Uwielbiamy Cię, Chryste, i błogosławimy Ciebie, bo przez Krzyż Twój święty świat odkupiłeś.

Wideo na niedzielę:

O. Paweł Gużyński i Boska.tv przedstawiają «Boskie Słowa»

Krzyż jest rzeczywistością, która poradziła sobie ze śmiercią – chociaż śmierć się na nim dokonała, to krzyż przestaje być przeklętym znakiem potwornej śmierci przestępców, a zaczyna być znakiem życia. Chrześcijanie nie mają innej odpowiedzi na wszystkie pytania związane z nieszczęściami, jakie spotykają nas w życiu.

Tu szukaj odpowiedzi. Spróbuj się wspiąć na belki tego, co nazywamy krzyżem, bo to jest droga, która pozwoli ci odnaleźć jakąś odpowiedź, chociaż trop, ślad, który pozwoli przezwyciężyć to, co bezsensowne, co chce pożreć nasze życie i przekonać nas, że ono nie ma sensu.

Nagrania kazań na niedzielę:

 

Komentarze z miesięcznika „W drodze”:
Góra-dół

Norbert Kuczko OP

Lb 21, 4b-9 • Ps 78 • Flp 2, 6-11 • J 3, 13-17

Jeden z moich znajomych, który nurkuje na sporych głębokościach, opowiadał mi, że jednym z bardziej fascynujących doświadczeń jest nurkowanie nocą. Kiedy pod wodą wyłączy się światło, bardzo szybko przestaje się orientować, gdzie jest góra, a gdzie dół. Człowiek w ciemności, zanurzony w toni traci orientację. W świetle ją odzyskuje. Nasze życie czasem może przypominać takie dezorientujące nurkowanie, w którym gubią nam się kierunki i punkty odniesienia. Gdzie jest prawdziwe wywyższenie, a gdzie poniżenie.

Nasz świat pełen jest historii ludzi, którzy sporo wysiłku wkładają w to, żeby się wywyższyć ponad innych poprzez to, że więcej wiedzą, posiadają, znaczą. W ten sposób można budować poczucie swojej wartości i władzy. Często jest to okupione cierpieniem tych, którzy po drodze muszą być poniżeni, którym trzeba udowodnić, że są słabsi, gorsi, mniej zdolni. Naturalną konsekwencją takiego stanu rzeczy są konflikty, rosnąca dysproporcja i rozdarcie. Bóg dobrze wie, że nie ma większego poniżenia w życiu człowieka niż grzech i trwanie w nim, a największe ubóstwo, jakie można sobie zgotować, to pycha.Dlatego dzisiejsze święto mówi o zupełnie odwrotnym ruchu ze strony Boga, który jest samą mocą, wszechwładzą i wszechwiedzą. Bóg w Jezusie Chrystusie w sposób całkowicie wolny uniżył samego siebie, przyjąwszy postać sługi po to, byśmy my, kąsani naszymi grzechami, poniżeni naszymi upadkami, mogli bez lęku zbliżyć się do Tego, który kocha bez pamięci.

Zdarza się, że idąc drogą wiary, szukając Boga, tracimy cierpliwość, bo nie jest tak gładko jak oczekiwaliśmy. Mierzymy się z tym, że droga do pełnej wolności dzieci Bożych nie jest tak prosta, że „stary człowiek” tak łatwo się nie poddaje. Wtedy możemy doświadczać palącego jadu wątpliwości i niewiary. Może się zdarzać tak, że wcale nie potrzebujemy zewnętrznych sędziów, bo sami siebie już dawno potępiliśmy. I po to właśnie Jezus dał się przybić do krzyża, żebyśmy widzieli, że ręce Boga są szeroko otwarte, aby przygarniać, a nie potępiać. Miłość na krzyżu jest bezbronna. Bóg się dla mnie uniża, aby mnie poniżonego wywyższyć. Czy może być coś większego?Skoro tak uczy nas Bóg, to jest to zaproszenie, aby wpatrując się w Niego, odkrywać, że moje życie ma w Jego oczach nieskończoną wartość, a z tego wynika, że nie muszę się wywyższać nad innych, ale mogę w wolności wybierać służbę i braterstwo. Decydując się na ten ryzykowny krok, na nowo możemy odkrywać, gdzie jest prawdziwie góra, a gdzie dół.

 

Obrazy Ledóchowskiej

Wojciech Prus OP

Lb 21, 4b-9 • Ps 78 • Flp 2, 6-11 • J 3, 13-17

Jakiś czas temu zaintrygowała mnie informacja, że święta Urszula Ledóchowska malowała. Niedługo po ślubach wieczystych została wysłana przez przełożonych, by uzupełniać pedagogiczne wykształcenie, i brała lekcje rysunków. Myślałem z podziwem o szerokości spojrzenia sióstr Urszuli Ledóchowskiej. Jej malarstwo musiało przecież wymagać czasu i nakładów finansowych.

Bardzo chciałem zobaczyć jej obrazy, sądząc, że będzie to jeden ze sposobów spotkania się ze świętą. Okazją stał się pobyt w Pniewach, podczas dni skupienia jednej z grup gromadzących się przy naszym poznańskim klasztorze. Oglądałem dzieła ukazujące Zwiastowanie, Maryję Królową Wszechświata, ale najbardziej poruszył mnie Chrystus ukrzyżowany. Znajduje się na lewej ścianie kaplicy grobu Matki Urszuli. Zbawiciel ukazany jest na bardzo ciemnym, wręcz czarnym tle, z prześwitami jaśniejszej zieleni. Żadnej perspektywy, krajobrazu, jakby wychodził z ciemności. Takie tło przywodzi na myśl ludzkie doświadczenie pustki. Kojarzy się z opisywanym przez Księgę Rodzaju bezładem sprzed stworzenia świata, chaosem, do którego niekiedy wracamy przez grzech. Na obrazie ta otchłań wypełnia się jasnością, a Krzyż jest jak lampa. Nie wiem, czy święta myślała o liturgicznym dniu podwyższenia Krzyża, tworząc swoją pracę. Przedstawiła jednak tajemnicę Zbawienia, wyrażaną cytatem z proroka Izajasza „w Jego ranach jest nasze zdrowie”. Otchłań ludzkiej ciemności, wypełniona Krzyżem, zostaje oswojona.

Jednak po okresie krakowskim Urszula przestała malować. Jej siostry mówią, że nie miała na to czasu i możliwości. W roku 1907, mając 42 lata, podjęła jakby drugie powołanie. Wyjechała z Krakowa do Rosji, do Sankt Petersburga, żeby zajmować się dziećmi i młodzieżą polskiej emigracji, otaczając opieką także liczne sieroty. Z czasem swoimi działaniami objęła pobliską Finlandię. Przyglądając się jej pracy, napisał wtedy o niej pewien duński dziennikarz: „jest kobietą małą, wątłą, o rysach subtelnych, oczach pełnych ognia i włosach śnieżnych […]. Ruchy i sposób odzywania się świadczą o woli niezłomnej, której istnienia nikt nie podejrzewałby w osobie tak filigranowej”. Ta filigranowa zakonnica najskuteczniejsze duszpasterstwo zwykła nazywać apostolstwem uśmiechu. Patrząc na wielkość jej dzieła, trudno się oprzeć wrażeniu, że Krzyż Chrystusa, namalowany kiedyś na obrazie, potem został wywyższony w niej samej. Uśmiechem swojego życia opowiadała, że ciemność nie tylko można oswoić, ale z Chrystusem ukrzyżowanym staje się ona jasnością.

 

Boża logika

Maciej Roszkowski OP

Lb 21, 4b-9 • Ps 78 • Flp 2, 6-11 • J 3, 13-17

Wydarzeniom opisanym w Księdze Liczb zwykło się przypisywać wyjątkowe znaczenie. Buntowi synów Izraela, śmierci wielu z nich, towarzyszy znak nadziei: miedziany wąż, którego wizerunek ratuje od zguby. W nim zostaje zapowiedziane przyszłe dzieło zbawcze. Wywyższony na palu wąż zapowiada Syna Bożego wywyższonego na krzyżu.

Wąż zapowiada tajemnicę Chrystusowego posłannictwa, lecz nie ogarnia jej całej. Zwrócenie się ku wężowi, podobnie jak ku Synowi Człowieczemu, niesie ocalenie, jednak w sposobie życia Chrystusa następuje najgłębsza przemiana tego wszystkiego, co było aż dotąd ludzką wizją zbawienia.

Nowość Chrystusowego posłannictwa daje się odczytać we fragmencie Listu do Filipian, zwanym hymnem o kenozie. Kenosis oznacza ogołocenie, wyzbycie się. Wywyższenie Chrystusa dokonuje się poprzez uniżenie, poprzez Jego samoodarcie z majestatu, którym był otaczany od zarania świata. Ten, któremu należna jest chwała równa Ojcu, „ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi”, i stał się posłuszny „aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej”.

Niemożliwa jest odpowiedź na pytanie, czy kenoza Syna Bożego była konieczna. Ważne, że zgodnie z zamysłem Bożym dokonała się i że nieprzywiązywanie do tego należytej wagi byłoby stratą – rezygnacją z istotnego wglądu w Boże tajemnice. Jeśli bowiem Chrystus objawił się nam w taki sposób, a następnie wybawił nas, to jest to coś więcej niż jeden z możliwych scenariuszy wydarzeń. Jest to ujawnienie Bożego porządku zbawienia, który choć zapowiadany w Starym Przymierzu, w sposób najbardziej jawny objawił się w dziele zbawczym Chrystusa.

Boży porządek zbawienia jest jednością życia i śmierci. Posłannictwo Chrystusa niespodziewanie ujawnia, że nowość istnienia ma swoją cenę – jest nią cierpienie oraz ogołocenie. Każdy projekt ludzkiego życia, który odrzucałby tę prawdę, pozostaje mrzonką.

Odarcie, przez które Bóg zamierza ludzi włączyć w plan zbawczy, przybiera rozmaite formy. Może być zaniechaniem aktywności, w których spodziewamy się znaleźć spełnienie, czasem talentów lub pasji. Opuszczeniem tego, co ofiarowało nam poczucie komfortu psychicznego, co jawiło się jako bezpieczne i przewidywalne. Każdy musi samodzielnie odnaleźć przestrzeń, w której może się dokonać jego ogołocenie. Jest ono wkroczeniem na drogę, na której nic nie jest przewidywalne i stałe.

Niezrozumienie i odrzucenie Bożej logiki jest niezmiernym zubożeniem nas samych i tego, co Bóg mógłby uczynić przy naszym udziale, a co nieskończenie przerasta nasze wyobrażenia i pragnienia.