Niech Ojciec naszego Pana Jezusa Chrystusa przeniknie nasze serca swoim światłem, abyśmy wiedzieli, czym jest nadzieja naszego powołania.

Nagrania kazań na niedzielę:

 

Komentarze z miesięcznika „W drodze”:
Boże smaki

Norbert Kuczko OP

Iz 25, 6-10a • Ps 23 • Flp 4, 12-14. 19-20 • Mt 22, 1-14

Od czasu do czasu przychodzą do mnie ludzie, którzy po dłuższym czasie, nierzadko po kilku latach decydują się wrócić do Kościoła, do życia sakramentami. Za każdym razem zadaję pytanie: Co cię do tego skłoniło? I zazwyczaj słyszę: Głód i tęsknota, której nie udało mi się zagłuszyć. Po takich słowach odczuwam ulgę i radość. Bo to znaczy, że nie zewnętrzne okoliczności w postaci ślubu, chrztu, czy pogrzebu sprawiły, że ktoś chce się ponownie zbliżyć do zastawionego przez Boga stołu, ale tęsknota. Święty Augustyn, komentując List św. Jana, pisze: „Całe życie prawdziwego chrześcijanina jest świętą tęsknotą. Za czym zaś tęsknisz, tego jeszcze nie widzisz. Gdy jednak tęsknisz, wówczas stajesz się podatnym do przyjęcia tego, co zobaczysz, gdy nadejdzie”.

Tęsknota jest stanem nieprzyjemnym, ponieważ jest doświadczeniem braku, nienasycenia, ale ona też przygotowuje serce do przyjęcia daru. Nikt przecież nie lubi, kiedy jest mu nieprzyjemnie, dlatego ludzie często decydują się na zapychanie tęsknoty byle czym, aby jak najszybciej się pozbyć tego frustrującego doświadczenia. Konsekwencje takiego postępowania bywają poważne, choć nie zawsze od razu zauważalne. Tęsknota ma potężną moc, ponieważ otwiera ciasny, ludzki świat na nowe horyzonty, ale często wymaga cierpliwości i umiejętności oczekiwania. Zapychanie się szybko i byle czym sprawia, że zagłuszamy prawdziwą tęsknotę i sami siebie pozbawiamy tego, co naprawdę może nasycić i rozwijać w nas życie.

Byłem kiedyś zaproszony do przyjaciół na kolację. Zanim wyszedłem, dopadł mnie głód, który wcześniej zlekceważyłem i przed samym wyjściem zaatakowałem klasztorną lodówkę. Zjadłem, co było pod ręką, szybko i byle jak. Kiedy dotarłem na kolację, byłem już „napchany” i choć na stole widziałem prawdziwą ucztę, nie miałem ochoty nic jeść. Było mi wstyd i głupio, kiedy pojawiały się kolejne pysznie wyglądające dania, a ja stosowałem różnego rodzaju wymówki, ponieważ zupełnie nie miałem już miejsca, żeby się nimi nasycić. Kto lekceważy tęsknotę, która wymaga wrażliwości i cierpliwości, wpada w pułapkę pożądliwości, która domaga się natychmiastowego i gwałtownego nasycenia głodu.

Bóg przez swoje Słowo zapewnia, że ma dla mnie i dla ciebie przygotowaną ucztę z tego, co najlepsze, z tego, co naprawdę i w pełni nasyci. Co więcej, On sam zajmie się usługiwaniem i otrze wszelką łzę. Ważne pytanie, które stawia nam dziś Bóg, brzmi: Czy jesteś gotów cierpliwie i z tęsknotą czekać, by w końcu odkryć smak Bożych darów, czy wolisz pożądliwie napychać się tym, co zaspokoi głód tylko na chwilę, i omijać zaproszenie na prawdziwą ucztę?

 

Przebierz się

Tomasz Mika OP

Iz 25, 6-10a • Ps 23 • Flp 4, 12-14. 19-20 • Mt 22, 1-14

Gdy czytam w przypowieści słowo „uczta”, natychmiast myślę „Eucharystia”. Jeśli w takiej perspektywie spojrzymy na gościa bez stroju weselnego, od razu ciśnie się na usta pytanie, co warto na siebie włożyć, aby Pan uznał to za strój weselny? Święty Hilary, komentując Słowa Jezusa, mówi, że strojem weselnym jest łaska Ducha Świętego. Jeśli więc przychodzimy na ucztę, czyli na Eucharystię, bez tej łaski, to przychodzimy w łachmanach, a nie w stroju weselnym. Jak więc możemy się przebrać z łach-manów w kosztowną suknię czy wytworny frak?

Najprościej zmienić ubranie, czyli odzyskać łaskę, przystępując do sakramentu pojednania, zwanego sakramentem spowiedzi, nawrócenia, pokuty, przebaczenia. Rozczaruje się ten, kto myśli, że to już wszystkie nazwy.

Na początku marca w jednej z grup Duszpasterstwa Akademickiego Beczka w Krakowie odbyło się spotkanie na temat spowiedzi. Jego owocem była lista blisko 150 nazw, którymi możemy opisać ten sakrament. Oto kilka z nich: spa dla duszy, woda utleniona, przytulenie.

Spa – zdrowie dzięki wodzie – to odzyskanie dzięki jej relaksacyjnym właściwościom odprężenia zarówno ciała, jak i psychiki. Wiedzieli o tym już starożytni Rzymianie budujący łaźnie i wiedział św. Tomasz z Akwinu, który proponował ciepłą kąpiel jako lekarstwo na chandrę. Podczas spowiedzi Duch Pana nas odpręża, relaksuje duszę, przywraca jej równowagę. Chyba większość z nas miała przynajmniej raz w życiu po spowiedzi uczucie lekkości, jakby ktoś zdjął z naszych pleców stukilogramowy ciężar.

Woda utleniona. Jestem ja – zraniony – i jest ktoś, kto może oczyścić moją ranę.

Do konfesjonału przychodzimy podrapani, poranieni przez grzech. Pokazując swoje rany Chrystusowi, mamy szansę, aby On swoim Duchem je oczyścił – wtedy się zagoją. Dzieje się to za pośrednictwem kapłana, który trzyma w ręku butelkę z wodą utlenioną. Jest nią Duch Święty, który wylewa się na nas, gdy kapłan z nami rozmawia, udziela nam rozgrzeszenia i oczyszcza naszą pokaleczoną duszę.

Przytulenie. Przytuleni nie musimy głośno mówić, jest intymnie. Wszystko zostaje między nami, nikt inny tego nie słyszy, nikt się o tym nie dowie. Jest bezpiecznie. Szepczemy coś sobie nawzajem. Szepcze spowiednik, szepcze penitent. Duch Święty w tym przytuleniu też szepcze naszej duszy: przebaczam, wszystko w porządku, nie bój się, jestem przy tobie.

 

Przyodziej nagość moją

Wojciech Prus OP

Iz 25, 6-10a • Ps 23 • Flp 4, 12-14. 19-20 • Mt 22, 1-14

Właściwie jak nazwać tę przypowieść? Myślałem – to królewska uczta, od której zaproszeni się wymawiają. Dlatego Władca każe sługom zapraszać na rozstajnych drogach wszystkich napotkanych. I tak sala wypełnia się ludźmi, zarówno dobrymi, jak i złymi. Biletem wejściowym nie jest zatem bycie dobrym, tylko przyjęcie zaproszenia i strój weselny. Tutaj jednak sprawy się komplikują. Król spostrzega wśród biesiadników kogoś bez stroju i pyta, jak wszedł do środka. Znajomymi, z którymi rozmawiałem o przypowieści, obdarzali współczuciem człowieka bez szaty. Oniemiał po pytaniu, mówili, pozbawiono go możliwości obrony. A przecież, zaskoczony zaproszeniem, nie mógł się przygotować – skojarzenie to wspierali wersją przypowieści z Ewangelii według św. Łukasza, gdzie mówi się o przynaglaniu do przyjścia.

Oprócz tego człowieka wszyscy ucztujący mieli jednak właściwe stroje. Wcześniej myślałem, że i nieubrany, i przystrojeni zwołani zostali wtedy, gdy pierwsi zaproszeni nie okazali się godni. A może jednak człowiek bez szaty był wśród pierwszych zaproszonych? Ogromnie zapracowany, nie miał czasu. Nie chciał odrzucić zaproszenia, ale myślał, że później zajmie się Królem. I kiedy usłyszał trąbę na rozpoczęcie wesela, rzucił się w drogę, jak stał, by zdążyć. I znalazł się przed Bogiem.

Tę Ewangelię nazwałbym więc przypowieścią o nagości wobec Boga. Biblia mówi, że nie można zobaczyć Jahwe i pozostać przy życiu. Przerażenie biedaka bez szaty to reakcja właściwa. Odkrył, że nie jest przygotowany na spotkanie z Ogniem Pożerającym. Niestety, uwierzył w ostateczność tego doświadczenia i nie odwołał się do miłosierdzia. A gdyby poprosił Króla o szatę?

Odkrywanie, że wobec Stwórcy pozostaję nagi, jest wpisane we wzrost duchowy. A zmaganie polega na tym, żeby nie dać się zahipnotyzować przerażeniu. Nieżyjący już ksiądz Henri Nouwen opowiada o tym w książce Wewnętrzny głos miłości: „Pisałem ten intymny dziennik w najtrudniejszym okresie mojego życia. Był to czas skrajnego lęku, kiedy zastanawiałem się, czy będę w ogóle w stanie dalej żyć. Wszystko legło w gruzach – moje własne poczucie wartości, chęć do życia i pracy, przekonanie, że jestem kochany, nadzieja na uzdrowienie, moja wiara w Boga… wszystko. Oto ja, piszący bezustannie o życiu duchowym, znany jako ktoś, kto kocha Boga i daje ludziom nadzieję, zostałem powalony i znalazłem się w zupełnej ciemności”. A jednak ksiądz Nouwen, wsparty w czasie kryzysu przez przyjaciół, codziennie wstawał i prosił Boga: „Przyodziej moją nagość”.