Świadectwo o Mnie da Duch Prawdy i wy także świadczyć będziecie.

Wideo na niedzielę:

O. Paweł Gużyński i Boska.tv przedstawiają «Boskie Słowa»

Ten świat zmieniają odważne jednostki. Warto przestać się bać! Żeby przestać się bać, najprościej – chociaż to nie jest łatwe – trzeba zaprzyjaźnić się z Panem Bogiem. Kto wejdzie w taką relację z Panem Bogiem i ufa Mu, że wszystko, co w jego życiu się dzieje, jest we władaniu Boga, ten potrafi stanąć przeciwko innym i powiedzieć: „Nie boję się was!”. Najpierw jest zaufanie do Pana Boga, ono przezwycięża lęk.

Nagrania kazań na niedzielę:

 

Komentarze z miesięcznika „W drodze”:
Nie bójcie się

Łukasz Wiśniewski OP

Jr 20, 10-13 • Ps 69 • Rz 5, 12-15 • Mt 10, 26-33

Czasami mi się wydaje, że największą ludzką biedą jest to, że nie możemy się uwolnić od naszych strachów. Myślę o strachach indywidualnych, osobistych, lecz również o tych wspólnych, społecznych, strachów Kościoła nie wyłączając. Wydaje się, że wciąż nam towarzyszą i działają jak paralizator. Dzisiejsza Ewangelia pozwala nam zajrzeć w dusze Apostołów, gdyż to właśnie do nich Jezus kieruje swoje słowa. Bardzo zdecydowanie aż trzykrotnie im powtarza: „Nie bójcie się”. Stanowczość Jezusa jest pocieszająca, gdyż pokazuje, że apostołowie, filary Kościoła, nie byli superbohaterami, nie zostali ulepieni z lepszej gliny niż my wszyscy. W ich duszach również gościły strachy. Czego zatem się bali?

Pierwszy strach, o którym wspomnę, jest dla człowieka jednym z największych paralizatorów. Jezus mówi: „Nie bójcie się ludzi, jesteście ważniejsi niż wiele wróbli”. Nie jest to tylko obawa przed utratą dobrego imienia w relacjach z innymi. Sięga on znacznie głębiej. Jest to lęk o własną godność, o to, by być szanowanym, by być dla kogoś ważnym, by zostać przez kogoś pokochanym i chcianym.

Drugi strach nazwałbym strachem długotrwałych decyzji. Jeśli przyjrzymy się kontekstowi dzisiejszej Ewangelii i sytuacji apostołów, to zobaczymy, że dopiero przed chwilą zostali wybrani przez Jezusa, ledwie usłyszeli obietnicę obdarzenia ich mocą uzdrawiania i zapowiedź prześladowań. Jeszcze jednak nigdzie nie poszli. Nie doświadczyli ani działającej przez nich Boskiej mocy, ani trudu ich misji. Stoją wciąż na progu ostatecznej decyzji, na progu odpowiedzialności, trwałego zaangażowania.

Wyzwalanie ze strachów to sprawa życia i śmierci. Nie, nie pomyliłem się, chcę użyć mocnych słów. Wydają mi się one w tym miejscu bardzo odpowiednie, bo czyż uwalnianie się od panicznego strachu o swą godność, czyli danie sobie prawa do tego, by być dla kogoś ważnym i przez kogoś kochanym, nie jest rodzajem powrotu do życia? Bo czy stan przeciwny, czyli przekonanie o niezdolności do bycia kochanym, nie jest zapętleniem się w śmiertelną pułapkę?

A czy uleganie lękowi przed trwałym i konsekwentnym zaangażowaniem, by być reprezentantem Jezusa, nie jest początkiem śmierci Kościoła? Przejawem życia Kościoła nie jest przecież sprawnie zarządzana struktura, lecz pasja przekazywania słowa Bożego i gotowość wzięcia za nie odpowiedzialności, czyli złożenia świadectwa. Wyzwalanie ze strachów to zatem sprawa życia i śmierci.

Widzę tu jednak potrzebę dobrego lęku – nazwę go bojaźnią – do którego młodzi apostołowie w dzisiejszej Ewangelii jeszcze nie dojrzeli. Jest to bojaźń, by nie utracić Boga. Taka bojaźń ma siłę neutralizowania naszych strachów.

 

Po co się kryć?

Adam Szustak OP

Jr 20, 10-13 • Ps 69 • Rz 5, 12-15 • Mt 10, 26-33

Jedną ze strategii politycznych, wykorzystywanych na całym chyba świecie, przynajmniej tym o demokratycznym rysie, jest uprzedzanie przeciwników politycznych w ujawnianiu niewygodnej prawdy o sobie. Jeśli wiadomo, że jakaś kompromitująca sprawa z przeszłości dostała się w ręce opozycyjnej frakcji, trzeba ją uprzedzić w jej upublicznieniu. Dokonać aktu publicznego wyznania win. Istnieje zawsze szansa, że uda się wtedy uniknąć spadku poparcia, skandalu czy kompromitacji, o ile oczywiście sprawa nie jest zbyt poważna lub całkowicie dyskwalifikująca. I o ile zazwyczaj niewiele można się nauczyć od współczesnych polityków, akurat z tej zasady można by skorzystać. Nie w celu minimalizacji strat, ale w celu zdobycia Królestwa Niebieskiego jak najszybciej. Dlaczego?

Myślę, że kiedy słyszymy dziś słowa Pana Jezusa o tym, że wszystko, co ukryte, będzie kiedyś wyjawione i że wszystko, co dzieje się w ciemności, wyjdzie kiedyś na światło dzienne, większość z nas przechodzi lekki dreszcz. Ogarnia nas niepokój. W końcu ostatnią rzeczą, o jakiej marzymy, jest to, aby nasze grzechy czy zło, które w naszym życiu się dokonuje, zostały ujawnione. Zagarniamy je konsekwentnie w cień, zostawiamy dla siebie tylko albo wręcz sami przed sobą próbujemy je ukryć. I jak łatwo ze słów Pana Jezusa wywnioskować, nie jest to najlepszy pomysł. Jedna z teologicznych interpretacji czyśćca mówi, że będzie on polegał na upublicznieniu naszych słabości dokonanym przez nas samych. Będziemy musieli stanąć przed każdym, kogo w życiu skrzywdziliśmy, i będziemy musieli wyjawić swoją winę. Tak, aby mogła zostać przebaczona, abyśmy mogli zostać przyjęci w miłości przez tych, którym wyrządziliśmy zło.

W ten sposób dokona się nasze oczyszczenie. W ten sposób staniemy się wolni. Od zła, od popełnionych grzechów, wreszcie od opinii, którą tak skrupulatnie, choć często fałszywie, próbujemy sobie budować. Może więc warto zacząć czyściec już teraz? Po co czekać do śmierci? Może warto, tam, gdzie jest to możliwe, wyjawić swoją winę przed tymi, którzy na to czekają. Którzy może chcieliby przebaczyć, ale nie mogą z powodu naszego lęku, naszej obawy przed zdemaskowaniem. Poddając się łasce przebaczenia, stajemy się coraz bardziej wolni. Stajemy się mieszkańcami Królestwa, których prawda jest znana wszystkim, bo nie ma w nich nic ukrytego. Wszystko zostało wyjawione i oczyszczone. Po co się kryć?

 

Ciemność nie kocha światła

Paweł Kozacki OP

Jr 20, 10-13 • Ps 69 • Rz 5, 12-15 • Mt 10, 26-33

Przed wielu laty wielkie wrażenie wywarła na mnie książka radzieckiego dysydenta Władimira Bukowskiego. Wiele się z niej nauczyłem. Między innymi zachwyciła mnie postawa opozycjonisty, który każdorazowo, opuszczając więzienie, łagier czy psychuszkę, stawał przed pokusą: „Może trochę odpocząć, pożyć normalnie, nie angażować się w walkę z systemem? Może dopiero za jakiś czas? I dlaczego zawsze to ja muszę nadstawiać głowy? Jest przecież tylu innych”. Za każdym razem przezwyciężał strach stwierdzeniem: „Jeśli nie ja, to kto? Jeśli nie teraz, to kiedy?”, i wracał do pozornie beznadziejnej walki o prawdę i godność w Raju Krat.

Dziś nie musimy stawać przed wielkimi wyborami, które prowadzą do przelania krwi. Na siłę argumentów nie odpowiada się argumentem siły. O dawaniu świadectwa prawdzie, stawaniu po stronie wartości czy obronie poniżonych mówi się ciszej, jakby ukradkiem na łamach peryferyjnych periodyków. W otwartym społeczeństwie postawy bohaterskie wyszły z mody. Jednak fakt, że nikt nie nastaje na życie uczniów Chrystusa, nie oznacza, że wierność nie ma swojej ceny. Kroczenie za Jezusem przyjmuje postać samotności osoby zostawionej przez współmałżonka, gdy istnieje szansa ułożenia sobie życia z nowym partnerem, oznacza odmowę korupcji, która może spowodować upadek własnej firmy albo wyrzucenie z dotychczasowej pracy, powoduje, że konsekwencją uczciwości na egzaminie, na którym można było bez kłopotu ściągać, jest jego oblanie i konieczność zdawania poprawek. Niejednokrotnie zapłatą za szlachetność będzie obojętność, szyderstwo, wyrzucenie poza nawias układów zawodowych czy towarzyskich. Ciemność nie kocha światła. Chętnie pozbywa się osób, których istnienie jest znakiem, że warto być człowiekiem przyzwoitym. Stając przed wyborem, warto zadać sobie pytania Bukowskiego: „Jeśli nie ja, to kto? Jeśli nie teraz, to kiedy?”.

Wydawać by się mogło, że wobec presji agresywnego zła w krajach totalitarnych nasza wierność Ewangelii jest mniej wymagająca. Jednak to dzisiaj Pan Jezus kieruje do świadków ostrzeżenie: „Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Bójcie się raczej Tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle”. Kiedyś piekło przypominało „mokry dół zaułek morderców barak nazwany pałacem sprawiedliwości”, a szatan posługiwał się „chłopcami o twarzach ziemniaczanych” i „bardzo brzydkimi dziewczynami o czerwonych rękach”. Dziś kusi nas „piękniej i lepiej”, śląc „kobiety różowe płaskie jak opłatek lub fantastyczne twory z obrazów Hieronima Boscha”.