Są takie momenty, kiedy człowiek jest ewidentnie wezwany do jałmużny. Czy przeżywacie to jako łaskę?

To są te momenty, gdy na widok żebrzącego na wózku inwalidzkim pierwsze na co masz ochotę, to zrobić myk na drugą stronę. Nie widzę, nie było tematu. To nie jest łaska.

Potem wraca wyrzut sumienia – to znaczy, że jednak mamy w sobie poczucie, że ostatecznie daliśmy odpór samem Bogu, że Pan Bóg nas do czegoś popychał, a my powiedzieliśmy: nie. Pan Bóg dał nam niesamowitą szansę, która być może nie wróci, ale myśmy się tej łasce oparli. Teraz jesteśmy bidoki, jesteśmy znacznie gorsi niż mogliśmy być. Mogliśmy być przez moment kimś, a okazaliśmy się zupełnymi karłami. A Bóg dał nam szansę wzrostu.

Skąd w nas miałoby się wziąć to poczucie, że kiedy opieram się jałmużnie, to opieram się łasce, a nie trudowi i wyrzeczeniu?

Myślę, że odpowiedź jest w słowach, które Święty Paweł nam daje, a papież Franciszek kazał nam rozważać w Wielkim Poście: „Znacie przecież łaskę Pana naszego, Jezusa Chrystusa, który będąc bogatym, dla was stał się ubogim, aby was ubóstwem swoim ubogacić”.

Łaską jest więc poznanie Jezusa Chrystusa w Jego ubóstwie. Nie chodzi o poznanie teoretyczne. Nie chodzi o to, że znam Jezusa Chrystusa, bo przeczytałem o Nim książkę. Chodzi o to, co was z Nim łączy. I o to, co jest miedzy mną a Nim w Jego ubóstwie. Jak się tego nie chwyci, to pół chrześcijaństwa to jest moralizatorstwo.

 

fot. unsplash / Diego Tavares