:9) – a my nie wiemy kiedy Dzień Pański przyjdzie niczym złodziej nocą.

Dodatkowo w nauczaniu Ojców Kościoła odnajdziemy intuicję rozpoznającą w niedzieli początek i kres. Głosili oni, że niedziela jest dniem pierwszym i ostatnim, dniem stworzenia i zbawienia. Tydzień zaś zawierający się pomiędzy Dniami Pańskimi nazywali miniaturą rzeczywistości. Dlatego pouczali wiernych w duch Ewangelii o potrzebie wierności w małych sprawach, aby mogli dostąpić dóbr wielkich.

Kto zatem nie potrafi w drobnej rzeczy, jaką jest tydzień opanować swego życia, aby być gotowym na nadchodzącą niedzielę, jak przetrwa Dies Domini?

Jak naucza Kościół?

Sprawowanie sakramentu pokuty w tej formie, jaka obowiązuje dzisiaj jest wynikiem bardzo długiego i burzliwego procesu. Dość wspomnieć, na potrzeby tego krótkiego artykułu, że nauczanie Kościoła w kwestii pokuty ewoluowało na przestrzeni wieków od stanowiska zdecydowanie rygorystycznego: jednej publicznej pokuty za grzechy po chrzcie, do przekonania o potrzebie nieustannego nawracania się, którego częścią jest systematyczne wyznawanie grzechów w spowiedzi indywidualnej.

Dla nas tutaj interesujące jest tylko wspólne zakorzenienie obu stanowisk w odwoływaniu się do łaski chrztu jako pierwotnego sakramentu odpuszczenia grzechów. Powrót do chrzcielnego źródła pozwala bowiem uświadomić sobie na nowo powołanie chrześcijańskie do życia w łasce nie zaś w grzechu, którego wyrzekamy się raz na zawsze przyjmując obmycie wodą – niezależnie od tego czy będzie to dla kogoś stopniowym procesem, czy konsekwencją jednej tylko decyzji na całe życie (jak małżeństwo bez zdrady).

Współczesne oficjalne dokumenty Kościoła dotycząc czasu, miejsca, sposobu i ducha sprawowania sakramentu pokuty zdają się podzielać tą właśnie intuicję. W Instrukcji „Eucharisticum mysterium” z 25 maja 1967 roku czytamy np.: „Wytrwale należy przyzwyczajać wiernych, aby przystępowali do sakramentu pokuty poza Mszą św., zwłaszcza w określonych godzinach, tak aby jego udzielanie dokonywało się w spokoju i z prawdziwą ich korzyścią, jak również nie przeszkadzało im w czynnym uczestnictwie we Mszy św.” (nr 35). Przepisy te zostały raz jeszcze potwierdzone w rytuale „Obrzędy pokuty” (nr 13) wraz z dopowiedzeniem, że „pojednanie penitentów może odbywać się o każdej porze i w każdym dniu” (tamże). Cóż zatem? Spowiadać w niedzielę czy nie spowiadać? Rygoryzm czy równanie w dół?

Przestaną się spowiadać jak na Zachodzie

Bez względu na to czy dopadną nas zjawiska typowe dla tzw. „zlaicyzowanego Zachodu”, albo czy wyczerpie się do cna energia tzw. „tradycyjnego polskiego katolicyzmu”, czeka nas ciężka praca w Kościele jeśli nie chcemy pozbawić się łaski odpuszczania grzechów. Sądzę, że zamiast wytaczania armat kalibru sławetnej „Grubej Berty” przeciw laickiemu demonowi Zachodu, potrzeba nam przede wszystkimi reformy duchowieństwa.

Skuteczność duszpasterska Kościoła bywała największa, i tak pozostaje do dzisiaj, za sprawą umiejętności zmiany myślenia (metanoi) księży potrafiących pod jej wpływem wydobywać roztropnie ze skarbca duchowego rzeczy stare i nowe. Dopóki nie zdobędziemy się na ten luksus, pozostaje nam na niwie duszpasterskiej wobec narastającego zaniku praktyki sakramentu pokuty (i nie tylko tego sakramentu) szarpanina w złości lub amok pobożności. I nie pomoże także tym razem kościelne przykazanie, aby raz do roku spowiadać się, z którego negatywnymi konsekwencjami to my dzisiaj powinniśmy się uporać. A jedną z nich jest ewidentnie powszechny u wielu wiernych brak świadomości potrzeby spowiedzi, tak częstej na ile wymaga tego kondycja czyjejś duszy.

Rozwiązania, jak twierdzę ważkiego problemu, nie osiągniemy przez przyzwolenie na swoiste dwa w jednym, jakie ma miejsce podczas niedzielnych spowiedzi. Czy tak trudno jest dostrzec ścisły związek pomiędzy: „raz w roku spowiadać się”, a brakiem postawy czuwania, której pozbawiamy wiernych spowiadając w Dzień Pański? Czy czuwanie nie oznacza wystrzegania się grzechu, a spowiedź nie zakłada wyrzeczenia się go?

Nie podejrzewam, aby wyłącznie moim doświadczeniem jako spowiednika było poczucie jałowości praktyki „otrzepywania futerka” dokonywanej masowo przez „spowiadających się” z okazji: świąt, ślubu, chrztu, pogrzebu, śmierci papieża lub (a może głównie) w czasie niedzielnej mszy – co niewątpliwie „ubogaca pełne, czynne i świadome w niej uczestnictwo”.

Spowiedź ustanowiona jest dla pokuty z powodu grzechu nie zaś z jakiejś okazji. Grzeszymy niezależnie od rytmu świąt kościelnych, uroczystości rodzinnych lub wypadków losowych. Spowiedzi potrzebuje nasze realne życie tu i teraz. No chyba, że nam i penitentom chodzi w tym wszystkim wyłącznie o nagrodę w postaci przystąpienia do świątecznej komunii.

Dojrzewanie to nie kurs

Dobra wiadomość jest ta, że nie musimy wymyślać prochu. Możemy skorzystać z zapoznanej, a nieocenionej praktyki duszpasterskiej Kościoła, jaką jest mistagogia sakramentalna, czyli wtajemniczenie w ryty, znaczenie i sens sakramentów.

Mogłoby się wydawać, że przecież czyni się to wszystko za sprawą różnorakich przygotowań do przyjęcia sakramentów. Mam jednak co do tego spore wątpliwości. Rodzą się one we mnie najpierw z dostrzeżenia istotnej różnicy pomiędzy kursem przygotowania do … a pedagogią długotrwałego procesu wtajemniczania. Kiedy słyszę np. o kursie ewangelizacji, to ciarki mi przechodzą po całym ciele. Myślę sobie wtedy, że jego organizatorzy postradali zdrowy rozsądek. Proces dojrzewania duchowego chcą zastąpić kursem? Jeśli nie w samych założeniach to w praktyce zapewne.

Podobnie jest w przypadku sakramentów albowiem nie da się w nich uczestniczyć należycie za pośrednictwem przysposobienia do… . Decydującą kwestię stanowi wysiłek ciągłego kształtowanie sposobu praktykowania sakramentów tak, aby nie ulec presji świadczenia usług religijnych z okazji. Nie można poddawać się naciskowi niedojrzałej chęci korzystania z dóbr, do których się nie dorosło. Inaczej – siejemy wiele, a zbieramy mało niczym w sowieckich kołchozach bywało.

Odnosząc te uwagi do praktyki spowiadania w niedzielę, należy stwierdzić, że ten ekstensywny zabieg mający na celu zachowanie ducha pokuty w narodzie z konieczności musi zakończyć się systemowym bankructwem. Tak samo, jak do bankructwa zachowania sensu i znaczenia spowiedzi doprowadziło administracyjno-prawne rozwiązanie: „Przynajmniej raz w roku spowiadać się”.

Ani kartki do spowiedzi, ani zeszyciki do bierzmowania, a nawet „pierwsze piątki” nie zahamują atrofii praktyki pokuty i innych sakramentów. Jednym z najważniejszych lekarstw uzdrawiających ten stan rzeczy powinien być powrót do mądrego, ewangelicznego wyjaśniania prawd wiary praktykowanych w sakramentach przez ryty i sakramentalne znaki. Jak diabeł święconej wody powinniśmy unikać wszelkich przejawów dewocyjnych uzasadnień.

Ponadto trzeba roztropne stawiać wymagania, które są koniecznym warunkiem także duchowego rozwoju i stoją na straży zachowania sensu tego, co chce się przekazując zachować. Wydaje się, że tej właśnie surowej lekcji udziela Pan Jezus na kartach Ewangelii formalno-pobożnym faryzeuszom wykonującym całe mnóstwo praktyk religijnych pozbawionych dawno sensu lecz w poczuciu religijnego spełnienia.

Nie mam zamiaru stawiać postulatu natychmiastowego odstąpienia od praktyki spowiedzi w niedzielę, ale proponuję stopniowe odchodzenie od niej, któremu powinna koniecznie towarzyszyć nowa mistagogia, której ducha określają aktualne dokumenty Kościoła w tej materii. Dotyczą one również Kościoła w Polsce, gdzie tradycyjnie każdy proboszcz wie wszystko lepiej niż Magisterium ponieważ u nas jest zawsze inaczej. Czy nie z tego powodu Jacek Kaczmarski śpiewał:

Grzech wyniszcza, cnota tuczy,

Chrystus się polskiego uczy,

Nieomylne rzeźbią pieśni

Ziemię płaską, jak naleśnik,

Wokół Ziemi krąży Słońce,

Szatan ponoć ma dwa końce,

Więcej wiedzieć niebezpiecznie,

Jeśli żyć chcesz wiecznie!

[…]

Że światu nie do śmiechu –

Trudno się nawet dziwić:

Za miedzą – Siedem Grzechów,

A u nas – Sprawiedliwi!

I próżnoby zaprzeczać

Kto w sromie, a kto w chwale:

Za miedzą – Siódma Pieczęć,

A u nas – Jeruzalem!

[…]

Tekst ukazał się w miesięczniku „W drodze” 2/2010. Tytuł i sródtytuły pochodzą od redakcji Dominikanie.pl.