Spaliśmy tam, gdzie się dało. W krzakach, przy stacjach benzynowych, na promie, także pod mostem.

Kiedy jesteś w rejonach, gdzie na twój widok spogląda się z nieufnością, kiedy ludzie patrzą na ciebie z pogardą, traktując jak bezdomnego. Gdy nie posiadasz nic, co dałoby ci poczucie bezpieczeństwa, to właśnie wówczas zaczyna się najcenniejsze duchowe doświadczenie.

Podobno człowiek ma w życiu dwa wyzwania. Pierwsze to pokonać swoje słabości, nie przegrać w codziennej walce z sobą samym (z porannym wstawaniem, samodyscypliną, oczyszczaniem z nadmiaru nieużytecznych spraw, narzuconymi sobie ograniczeniami). A gdy to już się uda, wówczas przychodzi kolej, by poskromić swoje ego.

Przenikliwe zimno oraz nieustający deszcz dawały taką możliwość, aby się z tymi wyzwaniami zmierzyć.

Codziennie od nowa.

Po modlitwie w Ostrej Bramie w Wilnie już na północy Łotwy poznajemy lekarza, który jedzie samochodem aż do Finlandii, w której od kilku lat pracuje. Szybka decyzja. Zabieramy się do Tallina, a następnie wsiadamy razem na prom. Nikt z nas nie wziął jednak pod uwagę tego, że niespodziewanie zmieni się pogoda. Z letniej i upalnej na jesienną. Nie miałem ze sobą butów, jedynie sandały na bose stopy. Ciepłe rzeczy także były w deficycie.

Dochodziła druga w nocy, kiedy na północy Finlandii, tuż przy granicą ze Szwecją zbudził nas ulewny deszcz, który zmoczył śpiwory i plecaki. Nie mieliśmy ze sobą namiotów, więc właśnie spaliśmy na trawie pod gołym niebem, zaledwie kilka metrów od drogi. Po raz kolejny tej nocy deszcz przegnał nas, każąc szukać zadaszenia. Kulę się na niewielkim autobusowym przystanku, po czym słyszę głos Macieja. Udało mu się znaleźć most, pod którym możemy spędzić noc. To dobra nowina, mamy tymczasowe schronienie.

Do piątej nad ranem leżałem na lodowatym betonowym chodniku, próbowałem zasnąć i jednocześnie trząsłem się z zimna – nie miałem już rzeczy, które mógłbym na siebie włożyć.

Habity przemokły całkowicie i były brudne od błota.

Jednak czekanie niesie z sobą także wiele dobra. Sprawia, że niektóre rzeczy lepiej smakują. Dlatego kiedy nad ranem na kilka minut wyjrzało słońce, przymknąłem oczy, ciesząc się choć chwilą ciepła.

Z Finlandii wyjechaliśmy kilka godzin później, a raczej przeszliśmy pieszo przez most oddzielający granicę i strefę czasową. Na dzień dobry dostaliśmy gratis dodatkową godzinę w zegarkach.

Po niezwykle ciężkiej nocy byliśmy przemoczeni, ale szczęśliwi. Trudno to wytłumaczyć. Miałem w sobie ogromną wolność i lekkość serca. Mój współbrat Maciej mówił, że czuje się podobnie.

Krzyża nie trzeba szukać, a nie daj Boże – komuś dodawać. Wystarczy zgodzić się na swoje własne życie, na to, co jest. Dopiero wówczas to brzemię staje się lekkie. I nawet doświadczenie ogołocenia staje się czymś cennym.

Kiedy ludzie patrzą z pogardą, traktując cię jak bezdomnego, gdy widok habitu wzbudza niechęć i lekceważenie, to zaczynamy już wchodzić na inny poziom. Bo jeśli w tym doświadczeniu uda się zachować czystość serca oraz brak oceny, to jest to radość dokonała. Choćby wówczas, kiedy zostajesz wyproszony ze stacji benzynowej ze względu na porę zamknięcia. Nie masz gdzie spać, schronić się przed zimnem ani nawet ubrać się w cokolwiek, co byłoby suche i ciepłe.

Ale to także wówczas człowiek może utożsamić się z tymi, których ten świat odrzucił.

Nie chcę używać zbyt górnolotnych słów, ale od lat noszę w sobie przekonanie, że chrześcijanin, który czuje się lepszy od kogokolwiek, traci Świętego Ducha w sobie.

Granica pomiędzy ubóstwem a dostatkiem, poczuciem bezpieczeństwa a bezdomnością, porażką a powodzeniem jest bowiem niezwykle płynna.

Doświadczałem już tego dziesiątki razy.

 

Przede mną leży telefon, a w nim tekstowy plik, w którym zapisywałem ostatnie dwa tygodnie autostopowej pielgrzymki. Tak, pielgrzymki, gdyż nie są to dla mnie zwyczajnie podróże. Litwa, Łotwa, Estonia, Finlandia, Szwecja…

Wybraliśmy Północ, bo pomyśleliśmy, że ten kierunek jest równie dobry jak trzy pozostałe.  Resztą już zajął się Pan – wskazał odpowiednich ludzi, których mieliśmy spotkać. W głowie mam wizytę u niezwykłej łotewskiej rodziny w Daugavpils oraz u polskich emigrantów na obrzeżach Sztokholmu, którzy do północy chcieli rozmawiać na temat Kościoła i swojego życia.

– Jak możesz zrozumieć trudy naszego życia, skoro go z nami nie dzielisz? – dało się wyczuć w początkowym kontakcie.

A potem przy kurtuazyjnej rozmowie podczas gotowania wody na kawę padło pytanie. Dwudziestokilkuletni chłopak wychowany w rozbitej rodzinie, praktycznie na ulicy. Już jako nastolatek musiał podjąć pracę, aby na siebie zarobić. Dało się wyczuć dystans w zachowaniu.

– Jak tu przyjechaliście?

– Autostopem.

– Nocowaliście pewnie w hotelach…

– Nie. Spaliśmy tam, gdzie się dało. W krzakach, przy stacjach benzynowych, na promie, także pod mostem.

Zapadła cisza.

– Niezła wyprawa…

Od tego momentu wiele się zmieniło, a przede wszystkim stosunek do nas jako księży i zakonników. Następnego dnia rozstaliśmy się jak przyjaciele.

 

Na nowo układam sobie to wszystko i im dłużej o tym myślę, tym mniejszą mam ochotę, aby o tym pisać.

Były dni, które wolałem przeżywać bez robienia zdjęć, mówienia czy notowania. Jakbym chciał opędzić się od kolejnych bodźców, uwolnić umysł obciążony ciągłym przetwarzaniem.

Zamiast tego wsłuchiwałem się w ciszę, cieszyłem ukochaną samotnością, kąpałem w lodowatej rzece, a przede wszystkim rozmawiałem z ludźmi (wychowanymi głównie w luteranizmie), którzy opowiadali o swojej wierze jak o jarzmie, które zrzucili niczym zbędny balast.

– Nie potrzebuję religii, która zamiast wolności dawała mi zniewolenie – słuchałem ze smutkiem.

A potem godzinami rozmawialiśmy ze współbratem o tych spotkaniach, napotkanych osobach.

Jak to się dzieje, że człowiek zamiast Jezusa, który zaprasza do siebie tych obciążonych i udręczonych, znajduje jedynie obrzędy? Coś poszło nie tak. Bo przecież problem nie dotyczy jedynie protestanckich wspólnot.

Dzisiejszym ludziom brakuje Zbawiciela, kogoś kto mógłby ich uzdrowić z depresji, poczucia pustki, bezrobocia, dał poczucie bezpieczeństwa. Brakuje Mistrza, który nauczyłby chodzić po falach kredytu, dał siłę do życia oraz uzdrowił choć jedną rodzinną burzę. Ksiądz Wojciech Węgrzyniak bardzo trafnie to ujął. Kim ma być Zbawiciel XXI wieku?

Brakuje im Pana, który byłby bardziej bliżej niż jest.

Tekst pochodzi z bloga o. Krzysztofa Pałysa „Światła miasta”.

fot. flickr.com / Nicolas Haeringer