„Meta-rozumienie jest już alfalnie w rozumieniu immanentnym, w nim ma swój początek i swój kod wzwyż”. Takie oto zdanie przeczytałem w artykule jednego z wybitniejszych polskich teologów.

Chciałoby się powiedzieć: „I wszystko jasne”. Przytoczony, dobrze zaszyfrowany cytat boleśnie odnowił we mnie starą ranę, która jak się okazuje, nie zabliźniła się do końca. Powstała ona w czasie moich studiów teologicznych. Przekonałem się wtedy, że jeżeli ludzie wiedzą, że studiuję teologię, to albo się ze mnie (bez ostrzeżenia) śmieją, albo łaskawie tolerują, w głębi duszy sądząc, że nie mam im nic ciekawego do powiedzenia. Nie mogę wykluczyć, że był to mój problem, problem tego, co i jak mówiłem. Myślę jednak, że problem jest dużo szerszy. Mam wrażenie, że teologia stała się nieznośna. Kipi od pseudomądrości, neologizmów, najrozmaitszych imitacji głębi, nudy i bezbarwności. Studentom teologii się generalnie nie chce, a jak już się czegoś chce, to zaczynają się zajmować teologami, o których za 20 lat nikt nie będzie pamiętał. Język teologii jest często tak odseparowany od języka potocznego, że nawet dobrze wykształcony człowiek nie wie, o co chodzi. Na marginesie warto dodać, że znajomość żargonu w niczym tu nie pomoże – z tej prostej przyczyny, że nic się pod nim nie kryje.

Chcecie przykładu? Oto on. Jeśli weźmiecie do ręki jakąkolwiek chrystologię to spotkacie wyrażenie: „Wydarzenie Jezusa Chrystusa”. Cóż u licha to może znaczyć? Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jest to germanizm i że to pojęcie ma w teologii niemieckiej długą tradycję. Tak czy inaczej brzmi komicznie. Czy jeśli spotykamy kogokolwiek, na przykład Pana Mietka to spotykamy się z „Wydarzeniem Pana Mietka”? Tak się przecież nie mówi, to jest klasyczna „nowomowa”. Jak zwykle powstaje ona w jakimś celu. Myślę, że jasne jest, że o „Wydarzeniu Jezusa Chrystusa” dużo łatwiej się pisze, niż o Jezusie Chrystusie. Gdy chce się coś napisać o Jezusie Chrystusie, to naprawdę trzeba mieć coś do powiedzenia, o „Wydarzeniu” można bezkarnie napisać każdą bzdurę.

Dla ilustracji przedstawiam moją krótką i całkowicie bezsensowną improwizację na temat „Wydarzenia Jezusa Chrystusa”:

„Wydarzenie Jezusa Chrystusa to z gruntu podmiotowe, ale jednocześnie zapośredniczone w communio odniesienie do wszechogarniającej obecności, która – jako taka – jest, ale zarazem „nie jest” otwarta na to, co jeszcze nie jest, a tylko przeziera. W tym zatem przezieraniu rozprzestrzenia się owo odwieczne samodawanie się Boga w strukturach społecznych i metaspołecznych. Wydarzenie nie jest więc ostatecznością, ale niejako przed-ostatecznością, która w swoim odwzajemnieniu jest Kościołem. Czymże zatem jest Kościół? Jest odwzajemnionym byciem ku Wydarzeniu Jezusa Chrystusa”. Mogę tak pisać bez końca.

Nie chcę tylko narzekać, więc powiem, co moim skromnym zdaniem należy robić. Trzeba dawać studentom dobrą szkołę. „Przeczołgać” ich przez teologię Augustyna, Tomasza z Akwinu, Bonawenturę, Anzelma, Newmana i innych wielkich mistrzów. Muszą sobie na nich połamać zęby. Muszą nabrać szacunku do teologii, do jej prostego i genialnego zarazem języka. Muszą poczuć, że mówią o czymś realnym, o pojęciach twardych jak skała, że po prostu uczą się o rzeczywistości, która ich otacza, a nie o jakichś konstruktach, w których nie obowiązują żadne prawa. Jest bardzo prawdopodobne, że będą wtedy bardziej odporni na żargon i „nowomowę” współczesnych teologów.

Ludzie śmieją się z teologów i bardzo dobrze. Sami teologowie sobie na to zasłużyli. Dobrze im tak. Trzeba się z nich śmiać.

fot. flickr.com / nicolasnova